niedziela, 27 lipca 2014

Co dwie spalarnie, to nie jedna!

Pewien czas temu miasto Bydgoszcz pozbyło się "wielkiego truciciela", jakim był zakład chemiczny Zachem. Dla niezliczonych rzesz Bydgoszczan był to moment raczej nieprzyjemny, bo pomimo wyłączenia wyjątkowo szkodliwych instalacji przemysłowych, "wyłączono" też wiele miejsc pracy. Ponieważ był to swojego czasu jeden z największych zakładów pracy skupiano się głównie na tym problemie, jednak gdzieś w tle przy okazji zwracano uwagę, że nigdy więcej nie będziemy już musieli żyć z brzemieniem instalacji chemicznych na terenie naszego miasta, które od czasu do czasu "ciekły" i nierzadko też "smrodziły". Sam, mieszkając w Fordonie w czasie, gdy zakład jeszcze pracował, nie specjalnie to odczuwałem i przyznam szczerze - nie widzę żadnej różnicy. Niezaprzeczalnym jest jednak, że na pewno z ulgą odetchnęli mieszkańcy Kapuścisk, które to są dzielnicą najbliżej dawnego Zachemu położoną (chociaż formalnie Bydgoszcz nadal nie została na dzielnice podzielona). 

Nic dziwnego, że kiedy głoszono budowę spalarni odpadów komunalnych w Bydgoskim Parku Przemysłowo-Technologicznym, wśród mieszkańców Kapuścisk znów pojawił się pewien niepokój i obawy o zdrowie własne i zdrowie najbliższych. Nie dziwię się tej reakcji ani trochę i sam też na pewno martwiłbym się, gdybym nie wiedział czego można się po takich instalacjach spodziewać. Z czasem reprezentanci spółki ProNatura (a w zasadzie MKUO ProNatura Sp. z o.o.), z pewnym trudem i oporami ze strony mieszkańców, przekonali Bydgoszczan iż spalarnia odpadów to nie Zachem, a same odpady w trakcie spalania nie generują nawet małego ułamka tych wszystkich szkodliwych substancji, które generował Zachem. Jak to wyjdzie w praktyce, jeszcze będziemy musieli się przekonać, gdyż zakład jest nadal w budowie, jednak nawet pesymistyczne prognozy nadal nie zbliżają się nawet do szkodliwości dawnych zakładów chemicznych.


Bydgoska spalarnia śmieci w budowie. - fot. Krystian Dobosz

Skoro już udało się przebrnąć przez wszystkie problemy i okoliczni mieszkańcy też odetchnęli z ulgą (przynajmniej do pewnego stopnia), wszystko powinno być w porządku. Problem w tym, że niedawno na jaw wyszło, że o wiele bliżej samych Kapuścisk spółka Nitro-Chem S.A. planuje zbudować kolejną spalarnię, a co więcej, ma to być spalarnia wybudowana w zupełnie nowej i egzotycznie brzmiącej technologii spalania plazmowego. Spalarnia ta ma utylizować odpady przemysłowe, w szczególności przemysłu chemicznego, więc pierwszą myślą jest "powtórka z Zachemu", ale o wiele bliżej samego miasta i osiedli mieszkaniowych. Protesty mieszkańców zaczęły się na nowo i nic w tym dziwnego. Pytanie, jakie sobie zdałem, to "czy aby na pewno słusznie"? 

Postaram się w miarę możliwości sprawdzić z czym możemy mieć do czynienia. Od piątku zbierałem i czytałem wszelkie możliwe materiały, jakie tylko udało mi się wyszukać w sieci. Wśród nich znalazły się publikacje z periodyków ekologicznych, wywiady z naukowcami, ale też prezentacje opracowywane na wyższych uczelniach, jak Politechnika Wrocławska, przez naukowców z całym paciorkiem tytułów przed nazwiskiem. Zapraszam Was do zapoznania się z moimi dotychczasowymi "odkryciami", ale najpierw trochę wiedzy ogólnej!


Tradycyjne spalarnie odpadów i spalarnia ProNatury



Jest całkiem ważne, by przed opisywaniem tematu "plazmowej spalarni" mieć jakiś punkt odniesienia. W naszym przypadku nie ma lepszego punktu odniesienia, niż budowana właśnie instalacja utylizacji odpadów, z którą większość mieszkańców miasta jakoś zdołała się pogodzić. Jest to spalarnia pod wieloma względami "typowa" i "tradycyjna", więc nie powinno też być problemu z szybkim opisaniem zasady jej działania i wypunktowaniem szczególnych mankamentów takiej instalacji, bo wbrew pozorom nie jest to system pozbawiony wad względem swojego "konkurenta", którego piszę trochę dalej w tekście.

Zasada działania takiej instalacji jest dość prosta i sprowadza się ona do podgrzewania odpadów stopniowo do coraz wyższych temperatur tak, by najpierw zostały one całkowicie wysuszone i "odgazowane" (można to porównać do suszenia, ale wydzielane są pozostałe substancje lotne, w wyższych temperaturach), aż dochodzi do zapłonu i spalenia śmieci. Nic skomplikowanego i dzięki temu jest to też dość łatwe do wytłumaczenia, ale ponieważ najbardziej interesuje nas problem zanieczyszczeń i szkodliwości takich instalacji dla nas, jako mieszkańców miasta, to i też drugi etap całego procesu możemy uznać za kluczowy. Chodzi o oczyszczanie spalin i wyłapywanie wszelkich świństw, które mogłyby zacząć "fruwać" nad naszymi domami. W skrócie opisać to można jako proces przepompowywania spalin przez serię rozpylonych substancji od amoniaku, przez zwykłą wodę, aż po węgiel aktywny (ten ostatni stosowany jest nawet w maskach gazowych dla wojska, więc trudno tutaj mówić o nieefektywnych środkach), a następnie jeszcze filtry oczyszczające to, co nie zostało wypłukane w rozpylanych płynach. Na koniec ponownie przechodzi to przez wodę, nim ostatecznie trafi do atmosfery.


   
Ważnym pytaniem jest tutaj na ile skuteczne są wszystkie procesy oczyszczania spalin, jednak w moim przekonaniu normy unijne są w sprawach odpadów na tyle wyśrubowane, że nie powinno być większych obaw o powietrze w Bydgoszczy, a wiele większym zmartwieniem może być spalanie paliw kopalnych w elektrociepłowniach na terenie miasta, które należą do KPEC.

Plazmowe technologie utylizacji odpadów, a spalarnia Nitro-Chemu



Przechodzimy do naszego "orzecha", który trzeba poważnie zgryźć i sprawdzić co też się w środku kryje. Sama nazwa procesu, czy będzie to gazyfikacja plazmowa, czy bezpośrednio "spalanie" plazmowe, to iście kosmicznie brzmiące zlepki słów, które kojarzą się bardziej z bronią montowaną na statkach kosmicznych w Star Treku, czy innych Gwiezdnych Wojnach. W rzeczywistości jednak plazma to nic innego jak czwarty stan skupienia występujący naturalnie wszędzie dookoła nas. Największą kulą plazmy jaką można zobaczyć jest oczywiście Słońce, ale w ostatnich tygodniach o wiele bliższym nam przykładem są zwykłe uderzenia pioruna, które jonizują gazy, przez które płynie prąd z chmur do ziemi. Jeśli nadal nie brzmi to zbyt bezpiecznie, to przejdźmy do konkretów!

Na pewno jednym z największych powodów do protestu w przypadku plazmowej utylizacji odpadów poprzemysłowych, w szczególności tych toksycznych (a takie będą utylizowane w instalacjach Nitro-Chemu, jeśli powstaną) jest błędne uznawanie plazmowych "spalarni" za zakłady podobne do typowych zakładów spalających odpady w tradycyjnych piecach. Chociaż używa się tutaj nazwy "spalarnia", to do samego procesu palenia w takich zakładach nie dochodzi. Zamiast tego używa się palników plazmowych, których praca, chociaż przypomina na pierwszy rzut oka otwarty płomień, oparta jest na łuku elektrycznym w zjonizowanym gazie roboczym (czyli na plazmie). Niemal każdy z nas widział taki palnik w działaniu, gdyż palniki plazmowe służą także do cięcia elementów stalowych i często wykorzystywane są przy pracach rozbiórkowych i remontowych.


Plazmotron, czyli palnik plazmowy, w warunkach laboratoryjnych - fot. Matthias Zepper, za Wikipedią, licencja Creative Commons

Jeśli mieliście wizję unoszącego się wokół "spalarni" wszechogarniającego smrodu rozpuszczalników, palonych opon i bliżej nieokreślonych substancji chemicznych, to mam dla Was kilka naprawdę dobrych wiadomości. Po pierwsze palniki plazmowe mogą działać w atmosferze pozbawianej tlenu, jeśli tylko dalej obecna będzie elektryczność i gaz roboczy, przez który będzie ona mogła płynąć. Jest to o tyle ważne, że nic się tam nie będzie palić, nawet mimo użycia palnika. Po drugie, moc takich palników sprawia, iż większość substancji chemicznych rozpada się na podstawowe jony atomów, z których zostały one zrobione dokładnie tak samo, jak dzieje się to z gazem roboczym, który pod wpływem bardzo silnego łuku elektrycznego rozpada się do swojej wysokoenergetycznej, zjonizowanej postaci. Co to oznacza dla nas, jako mieszkańców? Przede wszystkim to, że większość lotnych "świństw", nim jeszcze upuści zakład odróbki, staje się neutralnymi substancjami o możliwie najprostszej budowie atomowej. Dzieje się tak głównie dlatego, że poodrywane ze swoich skomplikowanych postaci cząstki, gdy tylko przejdą przez "plazmowe piekło" starają się jak najszybciej połączyć ze sobą nowymi wiązaniami chemicznymi. Ta naturalna tendencja oznacza, iż tworzyć będą one wszystko to, co stworzyć jest najłatwiej i najszybciej. W efekcie z pieca wydobywać się będzie Dwutlenek węgla, dwuatomowy wodór i tym podobne, bardzo proste i znacznej większości ogół nietoksyczne związki. Wszelkie inne odpady, typu wytopione szkło, czy roztopiony metal, podobnie jak w typowych spalarniach, osadzają się na dnie i są odzyskiwane w postaci żużla, szkliwa itd.

