środa, 16 lipca 2014

Bycie kibicem "po bydgosku"

Przykra sprawa związana ze środowiskiem kibiców w Bydgoszczy. W nowiutkim mieszkaniu Pana Radosława Osucha, który jest praktycznie właścicielem i "szefem" klubu WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. (nawet, jeśli technicznie rzecz biorąc sporą rolę w klubie ma jego żona), powybijano wszystkie okna. Wcześniej zwyzywano go z trybun, grożono i tak dalej. To tylko kilka przykładów wydarzeń związanych ze środowiskiem kibiców bydgoskiego Zawiszy z ostatnich miesięcy, które swoją genezę mają osadzoną w trwającym od pewnego czasu konflikcie na linii Osuch - kibice. Oczywiście nie ma żadnych podstaw, by generalizować, jednak te kilka ekstremalnych przypadków pokazuje jakie nastroje panują w szerszym gronie kibiców i rzucają cień na reputację środowiska jako takiego, nawet, jeśli do skrajności posuwają się tylko pojedynczy wandale.

Sam też uważam się za kibica Zawiszy, gdyż za drużynę trzymam kciuki i swojego czasu na meczach też się pojawiałem (może wybiorę się też na pierwszy mecz tego sezonu, który już 20 Lipca odbędzie się w Bydgoszczy). Niestety, czuję pewien dysonans, gdyż chcę być kibicem, ale odechciewa mi się nim być, gdy tylko zaczynam być kojarzony ze środowiskami kibolskimi (co w zasadzie jest określeniem gwarowym i nie powinno być używane pejoratywnie, ot taka ciekawostka). Kibic Zawiszy w wydaniu "medialnym" jest często demonizowany, a wspomniane we wstępie karygodne przykłady przypina się wszystkim kibicom, niezależnie od zachowania danej osoby i jej indywidualnego podejścia do konfliktu. Ja sam staram się trzymać z boku i bojkotu jako takiego nie uznaję.


Kibice Zawiszy świętują zwycięstwo drużyny wraz z zawodnikami, zdjęcie zrobiono przed rozpoczęciem oficjalnego "bojkotu" - fot. Krystian Dobosz

Jak to wygląda w przypadku osób "bojkotujących"? A może ważniejsze jest pytanie, jak wygląda to dla przeciętnego obywatela za pośrednictwem mediów? Niby kibic powinien dopingować swoją drużynę, jednak w Bydgoszczy oznacza to coś zupełnie innego. U nas "prawdziwy kibic" robi wszystko, by na meczu się nie pojawić i z nudy zajmuje się rzeczami innymi. W skrajnych przypadkach jest to demolka (np. szyby Pana Osucha), a czasem ramię w ramię z emerytami kibic, nie zajęty przecież kibicowaniem, protestuje przeciwko występom w teatrze, o czym z resztą wspomniałem w ostatnim wpisie. Jeszcze innym razem "znudzony kibic" wpada na salę, gdzie akurat mecz rozgrywa drużyna nastoletnich dziewczynek i kradnie ich ubrania (bo przecież było na nich logo "wroga"!). Nijak nie odzwierciedla to całego środowiska, jednak dla szarego człowieka właśnie taka jest kibolska grupa fanów Zawiszy.

Oczywiście jest też ta "druga strona medalu", czyli część kibiców ze środowiska kibolskiego, którzy bojkotują mecze bez "odwalania numerów". Wydaje mi się, że to z tą spokojną częścią można jeszcze rozmawiać, a nawet dojść do porozumienia, jednak jak dotąd nikt nie próbuje w tym kierunku niczego robić (brak rozmów jest chyba jakimś motywem przewodnim, kiedy idzie o sprawy obywatelskie w Bydgoszczy). Chciałbym zobaczyć zmianę tej sytuacji i wznowienie rozmów między kibicami i władzami naszego bydgoskiego klubu, jednak wszystko wskazuje na tendencję odwrotną. Jednocześnie, jako alternatywa dla środowiska kibolskiego, coraz więcej bydgoszczan dotychczas zupełnie nie zainteresowanych sportem skłania się ku Zawiszy. Na mecze przychodzą (ciągle jeszcze nieliczne) całe rodziny z dziećmi, które chociaż odrobinę zapełniają świecące pustkami trybuny. Czy to wystarczy? Nie wiadomo, ale nawet jeśli by się udało, to nadal piłkarze pozbawieni będą typowych dla Zawiszy opraw spotkań. To wszystko składa się na bardzo skomplikowany krajobraz kibiców bydgoskiego Zawiszy, jednak nie są oni jedyną grupą w Bydgoszczy.

