czwartek, 5 czerwca 2014

Miasto w cieniu wielkiego spinacza

Poprzedni post nauczył mnie jednej ważnej rzeczy. Muszę dużo konkretniej określać o czym piszę, by przypadkiem nie wywoływać zbędnych nieporozumień. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się trochę lepiej przekazać swoje myśli, bo i temat jest na swój sposób "większy" ;)

Dla wielu osób zdjęcie w tle tego bloga wygląda znajomo i wszyscy, którzy w Bydgoszczy mieszkają wiedzą, że przedstawia ono Most Uniwersytecki pobudowany w ostatnich latach w ciągu trasy o tej samej nazwie. W zasadzie nie wiem od czego zacząć, by w pełni opisać wszystkie perypetie związane z jego powstaniem i tym, jak wpłynął na Bydgoszcz, a wpływ ma naprawdę spory. Jest zabawnie, jest absurdalnie i czasami jest też niesmacznie. Zaczynamy?

Most Uniwersytecki - fot. Krystian 'krystiand'

Tym, co najbardziej rzuca się w oczy jest oczywiście wpływ, jaki owa budowla ma na panoramę miasta, ale także na krajobraz polityczno - społeczny. Wszystko zaczęło się oczywiście na fali pamiętnej katastrofy pod Smoleńskiem, która stała się nagle bardzo "modna" wśród ogólnie pojętej klasy rządzącej i dokładnie tak, jak po śmierci papieża Jana Pawła II, rozpoczęła się "furia nazewniczo-pomnicza". W ten oto sposób obecny most Uniwersytecki został wstępnie nazwany mostem "imienia Lecha Kaczyńskiego". Chyba nie muszę tłumaczyć, że bardzo szybko doszło do spięć, szczególnie podsycanych wyjątkowo silną niechęcią do nadal żyjącego z braci Kaczyńskich.

Deklaracja oczywiście pozostała, więc niezależnie od chwilowego klimatu politycznego wypadało się z niej wywiązać, chociaż pierwsze zachłyśnięcie tematem już dawno przeminęło i nazywanie wszystkiego imieniem zmarłej pary prezydenckiej dawno zostało całemu narodowi obrzydzone absolutnym przesytem i nieustającym wałkowaniem tematu. Jakby tego było mało, w mediach coraz silniej rozpychał się bardzo znany specjalista od teorii sztucznych mgieł i zamachów stanu. Nie trzeba więcej tłumaczyć, że zdecydowana większość mieszkańców była zdecydowanie przeciwna nadaniu wcześniej zadeklarowanej nazwy jeszcze na długo przed ukończeniem budowy. Nagle zaczęły się protesty przeciwko nazwie, potem protesty przeciwko protestom, aż we wszystko włączyły się środowiska polityczne i ze sprawy zrobiono młyn ideowy. Ostatecznie wycofano się z nazwy pierwotnej, ale na drodze kompromisu zrezygnowano także z nazwy "most Unii Europejskiej" decydując się na proste "most Uniwersytecki".

Pozostaje we mnie po dziś dzień niesmak, że nikt nie szanował w tym całym zamieszaniu nikogo. Mostu nie powinno się nazywać jeszcze przed zbudowaniem, pod wpływem chwili, a jednocześnie żadna ze stron nie powinna drugiej narzucać swojego zdania. Racja jak zawsze leży gdzieś po środku, ale podziały między mieszkańcami jeszcze długo odbijać będą się echem. Moim zdaniem żadne wyjście z sytuacji nie było tutaj dobre.

Skoro kwestię nazwy zostawiamy za sobą, to napewno należy przy tej okazji nawiązać do kolejnej politycznej części losów mostu, który nim zdążył się doczekać wiechy, już miał do swojej konstrukcji doklejane najróżniejsze ustrojstwa. Od tarasu widokowego, przez egzotyczne szklane gondole, aż po dodatkowe estakady montowane do głównej estakady. Pomysłów było co nie miara, ale jednym z najważniejszych, który (naturalnie) znów podzielił Bydgoszcz na dwa obozy, była nieszczęsna gondola. Mała szklana kula mieszcząca do kilkunastu osób miała, według urzędniczego pomysłu, wjeżdżać na szczyt pylonu i pozwalać na podziwianie z góry znacznej części miasta. Na nic zdawały się tłumaczenia, że most stoi w dolinie Brdy i kawałek dalej jest wysoka skarpa, z której widoki w zasadzie nie byłyby gorsze. Na nic też fakt, że trochę dalej jest zabytkowa wieża ciśnień stojąca na tejże skarpie, którą wieńczy taras widokowy. Nie, na pylonie gondola miała być i już!

Tramwaj dla Kaliningradu na tle powstającej przeprawy - fot. Krystian 'krystiand'

Na szczęście tak jak zamieszanie związane z nazwą, tak i problem gondoli ostatecznie rozszedł się po kościach. W tym wypadku wszystko rozbiło się o brak jednogłośnego poparcia radnych i unijne przepisy, które również zaczęły piętrzyć problemy związane z dobudowaniem takiego elementu. Niestety, to nadal nie wszystkie kontrowersje powiązane z nowym mostem przez Brdę. Równie wiele zamieszania wywołały kwestie wszystkich niezmotoryzowanych użytkowników dróg.