Chcecie więcej dobrych wiadomości? Tutaj dopiero zaczyna się cała "zabawa". Gazy powstałe w wyniku przejścia substancji przez palniki plazmowe są zbyt cenne, by wypuszczać je do atmosfery. Ponieważ cały proces przebiega w atmosferze pozbawionej tlenu, wszystkie palne substancje pozostają w nim także po zakończeniu procesu. Produktem takiej spalarni staje się "syngaz", czyli mieszanka gazów, która "uformowała się" z porozrywanych cząsteczek. "Syngaz" może być stosowany do opalania pieców przemysłowych, a po odpowiednim uzdatnieniu lub wzbogaceniu (jego skład różni się zależnie od wsadu spalarni) może nawet stać się alternatywą dla gazów napędowych LPG i CNG. W każdym przypadku do atmosfery nie trafia prawie nic, ponieważ wypuszczanie tego "nad miasto" byłoby marnotrawstwem i w pewnym sensie "rozpylaniem pieniędzy".

Jedyne czym można się poważnie martwić w przypadku takiej instalacji, to składowanie i ewentualne dowożenie odpadów do zakładu przetwarzania. O ile sam proces utylizacji tych odpadów jest bardzo prosty w swej istocie, piece można "wygasić" wyjmując metaforyczną wtyczkę z kontaktu, a cała instalacja pracować może w normalnym ciśnieniu atmosferycznym (nie musi, ale niestety nie wiem jaka dokładnie technologia została wybrana przez Nitro-Chem!), tak substancje w tych instalacjach "pracujące" to zupełnie inna sprawa. W naszym przypadku jednak problem jest o tyle mniejszy, że zakład Nitro-Chem już teraz pracuje i substancje te są tam obecne czy "spalarnia" powstanie, czy też nie. Z dwojga złego chyba bardziej straszne wydaje mi się teraz, że wszystkie te substancje wciąż w formie niebezpiecznej jeżdżą przez Bydgoszcz do zakładów poza miastem, niżeli myśl, że prawie bezemisyjny zakład miałby stanąć na skraju parku przemysłowego.

Podsumować można to kilkoma słowami: bać się powinniśmy wpływu "tej tradycyjnej" spalarni, a nie planowanych instalacji, gdyż wszystkie przeczytane przeze mnie materiały z ostatnich dwóch i pół dnia wskazują, że plazma jest o wiele bezpieczniejszą opcją.

piątek, 25 lipca 2014

Bydgoszcz chce rosnąć, ale nie może?

Wracam do poważnych tematów związanych z naszym miastem i chociaż będzie tutaj dużo pozytywnych i budujących wiadomości, to jednak także w tej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu. Takie to już nasze miasto nieszczęsne, że chociaż wszystko idzie ku dobremu, to podcina się przy tym skrzydła. Na ile jest to wina urzędników? Postaram się tutaj subiektywnie ocenić kondycję inwestycyjną naszego miasta i wedle własnej miary rozprawić się z kilkoma grzechami głównymi urzędniczej machiny, która stoi u sterów Bydgoszczy. Mam nadzieję, że zwrócę w tym temacie Waszą wagę na kompletne absurdy, które w naszym mieście kładą się warstwami.

Poprzedni post zacząłem od złych informacji, więc teraz jest idealny moment, by wszystko zacząć optymistycznie i wypiąć pierś z dumą. O ile o rewitalizacji nabrzeży i ogólnej poprawie jakości tkanki miejskiej w Bydgoszczy pisałem już kilka razy, tak o nowych inwestycjach i ich, tak potencjalnym jak i realnym, wpływie na samo miasto nie było tutaj ani słowa. Wiele z nich to inwestycje oczekiwane od bardzo dawna i zapełniające "dziury" straszące mieszkańców i przyjezdnych od dawna, ale część może niejednego zaskoczyć. 

Nowe wieżowce w centrum miasta



Budowę Nordic Haven nad samą Brdą znają już niemal wszyscy mieszkańcy Bydgoszczy, którzy chociaż czasem odwiedzają centrum miasta. Po kilku miesiącach prac ziemnych budynek o docelowej wysokości 55 metrów (całkiem nieźle jak na Bydgoszcz) zaczął "wychodzić z ziemi" i powoli dobija już do trzeciej zbudowanej kondygnacji nad jej powierzchnią. Najchętniej sam bym kupił tam mieszkanie, ale inwestor za lokale ze wspaniałym widokiem na Brdę, Operę i nawet Wyspę Młyńską liczy sobie proporcjonalnie do tych walorów, więc o mieszkaniu w tak zlokalizowanym budynku zostaje mi pomarzyć i trzymać kciuki, by kiedyś się udało (nie, nie jest to spis sponsorowany, po prostu marzy mi się widok). Jest to budynek mieszkalny z niewielką częścią biurową, co mówi nam trochę o Bydgoszczy jako mieście, gdzie nadal niewielu inwestorów myśli o budowaniu biurowców. Na szczęście to myślenie powili przestawia się na biznesowe tory, o czym napiszę trochę dalej.

Apartamentowiec Nordic Haven w budowie - fot. Krystian Dobosz

Drugim wieżowcem w budowie, który w zasadzie jest na etapie przygotowywania działki (samo pozwolenie na budowę dostali około miesiąca temu) jest apartamentowiec River Tower. Tutaj będziemy mieć do czynienia z bliźniaczymi wieżami o wysokości 60 metrów ustawionymi całkiem niedaleko sięgającego niewiele wyżej pylonu Trasy Uniwersyteckiej. Podobnie jak w przypadku wymienionego tutaj obiektu przy operze, tak i w przypadku tej wieży mamy do czynienia z mieszkaniami i niewielką częścią poświęconą na inne formy zagospodarowania. Tutaj możemy liczyć, że powstanie restauracja nad samą rzeką i mała przystań (NH takową też ponoć będzie mieć). Niestety, nadal nie jest to inwestycja biurowa i w kontekście ciągłego wyludniania się Bydgoszczy nasuwa się pytanie, czy stawianie wysokościowców nie spotka się nagle z problemem wyludniania? A może lokale z widokiem na rzekę i sporą część miasta okażą się jednak świetną alternatywą dla domków na przedmieściach? Czas pokaże.

Oddalając się trochę od ścisłego centrum napotkać możemy jeszcze jedną inwestycję, którą można uznać za oznakę "pięcia się w górę", czyli kompleks budynków tworzących osiedle Atrium Park mające sięgać na wysokość od sześciu do dwunastu kondygnacji w górę (przy dwudziestu kondygnacjach River Tower i osiemnastu Nordic Haven) zależnie od budynku. Niestety, tutaj już nie mamy aż tak wspaniałych widoków, jak w poprzednich przypadkach, a pozwolenie władz na tak wysoką zabudowę najpewniej umożliwiły inne wysokościowce w okolicy, których na Bartodziejach nie brakuje. Mimo to, jest to też inwestycja o dość wysokim standardzie i najprawdopodobniej jeszcze wiele podobnych budynków czeka tylko na swój moment, by wystrzelić w górę. Niestety, znów mamy do czynienia z zabudową mieszkaniową, co stanowi cechę wspólną wszystkich opisanych dotychczas inwestycji.

Najniższy z budynków tworzących Atrium Park jest już ukończony. Wszystkie pozostałe, w tym główna wieża kompleksu, zachowane będą w tym samym stylu architektonicznym. - fot. Krystian Dobosz

 

A co z biurowcami? Czemu stawia się tylko mieszkania?



Powyższe pytanie chyba nasunęło się już każdemu z Was, kto przebił się przez wcześniejsze akapity. Co z biurowcami? Skoro "wszędzie" buduje się wysoko sięgającą mieszkaniówkę, to na pewno jest w Bydgoszczy sporo miejsca na budynki biurowe wysokiej klasy i wieże ze szkła i betonu, które nie będą jedynie kolejnymi wieżowcami mieszkalnymi! Niestety, tutaj odpowiedź nie jest już tak oczywista i chociaż plany pojawiały się różne, to ich realizacja w naszym mieście jest raczej czystą teorią, niż praktyką. Z wszystkich inwestycji, jakie zapowiadano do skutku doszły jak dotąd tylko nieliczne, z których najbardziej spektakularną jest inwestycja Adama Sowy w miejscu dawnej "kaskady". Jak najbardziej jest to inwestycja potrzebna i prócz wnoszenia do miasta odrobiny (naprawdę bardzo mało!) przestrzeni biurowej zamyka ona nasz wybrakowany rynek od strony spichrzy, jednak to jest ledwie mała namiastka w stosunku do obecnych potrzeb na rynku biurowym.


"Kamienice Sowy" w budowie - fot. Krystian Dobosz

Drugą biurową inwestycją, która ostatecznie doszła do skutku jest biurowiec w Bydgoskim Parku Przemysłowo-Technologicznym. Inwestycja ta, prowadzona z inicjatywy miasta i połączona z inkubatorem przedsiębiorczości, to inwestycja odrobinę większa. Oferowane będzie tam kilka tysięcy metrów kwadratowych powierzchni biurowej w najwyższej klasie A, której w naszym mieście zdecydowanie brakowało. Najróżniejsze wskaźniki wskazywały iż w Bydgoszczy wolnej przestrzeni biurowej są tysiące metrów, jednak bardzo rzadko okazywało się to być biurami najwyższej klasy, przez co potencjalni inwestorzy mieli ogromne problemy z najmem potrzebnych lokali. Powstanie tego obiektu powinno zatem być świetnym papierkiem lakmusowym i znakiem dla kilka innych inwestycji, które nadal trwają w zawieszeniu. Jakie to budynki? Pozwolę sobie posiłkować się zewnętrznymi źródłami:



Niestety, więcej naprawdę efektownych projektów w naszym mieście nie mamy, chociaż była na to szansa. Wiele osób może się zastanawiać "ale jak to?" i właśnie do tego przejdziemy w następnym punkcie.