Jeśli nie piłka, to co?



Co mamy prócz piłki? Mamy do niedawna całkiem popularny żużel, jednak od kilku lat podupadający i w znacznej mierze zapomniany. Sam nigdy się tą dziedziną nie interesowałem, jednak pamiętam z czasów dzieciństwa jeszcze ogromne zainteresowanie w mieście tym sportem motorowym. Teraz niestety kibiców chcących oglądać motocykle sunące po zamkniętym torze jest coraz mniej, a miasto zdaje się udawać, że nigdy przenigdy o tej dyscyplinie nawet nie słyszało. Jest to o tyle dziwne, że tak arena żużlowa, jak i też klub ŻKS Polonia Bydgoszcz S.A., są w zasadzie własnością naszego miasta. Kilka razy podnoszono postulat budowy nowej areny do zmagań motocyklistów w Bydgoszczy, a nawet dostosowania jej do całkiem widowiskowych zawodów na lodzie, jednak środowisko kibiców i klub na tle zamieszania wokół piłki kopanej praktycznie nie istnieją. Nic nie wskazuje, by w najbliższym czasie ta sytuacja miała się odwrócić.


Żużel w Bydgoszczy - fot. Krystian Dobosz

Trzecią dyscypliną w Bydgoszczy, która może liczyć na pewne zainteresowanie, jest siatkówka i tutaj możemy mówić o trochę lepszej kondycji, niż w przypadku żużla. Mamy całkiem niezły zespół Transfer Bydgoszcz, który bierze udział w rozgrywkach najwyższej klasy w naszym kraju, a zainteresowanie kibiców jest podobne, jak w innych klubach naszego kraju. Niestety, środowisko kibiców siatkówki jako takie jest ciche, sympatyczne i przyjazne, więc ginie w tle agresywnego środowiska (nie)kibiców Zawiszy. Szkoda.

Smutne wnioski i jedno "ale"



Jak określiłbym bycie kibicem "po bydgosku"? Obawiam się, że jeśli jesteś prawdziwym kibicem, który jest pozytywnie zakręcony na punkcie swojego sportu, to znaczy, że w Bydgoszczy oficjalnie nie istniejesz. W przypadku żużla nie istniejesz, gdyż miasto zachowuje się jakby chciało się Ciebie pozbyć lub "zamieść pod dywan". W przypadku siatkówki, natomiast, trudno mówić o kibicach, którzy zainteresowani są czymkolwiek więcej, niż wesołym dopingowaniem swojej drużyny z trybun i powrotem po meczu do domu. Tak na prawdę jedynie "kibice" Zawiszy są widocznie na ulicach miasta, w mediach i świadomości władz. 

Co jest w tym wszystkim największym absurdem, to fakt, że tak na prawdę kibole Zawiszy to jedyni kibice, którzy w ogóle nie kibicują. Może to jakaś nasza miejska przypadłość, może to zbieg okoliczności, ale chyba nie ma niczego w Bydgoszczy, co nie wiązałoby się z konfliktem w takiej czy innej postaci. Bliskość Torunia to niekończąca się wojna z tym miastem, budowa mostu to wojna o nazwę, wystawienie "Golgota Picnic" to wojna religijna, a sport to wojna kiboli z klubem, który powinni wspierać. Nawet między Bydgoszczą, a Fordonem jest pewien konflikt wywołany poczuciem zapomnienia o ich dzielnicy, które od lat wzbiera stopniowo u fordoniaków.

Pól żartem nasuwa się przy tym myśl, że ten potencjał należałoby wykorzystywać. Może zamiast próbować kibicować konkretnym sportom lepiej będzie zebrać wszystkie zwaśnione strony, wyposażyć w atrapy broni i rozstawić w Myślęcinku wielkie trybuny, by cała polska mogła podziwiać bitwę Bydgoszcz kontra Bydgoszcz. Wydaje mi się, że nawet inscenizacja pod grunwaldem mogłaby nie być równie widowiskowa.


PS:
Jeśli czyta to jakiś kibic z grupy bojkotującej: może jednak czas sobie darować? Doping jest przecież dla zawodników, a nie dla właściciela klubu, więc jeśli chcecie bojkotować Pana Radosława Osucha, to bojkotujcie go dalej, ale nie przerzucajcie tego piłkarzy? Oni dostali tam pracę i taki mają kontrakt, ale to nie oni przecież podejmują decyzje "przeciwko kibicom".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz