środa, 11 czerwca 2014

Niewidzialni mieszkańcy Bydgoszczy

W naszym mieście oficjalnie mieszka znacznie ponad trzysta sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Wszystkich spotkać można na ulicach, w sklepach, w komunikacji miejskiej i tak dalej. Nawet bezdomni są w Bydgoszczy "widzialni" i ludzie w taki czy inny sposób są świadomi ich istnienia, a nawet starają się ich problem bezdomności jakoś rozwiązać. Ten wpis jednak będzie o zupełnie innych mieszkańcach Bydgoszczy, którzy są na ogół zupełnie dla ludzi niewidzialni.

Po wprowadzeniu do naszego obecnego mieszkania razem z Darią widzieliśmy przed budynkiem rozstawione miski dla kotów. Serce rośnie, kiedy człowiek widzi iż są na osiedlu ludzie troszczący się o zwierzęta. Samych zwierzaków przez pierwsze dni jednak nie widzieliśmy wcale i pierwszy "kontakt" ze zwierzakiem mieliśmy dopiero trzeciego dnia mieszkania w tym lokalu. Szybko okazało się, że wśród osiedlowych zwierzaków jest między innymi kotka z małym kociakiem. Oba zwierzaki wyglądały na chore, a kociątko, które powinno biegać, polować na motyle i ganiać za każdym poruszającym się na wietrze źdźbłem trawy, leżało niemrawie cały dzień i całą noc wciśnięte w kant krawężnika pod samochodem.

Kiedy wczoraj wracając późnym wieczorem do domu znaleźliśmy malucha leżącego na trawniku bez matki jasnym stało się, że nie można go zostawić z kotką, która prawdopodobnie sama bardzo męczy się ze swoją chorobą. Kociak miał zaropiałe oczy i pyszczek, a do tego cały pokryty był własnymi odchodami. Temu zwierzątku należało pomóc jak najszybciej, więc zabraliśmy maluszka do domu, bardzo ostrożnie oczyściliśmy sierść z odchodów i po ostrożnym przemyciu nasza znajda zdołała tez otworzyć zaropiałe oko. Kot trafił do wyłożonego miękkimi i czystymi szmatami kartonu, dostał wodę i jedzenie. Najwięcej słów uznania należy się tutaj Darii, która walczyła z całym tym kocim brudem, a potem, po na prawdę krótkim śnie, o godzinie piątej nad ranem wyruszyła z futrzaną kulką do weterynarza razem ze swoją koleżanką, która zajmuje się ratowaniem bezdomnych kotów i prowadzi dla nich dom tymczasowy.

Niestety, kociak został uśpiony, gdyż jego stan nie zostawiał złudzeń. Na zwierzaku wisiała niemal sama skóra, a do tego trawiły go najróżniejsze infekcje. Najprawdopodobniej nie jadł już od wielu dni, a jego organizm był zbyt wycieńczony, by mieć jakąkolwiek szansę zwalczyć chorobę.


Kot przyczajony w trawie - fot. Kalus Bohm

W Bydgoszczy, a także w każdym innym mieście naszego kraju, takich przypadków jest zdecydowanie więcej. Koty młode i stare błąkają się po osiedlach i nierzadko ludzie mijają je tak, jakby nie widzieli ich w ogóle. Nikt nie próbuje takim zwierzętom pomagać, ani nie próbuje nawet sprawdzić co się z nimi dzieje, chociaż wcale nie trzeba wiele. Wystarczy czasem zostawić w pudełku po margarynie wodę w czasie upałów i zadzwonić do schroniska, lub jednej z wielu grup zajmujących się pomocą, jeśli tylko zauważymy chore zwierzę. Ktoś zawsze znajdzie się chętny do pomocy i zabierze kota na leczenie, a nawet zacznie szukać dla niego domu. Samo dokarmianie nie koniecznie jest dobrym pomysłem. Kot chory nadal będzie chory, a niewykastrowany będzie się mnożyć i znów będziemy widzieć na ulicach chore maluchy.

Identycznie sprawa ma się w kwestii bezpańskich psów, ale tych jest w Bydgoszczy zdecydowanie mniej, a i łatwiej idzie ich odławianie.

Poniżej kilka linków dla wszystkich, którzy chcieliby się zaangażować w pomoc zwierzakom:



PS:
Pamiętajcie też przed zimą zrobić przegląd starych ręczników, narzut i tym podobnych rzeczy. Na pewno zimą przydadzą się w schronisku, a przy okazji można też zrobić z sąsiadami i/lub znajomymi zrzutę, by za jednym razem przywieźć im też trochę karmy dla zwierzaków. Nawet nie mając czasu można schronisko dotować na wiele sposobów, więc polecam mieć to zawsze na uwadze.

2 komentarze:

  1. Problem kociej bezdomności jest we wszystkich miastach- małych, średnich i dużych. W mojej niewielkiej mieścinie są wspaniali ludzie, którzy koty dokarmiają, poją, zabierają do weterynarza w razie potrzeby i za którymi kociaki biegną z wyciągniętym w górę ogonem, na szczęśliwych łapkach. Ale są też tacy, którzy złorzeczą- na koty bezdomne, na ich karmicieli, na koty domowe i ich właścicieli i ogólnie na cały świat. Zamykają piwniczne okienka, gonią te brudne bidy, strach pomyśleć, co jeszcze robią. Niedawno zostały wykarczowane (nikomu nie zawadzające) krzaki, w których od lat mieszkały kolejne kocie rodziny :(. W Lublinie za to, na niektórych osiedlach, kociaki miały się całkiem nieźle. Miały specjalnie postawione dla nich domki, przy których zawsze były miski z wodą i karmą. Może kiedyś będzie więcej takich miejsc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz częściej stawia się na osiedlach specjalne budki dla kotów. Kiedy nie ma krzaków, takie proste budki mogą dać schronienie nawet kilku kocim "rodzinom". Czasem stawia to miasto, częściej schroniska, ale na ogół jest to inicjatywa fundacji i lokalnych społeczności. Na pewno warte sa uwagi chociażby dlatego, że dają latem cień i zimą osłonę przed śniegiem i wiatrem. Nie jest to wiele, ale i tak lepiej, niż nic.

      Usuń