Urzędnicze płoty, bariery i okopy



Chociaż mogło by się wydawać, że w Bydgoszczy popyt na nowe inwestycje jest i inwestorzy właśnie odkryli nasze miasto, to prawda jest już o wiele mniej różowa. Na początku wspomniałem o 60 metrowej wieży budowanej pod dumną nazwą River Tower przez jednego z naszych lokalnych inwestorów. Okolica świetna na taką inwestycję, z wielu okien na pewno będą wspaniałe widoki, a sąsiedztwo Trasy Uniwersyteckiej z jej ogromnym pylonem (69 metrów) mostu nad Brdą uzasadnia budowanie tutaj wysokościowców. Chociaż wydaje się to oczywiste, a budynek stworzony dla tego miejsca, jak dowiedzieć możemy się z prasy, KWK miało ogromne problemy z uzyskaniem zgody na tak wysoki budynek. Mimo wysokiego sąsiedztwa i budynków "w tle" posadowionych na naprawdę bardzo wysokiej skarpie (około 30 metrów), urzędnicy próbowali na inwestorze przeforsować ledwie czterokondygnacyjny budynek! Taka skala zabudowy pasuje do Fordonu, a i tam dominują budynki z czasów wielkiej płyty mające często pięć i więcej kondygnacji.

Urzędniczy chaos nie jest jednak hamulcem jedynie dla budynku KWK, gdyż cała okolica Babiej Wsi i ogólnie pojętej Doliny Brdy nadal pozostaje jednym z niewielu obszarów pozbawionych miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Wiąże się to z koniecznością przechodzenia o wiele dłuższych procedur związanych z uzyskaniem wszelkich potrzebnych do rozpoczęcia inwestycji pozwoleń i decyzji. Mimo, iż spółce KWK udało się takowe ostatecznie uzyskać, to nie wiadomo czy kolejny efektowny budynek kawałek dalej nie przechodzi nam koło nosa, gdyż wszystkie decyzje wydawane są według indywidualnego "widzi mi się" kilku urzędników. A może jednak przeszedł?


Czternastokondygnacyjny budynek Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy - fot. Wikipedia, public domain

Jakiś czas temu na forum urbanistycznym krążyła plotka, że przy Rondzie Jagiellonów grupa inwestorów rozważała budowę wysokościowca o charakterze biurowym, jednak z pomysłu wycofali się z powodu absurdalnych warunków zawartych w miejscowym planie zagospodarowania śródmieścia. O ile sama plotka może być wyssana z palca, zainteresowałem się problemem tego planu i sięgnąłem po dokumenty dostępne w publicznym katalogu na stronie Miejskiej Pracowni Urbanistycznej. Tam bardzo szybko odnalazłem odpowiedni plan i nie mogłem wyjść ze zdumienia. Okazuje się iż połowa bezpośredniego otoczenia (po południowej stronie) nie posiada żadnego planu zagospodarowania, chociaż znajduje się w samym środku ścisłego centrum miasta. Mimo to, nie zrażony (w końcu Brda to trudny temat i może faktycznie wymaga aż tyle pracy?) sięgnąłem po plany (między Gdańską i 3 Maja oraz na wschód od 3 Maja) dla terenów na północ od tegoż ronda. Ku mojemu zdziwieniu, mimo bezpośredniego sąsiedztwa czternastokondygnacyjnego wieżowca Urzędu Wojewódzkiego, dozwolona wysokość zabudowy, nawet przy samym rondzie, to jedynie 35 metrów.

Jak pokazują rozpoczęte już w mieście inwestycje, 35 metrów jest wartością o wiele poniżej oczekiwań rynku i oczekiwań potencjalnych inwestorów w Bydgoszczy. Warto się zastanowić, czy uchwalone dotychczas miejscowe plany nie wymagają kompletnej rewizji, mimo iż spora część z nich nadal nie została nawet ukończona. Niestety, nie wiem czym można by tłumaczyć urzędniczą opieszałość i skrajnie zachowawcze warunki zabudowy, ale moim zdaniem czasem trzeba odrobiny więcej odwagi i pozwolić na efektowne inwestycje. Inaczej będąc "miastem-średniakiem" sami skazujemy się na "maksymalnie średnie" inwestycje na "nie większym, niż bardzo przeciętny" poziomie.


PS:
Wszystkie bieżące inwestycje można śledzić też na blogu "Bydgoszcz w budowie" Krystiana Dobosza, który stara się prowadzić regularne fotorelacje z budów na terenie naszego miasta.

środa, 23 lipca 2014

Dzieje się!

Niestety, tytuł tego wpisu "Dzieje się!" odnosi się nie tylko do pozytywnych aspektów, ale i kilku mniejszych spraw związanych z moim funkcjonowaniem. Jak to często w filmach bywa powiedziane "mam dobrą wiadomość i złą", a zacznę chyba jednak od tej najmniej pozytywnej, żeby potem było już tylko lepiej. Jednocześnie chciałbym skorzystać z okazji i podzielić się z Wami kilkoma zapowiedziami na nadchodzące dni i ogólnie dać znać, czego możecie się spodziewać w nadchodzącym czasie na blogu. Zaczynamy?

Moja lustrzanka zmarła nagle i niespodziewanie!


Jest to wiadomość o tyle nieszczęśliwa, że akurat planowałem urządzić sobie kilka wypadów po mieście i uraczyć Was seriami zdjęć z tych wycieczek, by dodać kilka ciekawych wpisów do działu "wypady", gdzie przedstawiałbym Wam moje propozycje tras po Bydgoszczy i miejsc do odwiedzenia. Mamy lato i taki tematyczny cykl na wakacje jest w sam raz, jednak w ostateczności mój aparat po prostu "zgasł" i nic z tym zrobić nie mogę. Na szczęście w sieci znalazłem opis bardzo podobnych "wypadków" z tym samym modelem aparatu w roli głównej i najprawdopodobniej uda się go naprawić za mały ułamek ceny nowej lustrzanki (na co liczę). Nim jednak to się stanie, będę próbował ratować się we wszystkich sytuacjach aparatem w telefonie i zdjęciami Krystiana i Łukasza, którzy ani trochę nie próżnują w te wakacje i nowe zdjęcia z ich strony pojawiają się praktycznie co dnia. Z tego miejsca od razu zapraszam Was do odwiedzania bloga Krystiana i foto-wątków obu panów na forum SSC, które podlinkowałem w dziale "podziękowania".


Jedno z ostatnich zdjęć przed śmiercią aparatu - fot. własne

Nie mam jednak najmniejszego nawet zamiaru spowalniać i w nadchodzących dniach planuję wypad do Burger Strefy, żeby porównać sobie ten lokal z odwiedzonym niedawno Burger Park. Zobaczymy co z tego wyjdzie i czy kanapki okażą się lepsze od konkurencji. Może uda się też odwiedzić jakiś inny lokal gastronomiczny, ale fundusze raczej w tym miesiącu pochłoną naprawy sprzętu, więc w kwestii wypadów obiecać mogę tylko jeden. Na pewno też bardzo chętnie przyjmę od Was zdjęcia z jeszcze większą intensywnością niż dotychczas, w szczególności zaczynając od zdjęć Burger Strefy, dla zilustrowania wpisu (o ile pamiętam to jest typowy "food truck", więc powinno być tym bardziej ciekawie!).

Nasze miasto mnie zaskoczyło. Pozytywnie!


Tak, zaczynamy wchodzić w kategorię pozytywnych wiadomości i przechodzimy też znów na tematy Bydgoszczy i spraw miejskich. Wszystko zaczyna się od tego, że planowałem napisać o braku perspektywicznego myślenia w Bydgoszczy przy planowaniu inwestycji i tak dalej. Przykłady były uszykowane, a jednym z nich miało być rozkopywanie ulic zaraz po ich remoncie przez takie służby jak wodociągowcy, energetycy i ciepłownicy. O ile większość moich przykładów nadal pozostaje aktualna i wpis najpewniej nadal będzie miał sens, tak pozytywnym zaskoczeniem okazało się podjęcie przez miasto kroków w kierunku ostatecznego rozwiązania problemu rozkopywania niedawno remontowanych ulic.

W opisywanym nie tak dawno temu w mediach planie miasta pojawiły się plany stworzenia narzędzi skutecznego zapobiegania wchodzenia w pas drogowy, który jest świeżo po remoncie. Jest to między innymi przeniesienie własności przyłączy z właścicieli budynków na wodociągi i tym podobne inicjatywy. Na ile się to sprawdzi, czas pokaże, ale zawsze miło jest czytać o takich małych detalach. Jeszcze z czasów zamieszkania w Łodzi pamiętam, że tam taki brak synchronizacji wszelkich prac był równie wielkim problemem, więc może jednak nie jesteśmy aż tak "daleko z tyłu" za resztą kraju, choć to w żaden sposób nie napawa optymizmem. Wiele jest jeszcze do poprawy, ale może te pierwsze oznaki "odtajania" w umysłach urzędników są znakiem, że "idzie ku lepszemu".

Urlop i zupełnie nowe zajęcia.


Na koniec jeszcze chciałbym rzucić kilkoma wiadomościami. Po pierwsze chciałbym "prawie oficjalnie" zapowiedzieć, że mam zamiar, w miarę własnych możliwości, przyłączyć się do Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska w ich staraniach o budowanie jakiejś alternatywy dla obecnie rządzących miastem. Nie wiem jeszcze, na ile będzie to jedynie udział w "burzy mózgów", a na ile będzie to jakieś szersze wsparcie, ale ponieważ jestem zwolennikiem budowania ruchów miejskich, które nie mają żadnej "centrali" poza miastem, to i jakiś wkład chcę w to wnieść.


Zabytkowy tramwaj na tle kościoła Klarysek, ulica Focha - fot. Krystian 'krystiand' Dobosz

Po drugie, korzystając z urlopu mam zamiar trochę aktywniej korzystać ze wszystkich atrakcji naszego miasta. W związku z tym zapraszam też i Was wszystkich do udziału w Rzece Muzyki, do kibicowania Zawiszy w tę niedzielę, do chodzenia po mieście i cieszenia się jego urokami. Jakie są plany? Na pewno chcę odhaczyć na swojej wirtualnej liście przejażdżki naszymi zabytkowymi pojazdami (tutaj w szczególności mam na myśli linię tramwajową, bo nie wiem jak teraz jeżdżą "ogórki" w czasie remontu starego miasta) na pewno też chętnie zawitam do Muzeum Wojsk Lądowych i DAG Fabrik Bromberg. Prócz tego planowałem też odwiedzić kilka lokali i urządzić sobie spacery (jak zapowiadany spacer szlakiem parków w Bydgoszczy) po mieście, jednak to ostatnie uzależnione jest bardzo mocno od rozwiązania sytuacji z aparatem.