Temat pieszo-rowerowy jest chyba najdłużej dyskutowanym z wszystkich aspektów Mostu Uniwersyteckiego. Dyskusja trwała jeszcze przed rozpoczęciem budowy i nie cichnie długo po zakończeniu inwestycji. Wszystko przez mieszankę niekompetencji, niedoboru pieniędzy i pośpiechu, które doprowadziły do powstania mostu w centrum miasta, który jest absolutnie niedostępny dla pieszych i rowerzystów. Gdzie zatem podziało się miejsce dla pieszych i cyklistów, skoro nie wolno im w żaden sposób poruszać się po moście? Zepchnięto ich pod przeprawę tuż przy południowym przyczółku. Nie tylko nie zostawiono prostej jak drut i względnie mało pochyłej drogi na drugą stronę rzeki (a taka jest dostępna dla aut), ale nie zadbano nawet by na drugi brzeg dało się w jakikolwiek sposób dostać. Całe szczęście, nadkładając niemal kilometr (łącznie), piesi mogą przejść do innego mostu, których w Bydgoszczy nie brakuje.

Myli się jednak ten, kto sądzi, iż gorzej być nie mogło. Lista błędów w projekcie, niedoróbek i fuszerek jest długa i nasycona absurdami. Ten sam ciąg pieszo-rowerowy, który spycha pieszych pod most, okazał się zaprojektowany zupełnie bez namysłu. O ile, na pewnym odcinku, biegnie on po skarpie doliny Wisły i musi się przez to wić niczym górskie drogi, tak w pewnym momencie skarpa się skończyła, zaś serpentyny wiły się dalej. Nie wiadomo czy projektant nie zauważył końca pochyłości, czy może po prostu przyzwyczaił się do stawiania zawijasów. Trasa powstała kręta i błyskawicznie została wyśmiana. Problem w tym, że nie tylko wyśmiewali to mieszkańcy miasta, ale ogólnopolskie media podłapały temat i wszędzie przewijała się trasa dla kompletnie pijanych pieszych i rowerzystów.

Pijany chodnik pod Mostem Uniwersyteckim - fot. Krystian 'krystiand'

Ostatecznie zawijasy na płaskiej części połączono z jednej strony tworząc względnie prosty chodnik i tak problem został "rozwiązany". Teraz piesi i rowerzyści już nie muszą nadkładać kilometra dodatkowej drogi, a jedynie około ośmiuset metrów. Być może powstanie tam chociaż jakieś miasteczko ruchu drogowego albo "starorzecza" przemiesza się z roślinnością i powstanie coś na kształt parku? Na chwilę obecną jeszcze nie wiadomo jaki będzie los ogromnych połaci kostki brukowej (tak tak, w końcu trasa dla rowerów pokryta asfaltem to nadmierna ekstrawagancja!).

Docieramy powoli do końca naszej opowieści o spinaczu, który miasto dzieli, zamiast spinać. Trasa postawiona za ogromne pieniądze świeci teraz rewią barw, prawdopodobnie po to, by ukryć malowanie w niezliczonej ilości barw i odcieni (same podpory malowane są trzema odcieniami zielonego, z których żaden nie pasuje do głównego pylonu), a pieszych wozi się z góry na dół autobusami, gdyż pobudowanie chodnika było ponad siły projektantów i urzędników. Pylon, który wcale nie musiał być aż tak ogromny, góruje nad miastem, gdyż budynki mogące go zasłonić nie istnieją w okolicy nawet w jednym egzemplarzu, ale ratusz jest uradowany. W końcu gdzie indziej z okazji imprez i świąt można by wieszać ogromne, świecące ozdoby?

2 komentarze:

  1. Zgadzam się, że sprawa ścieżki i chodnika jest kuriozalna. Byłem na dniu otwartym i przeszedłem most w ok. 10 minut wolnym krokiem, także myślę, że byłoby to wielkie ułatwienie dla wielu mieszkańców.
    Kolor podświetlenia akurat przypadł mi do gustu, a i wielkość pylonu mi nie przeszkadza (widzę trasę każdego dnia z okna:)).

    Gratuluję pomysłu na bloga i życzę wytrwałości i przyjemności w odkrywaniu wspaniałej Bydgoszczy:).

    Bartek (bydgoszczanin z urodzenia)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam generalnie wielki problem z takimi granatowo-fioletowymi światłami. Rażą mnie miecze Jedi na moście, raziło mnie strasznie logo BRE i na Szwederowie wiem, że też jest coś z granatowym logo świecącym w nocy (bodajże gdzieś za ZUS), ale nie potrafię tego odczytać bo zlewa mi się w granatowo-rażącą breję jak tylko zaczyna się świecić.

      Bardzo dziękuję za odwiedziny i mam nadzieję, że wytrwałości mi nie braknie. Miał nawet się dzisiaj pojawić nowy wpis, ale z "dzisiaj" zrobiło się już "juro", a ja jeszcze nie mam nawet w całości gotowego tekstu i najpewniej dopiero jutro przed południem tekst pojawi się na blogu. Mimo to nie poddaję się ;)

      Usuń