Jak by nie wyszło, trzymajcie za mnie kciuki, żeby wszystkie sprawy znalazły jakiś "szczęśliwy finał" i wszystko powoli wróciło na swoje tory.

środa, 16 lipca 2014

Bycie kibicem "po bydgosku"

Przykra sprawa związana ze środowiskiem kibiców w Bydgoszczy. W nowiutkim mieszkaniu Pana Radosława Osucha, który jest praktycznie właścicielem i "szefem" klubu WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. (nawet, jeśli technicznie rzecz biorąc sporą rolę w klubie ma jego żona), powybijano wszystkie okna. Wcześniej zwyzywano go z trybun, grożono i tak dalej. To tylko kilka przykładów wydarzeń związanych ze środowiskiem kibiców bydgoskiego Zawiszy z ostatnich miesięcy, które swoją genezę mają osadzoną w trwającym od pewnego czasu konflikcie na linii Osuch - kibice. Oczywiście nie ma żadnych podstaw, by generalizować, jednak te kilka ekstremalnych przypadków pokazuje jakie nastroje panują w szerszym gronie kibiców i rzucają cień na reputację środowiska jako takiego, nawet, jeśli do skrajności posuwają się tylko pojedynczy wandale.

Sam też uważam się za kibica Zawiszy, gdyż za drużynę trzymam kciuki i swojego czasu na meczach też się pojawiałem (może wybiorę się też na pierwszy mecz tego sezonu, który już 20 Lipca odbędzie się w Bydgoszczy). Niestety, czuję pewien dysonans, gdyż chcę być kibicem, ale odechciewa mi się nim być, gdy tylko zaczynam być kojarzony ze środowiskami kibolskimi (co w zasadzie jest określeniem gwarowym i nie powinno być używane pejoratywnie, ot taka ciekawostka). Kibic Zawiszy w wydaniu "medialnym" jest często demonizowany, a wspomniane we wstępie karygodne przykłady przypina się wszystkim kibicom, niezależnie od zachowania danej osoby i jej indywidualnego podejścia do konfliktu. Ja sam staram się trzymać z boku i bojkotu jako takiego nie uznaję.


Kibice Zawiszy świętują zwycięstwo drużyny wraz z zawodnikami, zdjęcie zrobiono przed rozpoczęciem oficjalnego "bojkotu" - fot. Krystian Dobosz

Jak to wygląda w przypadku osób "bojkotujących"? A może ważniejsze jest pytanie, jak wygląda to dla przeciętnego obywatela za pośrednictwem mediów? Niby kibic powinien dopingować swoją drużynę, jednak w Bydgoszczy oznacza to coś zupełnie innego. U nas "prawdziwy kibic" robi wszystko, by na meczu się nie pojawić i z nudy zajmuje się rzeczami innymi. W skrajnych przypadkach jest to demolka (np. szyby Pana Osucha), a czasem ramię w ramię z emerytami kibic, nie zajęty przecież kibicowaniem, protestuje przeciwko występom w teatrze, o czym z resztą wspomniałem w ostatnim wpisie. Jeszcze innym razem "znudzony kibic" wpada na salę, gdzie akurat mecz rozgrywa drużyna nastoletnich dziewczynek i kradnie ich ubrania (bo przecież było na nich logo "wroga"!). Nijak nie odzwierciedla to całego środowiska, jednak dla szarego człowieka właśnie taka jest kibolska grupa fanów Zawiszy.

Oczywiście jest też ta "druga strona medalu", czyli część kibiców ze środowiska kibolskiego, którzy bojkotują mecze bez "odwalania numerów". Wydaje mi się, że to z tą spokojną częścią można jeszcze rozmawiać, a nawet dojść do porozumienia, jednak jak dotąd nikt nie próbuje w tym kierunku niczego robić (brak rozmów jest chyba jakimś motywem przewodnim, kiedy idzie o sprawy obywatelskie w Bydgoszczy). Chciałbym zobaczyć zmianę tej sytuacji i wznowienie rozmów między kibicami i władzami naszego bydgoskiego klubu, jednak wszystko wskazuje na tendencję odwrotną. Jednocześnie, jako alternatywa dla środowiska kibolskiego, coraz więcej bydgoszczan dotychczas zupełnie nie zainteresowanych sportem skłania się ku Zawiszy. Na mecze przychodzą (ciągle jeszcze nieliczne) całe rodziny z dziećmi, które chociaż odrobinę zapełniają świecące pustkami trybuny. Czy to wystarczy? Nie wiadomo, ale nawet jeśli by się udało, to nadal piłkarze pozbawieni będą typowych dla Zawiszy opraw spotkań. To wszystko składa się na bardzo skomplikowany krajobraz kibiców bydgoskiego Zawiszy, jednak nie są oni jedyną grupą w Bydgoszczy.

Jeśli nie piłka, to co?



Co mamy prócz piłki? Mamy do niedawna całkiem popularny żużel, jednak od kilku lat podupadający i w znacznej mierze zapomniany. Sam nigdy się tą dziedziną nie interesowałem, jednak pamiętam z czasów dzieciństwa jeszcze ogromne zainteresowanie w mieście tym sportem motorowym. Teraz niestety kibiców chcących oglądać motocykle sunące po zamkniętym torze jest coraz mniej, a miasto zdaje się udawać, że nigdy przenigdy o tej dyscyplinie nawet nie słyszało. Jest to o tyle dziwne, że tak arena żużlowa, jak i też klub ŻKS Polonia Bydgoszcz S.A., są w zasadzie własnością naszego miasta. Kilka razy podnoszono postulat budowy nowej areny do zmagań motocyklistów w Bydgoszczy, a nawet dostosowania jej do całkiem widowiskowych zawodów na lodzie, jednak środowisko kibiców i klub na tle zamieszania wokół piłki kopanej praktycznie nie istnieją. Nic nie wskazuje, by w najbliższym czasie ta sytuacja miała się odwrócić.


Żużel w Bydgoszczy - fot. Krystian Dobosz

Trzecią dyscypliną w Bydgoszczy, która może liczyć na pewne zainteresowanie, jest siatkówka i tutaj możemy mówić o trochę lepszej kondycji, niż w przypadku żużla. Mamy całkiem niezły zespół Transfer Bydgoszcz, który bierze udział w rozgrywkach najwyższej klasy w naszym kraju, a zainteresowanie kibiców jest podobne, jak w innych klubach naszego kraju. Niestety, środowisko kibiców siatkówki jako takie jest ciche, sympatyczne i przyjazne, więc ginie w tle agresywnego środowiska (nie)kibiców Zawiszy. Szkoda.

Smutne wnioski i jedno "ale"



Jak określiłbym bycie kibicem "po bydgosku"? Obawiam się, że jeśli jesteś prawdziwym kibicem, który jest pozytywnie zakręcony na punkcie swojego sportu, to znaczy, że w Bydgoszczy oficjalnie nie istniejesz. W przypadku żużla nie istniejesz, gdyż miasto zachowuje się jakby chciało się Ciebie pozbyć lub "zamieść pod dywan". W przypadku siatkówki, natomiast, trudno mówić o kibicach, którzy zainteresowani są czymkolwiek więcej, niż wesołym dopingowaniem swojej drużyny z trybun i powrotem po meczu do domu. Tak na prawdę jedynie "kibice" Zawiszy są widocznie na ulicach miasta, w mediach i świadomości władz. 

Co jest w tym wszystkim największym absurdem, to fakt, że tak na prawdę kibole Zawiszy to jedyni kibice, którzy w ogóle nie kibicują. Może to jakaś nasza miejska przypadłość, może to zbieg okoliczności, ale chyba nie ma niczego w Bydgoszczy, co nie wiązałoby się z konfliktem w takiej czy innej postaci. Bliskość Torunia to niekończąca się wojna z tym miastem, budowa mostu to wojna o nazwę, wystawienie "Golgota Picnic" to wojna religijna, a sport to wojna kiboli z klubem, który powinni wspierać. Nawet między Bydgoszczą, a Fordonem jest pewien konflikt wywołany poczuciem zapomnienia o ich dzielnicy, które od lat wzbiera stopniowo u fordoniaków.

Pól żartem nasuwa się przy tym myśl, że ten potencjał należałoby wykorzystywać. Może zamiast próbować kibicować konkretnym sportom lepiej będzie zebrać wszystkie zwaśnione strony, wyposażyć w atrapy broni i rozstawić w Myślęcinku wielkie trybuny, by cała polska mogła podziwiać bitwę Bydgoszcz kontra Bydgoszcz. Wydaje mi się, że nawet inscenizacja pod grunwaldem mogłaby nie być równie widowiskowa.


PS:
Jeśli czyta to jakiś kibic z grupy bojkotującej: może jednak czas sobie darować? Doping jest przecież dla zawodników, a nie dla właściciela klubu, więc jeśli chcecie bojkotować Pana Radosława Osucha, to bojkotujcie go dalej, ale nie przerzucajcie tego piłkarzy? Oni dostali tam pracę i taki mają kontrakt, ale to nie oni przecież podejmują decyzje "przeciwko kibicom".

poniedziałek, 14 lipca 2014

Czy powstanie "partia" miejska w Bydgoszczy?

Powoli zbliżają się wybory samorządowe i wraz z nimi w całym kraju zaczynają się też przygotowania najróżniejszych ugrupowań do tychże wyborów. Pierwsze skrzypce grają, jak zawsze, duże ogólnopolskie partie polityczne, które prowadzą wspólną politykę i bardzo często sterowane są "z centrali", co nie zawsze jest dobre dla interesu konkretnych miast. Postaram się uniknąć ocen poszczególnych partii, a jedynie zbiorczo powiem: żadna partia nie jest nastawiona w stu procentach pro miejsko, gdyż zawsze muszą walczyć o głosy miasteczek i wsi, których duże metropolie na ogół nie obchodzą, a nawet widzą w nich pewne zagrożenie. W tym kontekście coraz częściej spotyka się "partie" miejskie (chociaż są to w zasadzie ruchy społeczne, a nie dosłownie "partie"), które stanowią swoiste inicjatywy lokalne, prowadzące politykę skupioną tylko i wyłącznie na realizacji celów skupionych na mieście i pro miejsko.

Jednym z przykładów, który warto przytoczyć, jest sąsiedzki Toruń, gdzie funkcjonuje ugrupowanie Czas Mieszkańców. Wraz z kilkoma innymi organizacjami funkcjonuje ono w ramach Porozumienia Ruchów Miejskich, w którego skład wchodzą ugrupowania z wielu miast polskich. Jak możemy przeczytać na stronie Czasu Mieszkańców, nie chcą oni dłużej przyglądać się, jak Toruń służy budowaniu kapitału politycznego i wizerunkowego polityków, którzy przy tym zapominają o mieszkańcach. Co prawda w manifeście często pojawiają się bardzo butne sformułowania, jak chociażby służebna rola ekspertów i podkreślanie, iż jako jedyni wiedzą jak powinien rozwijać się Toruń, jednak nie sposób się nie zgodzić, iż grupa bez osobistej ambicji wybicia się z miasta "do Warszawy" będzie o wiele skuteczniej dbać o jego interesy.

W podobnym tonie wypowiadają się organizacje z innych miast, które (na przykładzie Poznania i organizacji Prawo do miasta) deklarują wspólne działanie ponad podziałami na rzecz wspólnego miastopoglądu "mimo różnic wiary, polityki, wieku, płci, standardu zamieszkania, zamożności albo gustów". Niestety z Bydgoszczy, do tego wspólnego głosu, nie przyłączyła się jeszcze żadna organizacja (jeśli założymy, że dane na stronie Porozumienia Ruchów Miejskich są aktualne). Na szczęście jest też światełko w tunelu, gdyż znane już bydgoszczanom stowarzyszenie Metropolia Bydgoska do tego wspólnego głosu mieszkańców miast planuje dodać swój. 

Ruch miejski w Bydgoszczy



Od kilku tygodni w mediach pojawiają się wzmianki, że w Bydgoszczy do wyborów, prócz partii znanych z całego kraju, wystartować ma także komitet społeczny złożony z mieszkańców naszego miasta. To właśnie inicjatywa wspomnianego stowarzyszenia. Wiele osób zna stowarzyszenie Metropolia Bydgoska, kierowane przez Pana Piotra Cyprysa, z ich działań na rzecz sprawiedliwego podziału środków UE z funduszu wojewódzkiego, czy też bardzo intensywnych działań na rzecz racjonalnego wyznaczania granic i zadań w ZIT. Niestety dotychczas ich działania (nie tylko na szczeblu wojewódzkim, ale także lokalnym) mogły ograniczać się jedynie do roli doradczej i protestów, gdyż jako organizacja społeczna zrzeszająca bydgoszczan, Metropolia Bydgoska nie posiadała żadnego realnego wpływu na podejmowane ostatecznie decyzje. Podobnie jak w innych miastach, tak i w Bydgoszczy, bierna rola w zarządzaniu miastem nie przynosiła najmniejszego rezultatu i znaczna większość postulatów stowarzyszenia Metropolia Bydgoska (a także całego szeregu innych stowarzyszeń, które działają w naszym mieście) była przez władze ignorowana. 


Stary Rynek, w tle widać Urząd Miasta Bydgoszczy - fot. Łukasz 'Din Sevenn'

Jedynym realnym rozwiązaniem problemu kompletnego braku wpływu na decyzje podejmowane w mieście jest partycypacja w procesie podejmowania tych decyzji, a jedynym sposobem by tego dokonać jest znaleźć się w składzie rady miasta. Niestety na chwilę obecną nie wiadomo jak dokładnie będzie wyglądać start naszej "bydgoskiej partii miejskiej" w wyborach, ani z jakim wystartują programem, jednak pojawienie się inicjatywy lokalnej skupionej na przejęciu obowiązków zarządzania miastem oznacza, że mieszkańcy Bydgoszczy coraz silniej zainteresowani są nie tylko tym, co się dzieje w naszym mieście, ale też z czyjej inicjatywy się to dzieje i czemu taką decyzję podjęto.

Nawet jeśli nie zgadzam się w całości z mocnymi słowami, które można przeczytać na stronie stowarzyszenia (zamiast zdrady w negocjacjach dotyczących kształtu ZIT, doszukuję się raczej braku wytrwałości i determinacji ze strony obecnych włodarzy miasta), to i tak zgadzam się iż głos mieszkańców powinien być słyszalny bez pośrednictwa generalnego programu partyjnego. Liczę, że, podobnie jak w deklaracji ze strony Porozumienia Ruchów Miejskich, uda się w Bydgoszczy stworzyć pewien wspólny ruch, który będzie potrafił patrzeć ponad takimi kwestiami jak wierzenia, upodobania i osobiste preferencje poszczególnych jego członków. Pytaniem jest jednak, czy w Bydgoszczy faktycznie jest na to szansa.



"Diagnoza" dla Bydgoszczy i jej mieszkańców



Ostatnio bardzo głośna stała się sprawa przedstawienia Golgota Picnic, którego nagranie miało być odtworzone w Teatrze Polskim. Wówczas pod teatrem zgromadziły się spore tłumy, by protestować przeciwko kontrowersyjnemu przedstawieniu i wyrazić swoje oburzenie. Pozornie sprawa w żaden sposób nie jest związana z wyborami, jednak jest bardzo ciekawą diagnozą społeczeństwa w Bydgoszczy. W Poznaniu poradzono sobie z problemem przez dyskusję obu stron tej ideologicznej barykady. Przeciwnicy spotkali się (niestety już PO fakcie) ze zwolennikami i bez krzyków, bez rozpylania śmierdzących substancji i wyzwisk udało się wymienić poglądy. Urażeni wyjaśnili co ich rani w tej sztuce i dlaczego są jej przeciwni, a jej zwolennicy przedstawili swoje argumenty za tym przedstawieniem.


Teatr Polski w Bydgoszcz - fot. Wikipedia, creative commons

Jak przebiegło to w Bydgoszczy? Niestety w Bydgoszczy nikt nie próbował rozmawiać i nikt nie starał się doprowadzić do mediacji. Zamiast zmierzać do uspokojenia "potyczki" i porozumienia, doszło do eskalacji konfliktu, wrzasków, zagłuszania sztuki i rozpylania śmierdzących sytuacji. W pewnym sensie sterroryzowano widzów w imię osobistej opinii katolickiej większości społeczeństwa, która nie potrafiła się w żaden sposób pogodzić z tym, że niekatolicka mniejszość porusza ich temat tabu. Zjednoczeni z rodzinami Radia Maryja stali kibole Zawiszy, a nawet klub cyklistów gdzieś spod Koronowa (jeśli wierzyć mediom). Nie mam w najmniejszym stopniu za złe wierzącym, że chcieli bronić swoich przekonań, gdyż jak najbardziej powinni i mają do tego konstytucyjne prawo, jednak zupełnie nie potrafię zrozumieć wybranych metod i działania wedle zasady "najpierw strzelaj, potem pytaj".

Sam wolę w tej sprawie pozostać, choć do pewnego stopnia, neutralny, jednak nie potrafię oprzeć się silnemu wrażeniu, że gdyby przed całym zdarzeniem zaproszono wszystkich do rozmowy, to całej afery by po prostu nie było. Ile lat w rozwoju społeczeństwa obywatelskiego brakuje nam do Poznania? Czy ludzie, którzy przyszli w dniu przedstawienia protestować potrafiliby ponad tymi różnicami razem z ówczesnymi widzami stanąć ramię w ramię, by zagłosować na rzecz komitetu czysto miejskiego? W Poznaniu ich organizacja dostała się do rady miasta i zawdzięcza to właśnie wspólnym głosom mieszkańców, którzy w takie porozumienie na wyższym poziomie uwierzyli. Obawiam się ogromnie, że u nas takie zjednoczenie może być bardzo trudne i nie dojrzeliśmy jeszcze społecznie, jako mieszkańcy Bydgoszczy, by zjednoczyć się i jednogłośnie stanąć za taką, czy inną ideą.


Obym się mylił. :)

czwartek, 10 lipca 2014

Krwiodawstwo autobusowe, czyli o ratowaniu i zniżkach

Wpis edukacyjny, podobnie z resztą jak moja prośba o zwracanie uwagi na osiedlowe "koty dzikusy". Tym razem piszę do Was wszystkich z prośbą o oddanie krwi, jeśli tylko macie taką możliwość. Mamy lato, a to oznacza wzmożony ruch na drogach, który wiąże się ze znacznie podwyższoną liczbą wypadków, zdarzają się najróżniejsze nietypowe sytuacje wynikające z wakacyjnych "szaleństw", a od pewnego czasu bardzo duży udział w zapotrzebowaniu dodają ludzie bawiący się na quadach i motocyklach. Nie ważne, kto znajdzie się w potrzebie i z jakiego powodu, możecie uratować jego życie ot tak spędzając 20 do 30 minut w "ambulansie" centrum krwiodawstwa. 

"Ambulans" RCKiK w miejscu dzisiejszej zbiórki. - fot. własne
Właśnie w takim autobusie oddałem dzisiaj krew, kolejny raz w swoim życiu. Niby nic wielkiego, ale od jakiegoś czasu robie to regularnie, a pierwszy raz krew oddałem będąc jeszcze w liceum. Krew chce też oddać Daria, jednak jeszcze nie było okazji wybrać się wspólnie. Może następnym razem, kiedy wybierać będę się bezpośrednio do centralnej placówki w mieście, zabierzemy się razem. Najwyraźniej krwiodawstwo jest po prostu zaraźliwe. Oczywiście, jeśli nie chcecie czekać czekać na wyjazd autobusu w Wasze rewiry, możecie udać się bezpośrednio do Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa lub jednego ze stałych punktów poboru. Mapkę wszystkich punktów, stałych i tymczasowych, znajdziecie pod tym adresem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że przyjmą Was tam z otwartymi ramionami!

Z krwiodawstwem wiąże się jeszcze jedna sprawa, która w Bydgoszczy podgrzewa atmosferę, a skoro już poruszamy temat oddawania krwi, skorzystam z okazji, by podzielić się z Wami swoją opinią na temat przywilejów i zniżek dla honorowych dawców. Osobom nie znającym tematu chciałbym jedynie szybko prześwietlić sytuację. Przy okazji zmian wprowadzanych w Bydgoszczy w komunikacji miejskiej zadecydowano, iż w zamian za obniżenie ogólnych cen biletów zlikwidowana zostanie część zniżek. Jedną z tych zniżek była ta, którą objęci byli honorowi dawcy krwi. Wywołało to ogromną falę niezadowolenia. Sam do niezadowolonych nie należę i postaram się zaraz wyjaśnić dlaczego.


Charakterystyczne autobusy firmy Mobilis na ulicach Fordonu - fot. Łukasz 'Din Sevenn'
Zacznijmy od najważniejszego. Oddawanie krwi jest dobrowolne i nie jest to ani nasz obowiązek ani praca, zatem głównym motorem napędowym w takich wypadkach powinna być zawsze chęć pomocy. Zniżki i przywileje to nie jest wynagrodzenie, a forma wyrażenia uznania, jeśli ktoś chce nam przyklasnąć i pogratulować wzorowej postawy obywatelskiej. W takim przypadku domaganie się przywrócenia zniżek na przejazdy w bydgoskim Zarządzie Dróg i Komunikacji jest dla mnie zaprzeczeniem idei dobrowolnego niesienia pomocy innym ludziom. Tak, absolutnie zgadzam się, że to bardzo miło ze strony miasta i wszelkich instytucji, które dają nam jakieś "gratisy", jednak to nie jest coś, co należy nam się z urzędu. Gdyby ode mnie to zależało, to chyba wolałbym płacić za własne bilety więcej, aby miasto nie musiało dokładać tych kilkudziesięciu tysięcy rocznie do komunikacji miejskiej, a w zamian zainwestowało te pieniądze w coś, co służyć będzie wszystkim mieszkańcom miasta.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żebym płacił pełną stawkę za bilety, zdaję sobie z tego sprawę. Nie chodzi mi tutaj jednak zupełnie o mój bilet, a o zmianę nastawienia. Pomaganie innym tylko i wyłącznie dla profitów jest moim zdaniem moralnie niewłaściwe i przynajmniej środowisko dawców powinno w kwestii zniżek zachować milczenie. Jak inni mieszkańcy i urzędnicy uznają, że chcą zawalczyć o zniżki dla nas, to super. Sami krwiodawcy powinni raczej cieszyć się z tych wszystkich uratowanych ludzi, a nie z kilku złotówek w kieszeni. Kiedyś to my możemy potrzebować krwi i nim do czegoś takiego dojdzie (oby wcale) uczmy innych, że to całkiem w porządku zrobić coś BEZinteresownie, a same zniżki są kompletnie bez znaczenia.


PS:
Dzisiaj kolejne 450ml mojej krwi zasiliło zapasy zgromadzone RCKiK. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miał podobną okazję, jednak to krew grupy B, a to nie jest największa potrzeba na chwilę obecną. Jeśli macie grupę krwi A lub 0, powinniście rozważyć dodanie także od siebie kolejnych 450ml. Jeśli czytacie tego bloga w zupełnie innym terminie, niż data pierwszej publikacji, to możecie sprawdzić aktualne zapotrzebowanie na tej stronie.

wtorek, 8 lipca 2014

Bydgoszcz, miasto (nie)przyjazne turystom.

Ostatnio w gazetach, a nawet na oficjalnym profilu FB naszego prezydenta, Rafała Bruskiego, pojawiało się nawoływanie do oddawania głosów na Bydgoszcz, jako miasta przyjaznego turystom. Idea ciekawa, ale czy internetowe głosowanie ma jakąkolwiek wartość większą, niż tylko test internetowego patriotyzmu i przeciągania liny na liczbę aktywnych internautów z danego ośrodka? Oczywiście sama nagroda w akcji "na głosy" jest bardzo nietypowa i może się przyczynić do podniesienia atrakcyjności oraz wygody poruszania się po mieście przeciętnego turysty. Najczęściej wybierana przez internautów gmina otrzyma od firmy 3Step mobilną aplikację turystyczną. Niestety, jak dobra by nie była, ta aplikacja nie zmieni największych naszych mankamentów.

Na ile Bydgoszcz jest w rzeczywistości przyjazna turystom? Czy przypadkiem wygrana w takim konkursie nie sprawi, że zachęceni turyści wyjadą z naszego miasta zawiedzeni, gdyż mimo zaszczytnego "miana" Bydgoszcz okaże się o wiele bardziej nieprzyjazna, niż mogliby się tego spodziewać? Mam pewne obawy, że w tej kwestii mamy kolejny miejski problem, którego rozwiązanie będzie wymagać czasu i ciągłej pracy.



Ulica Długa na bydgoskiej starówce - fot. Łukasz 'Din Sevenn'

W zeszłym miesiącu pisałem o tym, kto tak na prawdę obiera ster na Bydgoszcz. Moje wnioski były jednoznaczne: Bydgoszcz odwiedza się "przy okazji" i nierzadko bardziej "z przypadku", niż w ramach wcześniej zaplanowanej wycieczki. Z jednej strony nasza starówka nie jest miejscem, które można odwiedzać dzień po dniu i ciągle odkrywać coś nowego (głównie dlatego, że stare miasto jest dość małe), ale z drugiej, to przede wszystkim promocyjnie leżymy na łopatkach. Nie pomaga tutaj bliskość Torunia, który w zabytki jest bogatszy i opinia miasta pod wieloma względami nie wartego nawet minuty uwagi, nie ważne jak mylna by ona nie była. Co zatem przemawia na korzyść Bydgoszczy?

Zacznijmy od rozebrania miasta na czynniki pierwsze, przeliczenia wszystkich ważniejszych atrybutów "pro-turystycznych" i wypunktowania braków. Nim jednak pojawi się sama lista, warto też wspomnieć co nieco o kryteriach tego podziału. Za pozytywy uznaję wszystkie elementy pozwalające na łatwiejsze funkcjonowanie w mieście (orientację, przemieszczanie się, zaspokojenie podstawowych potrzeb), a także elementy przyciągające turystów. Negatywne elementy to wszystkie te, które sprawiają iż czas spędzony "w mieście" może być uciążliwy dla turysty, a także wszystko to, co może turystę od miasta odstraszyć lub po prostu szpeci okolicę. Zaczynamy? Wydaje mi się, że powinniśmy zacząć od pozytywów i trochę podbudować morale przed drugą częścią wpisu, gdzie postaram się pisać szczerze i bez zbędnego słodzenia "rodzinnemu miastu".


Do plusów Bydgoszczy, które doceni każdy turysta zaliczyć należy:



  • Bulwary nad Brdą. Wyremontowane na znacznym odcinku stanowią nie tylko świetne miejsce dla pieszych turystów, ale też prezentują się świetnie od strony wody, co zdecydowanie przemawia za korzystaniem z tramwaju wodnego. W ich ciągu znajduje się zrekonstruowana śluza workowa (chociaż jakość rekonstrukcji pozostawia wiele do życzenia), a do tego w kilku miejscach pojawiły się publicznie dostępne toalety.
  • W mieście pojawia się coraz więcej "hotspotów". Dostęp do darmowego łącza wi-fi w mieście jest bardzo ważny dla typowego turysty. Nie tylko można sprawdzić mapę, czy otworzyć stronę informacji turystycznej, ale też "odmeldować się" na portalu społecznościowym. Niby nic, ale takie nadążanie za duchem czasów zostawia wrażenie miasta nowoczesnego.
  • Ratusz bardzo duży nacisk kładzie na estetykę miasta. Kilka najważniejszych inicjatyw związanych z poprawą estetyki to chociażby rewizja wyglądu ogródków przy lokalach gastronomicznych (zapowiedziana całkiem niedawno), wydawanie nakazów remontowych, wymiana i usystematyzowanie wyglądu wiat przystankowych i walka z reklamowym zaśmiecaniem przestrzeni publicznej. Dla mnie szczególnie ważne jest zaangażowanie plastyka miejskiego w problem szyldów i reklam. Mam nadzieję, że takie właśnie porządkowanie wizualne miasta, to dopiero początek.
  • Dworce są świetnie skomunikowane z resztą miasta. Często jest to element pomijany i bagatelizowany, jednak możliwość dojazdu z dworca na samą niemal starówkę, to bardzo ważny czynnik ułatwiający życie turysty. Nie bez znaczenia jest tutaj rodzaj wyjazdów turystycznych do Bydgoszczy, gdzie znaczna większość to krótkie wizyty. Jeśli ktoś jest u nas tylko przejazdem i z Torunia, Poznania, czy Trójmiasta zrobił sobie jednodniowy wypad do Bydgoszczy, to możliwość szybkiego przedostania się z dworca na stare miasto jest istotnym elementem takiej wycieczki.
  • Baza hotelowa bez przerwy się powiększa. To raczej tendencja ogólnopolska, jednak powstające u nas coraz częściej hotele dużych sieci przekładają się na pojawianie się tych konkretnych placówek w katalogach sieciowych, a także w ofercie biur podróży mających z daną siecią hotelową umowy o współpracy. Turyście nie tylko łatwiej jest znaleźć u nas miejsce na nocleg, ale też ma o wiele większy wybór hoteli różnej klasy.
  • W mieście funkcjonują unikalne atrakcje. Wymienić można chociażby tramwaj wodny i zabytkowe linie autobusowe oraz tramwajowe, pływającą scenę przy Operze Nowa, czy nietypowe muzea (np. Exploseum, Muzeum Mydła i Historii Brudu). Niby nic wielkiego, ale na swój sposób te atrakcje pozwalają w jakiś sposób odróżnić się od setek innych miejsc, gdzie każda "atrakcja" podobna jest to dziesiątek "atrakcji" z punktu X czy Y.

Hotel Holiday Inn w Bydgoszczy - fot. Łukasz 'Din Sevenn'

Nie jest źle, prawda? Wszystko zmierza w dobrym kierunku i bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że każda kolejna ukończona inwestycja podnosi wartość Bydgoszczy, jako destynacji turystycznej. Niestety, jest też druga strona medalu, gdyż wciąż pozostaje u nas ogrom mankamentów, a bardzo często wraz z nowymi inwestycjami pojawiają się też zupełnie nowe problemy. Część to fuszerki, część to bezmyślność, ale zdecydowana większość to problemy wynikające z kompletnego braku wyobraźni. Jest ich równie wiele, jak problemów nękających miasto od lat. 

Rzućmy okiem na "minusy" naszego miasta:


  • Publiczne toalety są, ale pozamykane. Mało która publiczna toaleta w Bydgoszczy funkcjonuje, a jeśli już funkcjonuje, to przez bardzo krótki czas w ciągu dnia. O ile pojawienie się toalet na bulwarach jest absolutnie pozytywnym elementem ich rewitalizacji, tak reszta miasta podobnej poprawy sytuacji się nie doczekała. Jak opisałem przy okazji wypadu do Burger Park, dostanie się do toalety publicznej graniczy z cudem i ostatecznie pomogła nam przemiła obsługa hotelu Pod Orłem. Jeśli jednak uda nam się dostać do publicznej toalety, to stan techniczny i wygląd tych miejsc sprawia, że wielu na pewno już odechciało się z nich w ogóle korzystać w Bydgoszczy. Nie ma też co liczyć, że obsługa w takim przybytku znać będzie język angielski, ale nawet tabliczka z informacjami w kilku językach rozwiązałaby ten problem.
  • Istniejące hotspoty, oznaczone są niewłaściwie. O ile w naszym kraju "Internet" to synonim dostępu do sieci, tak używanie tego słowa do oznaczania punktów dostępu jest po prostu głupie, a właśnie tak dzieje się w Bydgoszczy. Przykładem może być hotspot na Wyspie Młyńskiej, gdzie 3/4 tabliczki zajmuje słowo "Internet", a rozpoznawalna na całym świecie ikona wi-fi (lub ikonka znana z urządzeń mobilnych) nawet się na tej tabliczce nie znalazła, gdyż jej miejsce zajęło jakieś "własne" logo. Bardzo łatwo fakt dostępności do sieci można po prostu przeoczyć, szczególnie jeśli nie zna się naszego języka, by przeczytać słowa "darmowy miejski" stojące przed "Internet".
  • Dbałość o estetykę miasta nie przekłada się na dbałość o spójność tkanki miejskiej. Chociaż od niedawna widać zmiany w kierunku ujednolicenia "małej architektury", to jednak wszelkie dotychczasowe prace na bulwarach nad Brdą można spokojnie nazwać wolną amerykanką. Każdy odcinek bulwarów odgrodzony jest innym rodzajem barierek, które w wielu miejscach połączone są niedbale i karykaturalnie. W wielu miejscach ścisłego centrum, chociaż wiaty przystankowe są ujednolicone, montuje się rewię barierek w kolorach tęczy (żółte, czarne, biało-czerwone), a słupy sygnalizacji ulicznej mogłyby tworzyć kod kreskowy.
  • Brakuje biletomatów! Nawet moja koleżanka z Trójmiasta, która w Bydgoszczy się wychowała, miała ogromny problem z zakupem biletu po wyjściu z pociągu. O ile w stolicy Pomorza biletomaty są wszędzie, tak u nas na prawdę trzeba się ich naszukać. Co gorsza, za wystarczający zamiennik biletomatu, uznaje się w urzędach kioski. Nie możemy jednak wymagać, by pracujący tam ludzie biegle władali wieloma językami, więc najczęściej prowadzi do dezorientacji, a nie zakupu biletu.
  • Rower miejski jest nadal tylko projektem. Mimo, iż coraz więcej stawia się na budowę nowych dróg rowerowych i poprawę warunków poruszania się rowerzystów po Bydgoszczy, rower miejski jest odległym marzeniem. Jeden z najlepszych środków dla osób, które mogą chcieć zwiedzać Bydgoszcz, istnieje nadal tylko na papierze. Szkoda, bo to najlepsza alternatywa dla komunikacji miejskiej, na którą najpewniej turysta zza granicy biletu nie zdoła kupić.
  • Bariera językowa i fatalne oznakowanie. Wspomniane już wcześniej problemy językowe pojawić się powinny niemal przy każdym punkcie tej listy. Języki obce są wśród pracowników miejskich instytucji spotykane równie często, co znajomość zasad mechaniki kwantowej u przeciętnego hodowcy drobiu. Niewiele lepiej jest też z oznaczeniami turystycznymi, które o ile są, to jednocześnie pojawiają się zbyt rzadko i na ogół rozpisane są jedynie w języku polskim. Ostatnio mijając Operę Nova zwróciłem uwagę na znak, który zawierał jedynie tekst "dyrekcja" i zupełnie nie znane mi logo. Nie wiem nawet czemu miałby służyć taki drogowskaz, chociaż jego format był identyczny jak pozostałe drogowskazy turystyczne w Bydgoszczy. Jednocześnie wiele miejsc pozostaje kompletnie nieoznakowanych.
  • Mała ilość punktów informacyjnych. O ile mnie pamięć nie myli, dwa lata temu ratusz chwalił się zainstalowaniem w mieście tak zwanych "infokiosków". Super, ale planowane były tylko trzy sztuki, z czego dwa znajdują się przed dworcem Bydgoszcz Główna i wyglądają jak jedna z wielu stojących tam wiat przystankowych. Nie ma wielkiej litery "i" na długim kiju, którą byłoby widać z daleka, a jedynie dość małe naklejki na wysokości łydek, które dostrzeże ten, kto zdecyduje się sprawdzić, co to za ustrojstwo stoi na przystanku. Prócz tego mamy jeszcze jeden (tak tak, cały jeden!) punkt informacji turystycznej przy Starym Rynku i sezonowy tramwaj na ulicy Długiej. Tylko czasem można liczyć na jakiś stojak z ulotkami w hotelu lub sklepiku z bibelotami. Zdecydowanie za mało tego!
  • Między odnowionymi budynkami straszą ruiny. Chociaż winy za tę sytuację nie ponosi ratusz (z wyjątkiem kilku przykładów, jak Młyny Rothera), to nadal jest to problem całego miasta, gdyż składa się on na odbiór Bydgoszczy jako takiej. Wiele budynków jest tutaj w kompletnej ruinie i sterczą one w pierzejach, jak kawałek maku między zębami. Część z tych budynków to "inwestycje", które zacząć się nie mogą od lat, mimo zarzekania się właścicieli o rychłym starcie budowy. Inne to budynki o nieokreślonym właścicielu lub miejskie obiekty czekające na "swoją kolej" w remontowej ruletce. Niestety, nic nie zapowiada szybkiej poprawy tej sytuacji.

Widok na Bydgoską Wenecję - fot. Łukasz 'Din Sevenn'
Czy możemy zatem mówić o Bydgoszczy jako mieście przyjaznym turystom? Moim zdaniem nie. Możemy mówić o mieście coraz bardziej atrakcyjnym dla turystów i powoli zyskującym na przyjazności. Mimo to nadal brakuje nam absolutnie podstawowych elementów, które sprawią iż turysta będzie wiedział gdzie iść, którędy się tam udać, a jak już się zdecyduje wybrać, to z łatwością kupi bilet i skorzysta z komunikacji miejskiej. Przeciętny turysta może uważać się też za szczęściarza, jeśli zdoła gdzieś ulżyć naturalnej potrzebie i znajdzie miejsce, gdzie w jakikolwiek sposób będzie mógł wyszukać informacje. Jeśli nasz modelowy turysta będzie wystarczająco spostrzegawczy, to skompensuje sobie to podpinając się do jednego z dostępnych w mieście punktów dostępu do darmowego Internetu, ale nawet w takim wypadku nie może się rozglądać za typowymi oznaczeniami, jakie znaleźć można na całym świecie.

Jeśli jednak turyści już poradzą sobie z wszystkimi przeszkodami, to będą poruszać się po mieście względnie ładnym, coraz bardziej zadbanym, chociaż wciąż w wielu miejscach chaotycznym i poskładanym do kupy dość niedbale. Całe szczęście, że te wszystkie detale mogą im umknąć, kiedy będą kręcili głowami za pięknymi kamienicami, nowymi fontannami i na prawdę ciekawymi atrakcjami (tramwaje wodne napędzane panelami słonecznymi nawet z brzegu są efektowne!). Miastem w wielu miejscach można się zachwycić i jeśli w tle stopniowo rozwiązywać będziemy wciąż liczne problemy, to z czasem nie będzie ani jednego powodu do wstydu.

Mimo wszystko dla aplikacji mobilnej, chyba nadal warto powmawiać sobie, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Może ta aplikacja doda kolejny mały argument na rzecz Bydgoszczy dla wszystkich turystów. Głos oddać możecie tutaj.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Wypad do Burger Park!

Pamiętacie zakładkę pod tytułem "Wypady" wspomnianą w poprzednim wpisie? Chyba czas ruszyć z wypadami w miasto, a na pierwszy ogień trafi lokal Burger Park przy ulicy Gimnazjalnej. Nie będę przedłużał, przejdźmy do rzeczy!

Do lokalu pierwszy raz trafiliśmy z Darią wracając ze spotkania z Senatorem Janem Rulewskim i chociaż słyszałem już o tym miejscu wcześniej, to jednak dotychczas nie miałem okazji wejść tam na kanapkę. Ponieważ sam lokal znajduje się na drodze z Dzielnicy Muzycznej do fontanny Potop (taka była nasza zaplanowana trasa na ten dzień), pasowało nam to po prostu idealnie i zdecydowaliśmy się wejść tam na burgera.

Burger Park z zewnątrz. - fot. własne

 

PB w BP po raz pierwszy!



Pierwsze podejście zaowocowało zamówieniem dwóch kanapek, ale niestety z proponowanych rodzajów mięsa dostępne było tylko mięso mielone, wołowe. O ile sam jestem fanem czerwonego mięsa w burgerach, tak Daria preferuje kurczaka i chociaż znajduje się on w menu, to marne były szanse, by znalazł się też w kanapce. Szkoda, ale to jeszcze nie koniec świata, bo dobrze przygotowany burger nadal powinien być smaczny. Do tego zamówiliśmy dostępne tam napoje, które same w sobie stanowią zupełnie osobną kategorię. Dla mnie niemiecka Afri-cola, która okazała się bardzo miłym zaskoczeniem (jak typowa Cola ze zmniejszoną dwukrotnie ilością cukru, bomba!), a dla Darii napój na bazie herbaty, także całkiem smaczny. Początek niezły, napoje chłodne i smaczne, czekamy na kanapki!
Po pewnym czasie spędzonym po trochu we wnętrzu, trochę na zewnątrz (gdy zrobiło się wolne miejsce), przyszły nasze zamówienia. Burgery zawinięte w biały papier, opatrzone były naklejką z rodzajem kanapki wewnątrz. Niby nic, a taki drobiazg znów robi dobre wrażenie i jest po prostu praktyczny. Nie czekaliśmy długo i od razu, z entuzjazmem po dotychczasowych wrażeniach, złapaliśmy za podane nam jedzenie. Entuzjazm niestety nie trwał długo. Sympatyczna pani z obsługi nie wspomniała słowem, by uważać przy odwijaniu kanapek, gdyż burgery lubią puścić sok, a efektem tego była przez resztę dnia paskudna plama na ubraniach. Trudno, zdarza się.

Jak wypadły zamówione kanapki w smaku? Trudno jednoznacznie powiedzieć, gdyż tutaj zaczynają się małe rozbieżności w opiniach naszej dwójki. Daria, która zamówiła burgera ze swoim ulubionym serem camembert (kanapka "Amburger") była całkiem zadowolona z wyboru, ja zamawiając kanapkę z ananasem ("Big Kahuna") miałem do pewnego stopnia mieszane uczucia, a po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, iż kanapka jest po prostu za słabo doprawiona. Może to kwestia gustu, może indywidualnego smaku, ale mięso zdawało mi się niedosolone i odrobinę niedopieczone (w środku nadal było różowe i miękkie). Na szczęście uzupełnienie tego wszystkiego napojem sprawiło, że cały posiłek nie był wcale taki zły.


Drugie podejście do BP



Za drugim razem do Burger Park trafiliśmy w tę niedzielę. Ponieważ Daria przekąsiła coś trochę wcześniej, kiedy chodziliśmy po starówce, kanapkę zamówiłem tylko ja, a przy okazji zapytaliśmy o toaletę. I tutaj niespodzianka. Lokal toalety własnej nie posiada, a obsługa nie pokierowała nas nigdzie, jedynie bezradnie rozłożyła ręce. Niestety, publiczne toalety pozamykane są na stosy kłódek (co jest tematem na zupełnie inny wpis), więc trzeba było "przesiedzieć" realizację zamówienia i sam posiłek. Na pewno nie jest to nic "fajnego", ale też mówimy tutaj głównie o jedzeniu, a nie toaletach.

Drugie zamówienie w BP - fot. własne
Tym razem uzbrojony w doświadczenia z poprzedniego wypadu, ale niczym nie zrażony, spróbowałem czegoś mocniej doprawionego, by wyeliminować dylematy z poprzedniej wizyty. Wybrałem kanapkę, której nazwa sugerowała intensywnie doprawionego burgera i całkiem wyraziste w smaku składniki. Znów padło na mięso wołowe. Było tuż po deszczu, ale ponieważ lokal dysponuje rolkami ręczników papierowych do wzięcia do każdego stolika do woli (znów, fajny i całkiem praktyczny patent, widoczny na fotce powyżej), zupełnie w niczym to nie przeszkadzało i na zamówienie mogliśmy poczekać na świeżym powietrzu.

Jak tym razem wypadł test smaku? Po pierwsze odkryłem źródła tajemniczego wycieku z moich kanapek! Okazuje się, że znaczna część tego wyciekającego "soku" to warzywa. Na pewno świeżość należy liczyć na plus, natomiast zastanawia mnie czemu zostało to ułożone tak, że nie wchłonęła tego bułka. Pewnie jakiś powód jest, jednak efekt był taki, że pieczywo, jeśli już coś wchłonęło, to raczej z zewnątrz i kanapkę trzymałem trochę jak mokrą gąbkę. Mimo to sama kanapka okazała się całkiem smaczna i problem niewystarczającego doprawienia praktycznie przestał być problemem. Mięso nadal w środku było różowe, więc tutaj jest to dla mnie wada, gdyż lubię trochę "sztywniejsze" kotlety, które zostały solidnie wypieczone. W "zestawie" wybrałem sobie napój o nazwie "Bluna", który okazał się odpowiednikiem mirindy od producenta wspomnianej wcześniej "mniej słodkiej coli". Wyszło nieźle.


Podsumowanie, oceny



Jak oceniłbym lokal na bazie dotychczasowych doświadczeń? Na pewno na plus trzeba tutaj policzyć świeże warzywa, wiele przyjemnych dla klienta detali (rolki ręczniczków do wzięcia, oznaczanie kanapek), wielkość kanapek (za każdym razem jadłem do syta!) i wyjątkowo ciekawą ofertę napojów. Niestety, na minus policzyć trzeba przeciekanie oferowanych burgerów, niedopieczone mięso (moim zdaniem!), dość ostrożne doprawianie jedzenia i brak toalety. Pomijam tutaj kwestię ostrzeżenia przed cieknięciem z kanapek, gdyż po przeczytaniu tego tekstu na pewno będziecie je odwijać ostrożnie i (mam nadzieję) nie nad spodniami.

Cenowo za kanapkę i napój (typowy zestaw dla jednej osoby) mieścimy się w podobnej cenie do powiększonego zestawu w "Maku", a i tak pewnie najecie się tym bardziej, niż burgerem z frytkami, które wyglądają jakby sporo przeszły w drodze na stół. Okolice 20zł to typowa cena za porcję w wielu lokalach i niczym się tutaj Burger Par nie wyróżnia na plus, czy też na minus.

Sam lokal wygląda dość ciekawie, a estetyka na pewno ma w sobie coś świeżego, jednak nie sposób jest mi ocenić całości, gdyż w przypadku obu wizyt trwał remont kamienicy, w której ten lokal się znajduje i nawet nie jestem w stanie powiedzieć jednoznacznie jaki będzie efekt końcowy. Wychodzi na to, że trzeba będzie wybrać się tam jeszcze raz, prawda? Jeśli Wy sami chcielibyście odwiedzić ten lokal przed moją kolejną wizytą, możecie go znaleźć na Gastromapie, którą wraz z następującymi wypadami będę uzupełniał o kolejne miejsca w Bydgoszczy. Ostateczny werdykt i ode mnie i od Darii to, jednogłośnie, 3 na 5, chociaż jest tutaj pewien potencjał na ocenę 4.

 3/5
PS:
Jak Wam się podoba grafika do wystawiania ocen?

piątek, 4 lipca 2014

Nowa zakładka i kilka małych zmian

Dzisiaj wpis organizacyjno-ogłoszeniowy. 

Ponieważ zawartość bloga ciągle się rozrasta, a ja nie mam zamiaru zwalniać tempa, zadecydowałem, że przyda się trochę bardziej to wszystko zorganizować. Na górze strony lada dzień powinna pojawić się dodatkowa zakładka "Wypady". Będzie się tam znajdować lista zawierająca wszystkie moje i Darii (a może też czasem gościnnie ktoś się z nami zabierze?) wycieczki po mieście, jego okolicach, do lokali i na konkretne imprezy. 

Jakiś czas temu wycieczkę po Bydgoskich parkach zaproponowała mi na facebookowym profilu Pani Karina Kondracka, którą przy okazji bardzo serdecznie pozdrawiam. Na pewno na taką wycieczkę się wybierzemy, choćby w ramach podziękowania dla pani Kariny za ten świetny pomysł, ale także by wszystkim pokazać piękno parków w Bydgoszczy. Jednocześnie pomysł ten zainspirował mnie do stworzenia zakładki na blogu, gdzie znajdzie się lista wpisów, w których najróżniejsze wycieczki i wypady do miasta będą opisane. Będzie to dla wszystkich odwiedzających zdecydowanie łatwiejsze od przeglądania wielu stron wstecz, by znaleźć konkretne miejsce, albo konkretny lokal.

Nim ta część bloga wystartuje muszę jeszcze przygotować kilka grafik, które będę przy tym wykorzystywał, a także zorganizować całe "przedsięwzięcie". Tutaj zaczyna się też Wasza rola. Każdego zachęcam do pozostawienia tutaj, a może na stronie facebookowej bloga, komentarza z propozycjami wypadów i lokali do sprawdzenia. Na pewno wszystkiego naraz odwiedzić się nie da, ale postaram się spisywać wszystkie pomysły i po kolei realizować w miarę możliwości. Proszę Was tylko o zachowanie poprawki na to, że nie jestem zmotoryzowany i wszystkie wycieczki muszą to uwzględniać. Kto wie, może to nawet i lepiej, bo o wiele łatwiej spojrzeć mi na miasto z perspektywy turysty? Chyba zostaje się po prostu przekonać w praktyce.

Twitter bloga to, jak widać powyżej, @PoBydgosku

Drugim tematem, który chcę poruszyć jest Twitter. Zainspirował mnie trochę nasz "współbydgoszczanin", Minister Radosław Sikorski, znany ze swojej wyjątkowej aktywności na twitterze właśnie. Dla mnie to absolutna nowość i prywatnie tego serwisu nie używam absolutnie wcale, jednak bardzo chętnie podejmę wyzwanie. Dla tych, którzy nie są szczególnie zaprzyjaźnieni z Facebookiem i ich polityką względem użytkowników, powinna to być świetna alternatywa, by trzymać rękę na pulsie i sprawdzać kiedy pojawią się nowe wpisy.

Profil bloga na twitterze znaleźć można pod tym adresem.


Na koniec nieśmiałe przyznanie się do winy - na blogu powinny być widoczne reklamy. Wybrałem najmniejsze z dostępnych i kolorystykę ustawiłem w taki sposób, by jak najbardziej zlewała się z tłem. Mimo to liczę, że z czasem pozowoli mi to na zainwestowanie jakiejś mniejszej lub większej kwoty w domenę, by blog działał pod własnym adresem, już bez końcówki blogspot.com. Jeśli zatem mogę Was prosić, to ustawcie wyjątek w swoim AdBlock-u dla tego bloga, by reklamy były wyświetlane. Jeśli jakieś reklamy okażą się niestosowne - dajcie mi znać, bo dysponuję możliwością selekcji tych materiałów i wspólnie znajdziemy jakiś złoty środek.