poniedziałek, 14 lipca 2014

Czy powstanie "partia" miejska w Bydgoszczy?

Powoli zbliżają się wybory samorządowe i wraz z nimi w całym kraju zaczynają się też przygotowania najróżniejszych ugrupowań do tychże wyborów. Pierwsze skrzypce grają, jak zawsze, duże ogólnopolskie partie polityczne, które prowadzą wspólną politykę i bardzo często sterowane są "z centrali", co nie zawsze jest dobre dla interesu konkretnych miast. Postaram się uniknąć ocen poszczególnych partii, a jedynie zbiorczo powiem: żadna partia nie jest nastawiona w stu procentach pro miejsko, gdyż zawsze muszą walczyć o głosy miasteczek i wsi, których duże metropolie na ogół nie obchodzą, a nawet widzą w nich pewne zagrożenie. W tym kontekście coraz częściej spotyka się "partie" miejskie (chociaż są to w zasadzie ruchy społeczne, a nie dosłownie "partie"), które stanowią swoiste inicjatywy lokalne, prowadzące politykę skupioną tylko i wyłącznie na realizacji celów skupionych na mieście i pro miejsko.

Jednym z przykładów, który warto przytoczyć, jest sąsiedzki Toruń, gdzie funkcjonuje ugrupowanie Czas Mieszkańców. Wraz z kilkoma innymi organizacjami funkcjonuje ono w ramach Porozumienia Ruchów Miejskich, w którego skład wchodzą ugrupowania z wielu miast polskich. Jak możemy przeczytać na stronie Czasu Mieszkańców, nie chcą oni dłużej przyglądać się, jak Toruń służy budowaniu kapitału politycznego i wizerunkowego polityków, którzy przy tym zapominają o mieszkańcach. Co prawda w manifeście często pojawiają się bardzo butne sformułowania, jak chociażby służebna rola ekspertów i podkreślanie, iż jako jedyni wiedzą jak powinien rozwijać się Toruń, jednak nie sposób się nie zgodzić, iż grupa bez osobistej ambicji wybicia się z miasta "do Warszawy" będzie o wiele skuteczniej dbać o jego interesy.

W podobnym tonie wypowiadają się organizacje z innych miast, które (na przykładzie Poznania i organizacji Prawo do miasta) deklarują wspólne działanie ponad podziałami na rzecz wspólnego miastopoglądu "mimo różnic wiary, polityki, wieku, płci, standardu zamieszkania, zamożności albo gustów". Niestety z Bydgoszczy, do tego wspólnego głosu, nie przyłączyła się jeszcze żadna organizacja (jeśli założymy, że dane na stronie Porozumienia Ruchów Miejskich są aktualne). Na szczęście jest też światełko w tunelu, gdyż znane już bydgoszczanom stowarzyszenie Metropolia Bydgoska do tego wspólnego głosu mieszkańców miast planuje dodać swój. 

Ruch miejski w Bydgoszczy



Od kilku tygodni w mediach pojawiają się wzmianki, że w Bydgoszczy do wyborów, prócz partii znanych z całego kraju, wystartować ma także komitet społeczny złożony z mieszkańców naszego miasta. To właśnie inicjatywa wspomnianego stowarzyszenia. Wiele osób zna stowarzyszenie Metropolia Bydgoska, kierowane przez Pana Piotra Cyprysa, z ich działań na rzecz sprawiedliwego podziału środków UE z funduszu wojewódzkiego, czy też bardzo intensywnych działań na rzecz racjonalnego wyznaczania granic i zadań w ZIT. Niestety dotychczas ich działania (nie tylko na szczeblu wojewódzkim, ale także lokalnym) mogły ograniczać się jedynie do roli doradczej i protestów, gdyż jako organizacja społeczna zrzeszająca bydgoszczan, Metropolia Bydgoska nie posiadała żadnego realnego wpływu na podejmowane ostatecznie decyzje. Podobnie jak w innych miastach, tak i w Bydgoszczy, bierna rola w zarządzaniu miastem nie przynosiła najmniejszego rezultatu i znaczna większość postulatów stowarzyszenia Metropolia Bydgoska (a także całego szeregu innych stowarzyszeń, które działają w naszym mieście) była przez władze ignorowana. 


Stary Rynek, w tle widać Urząd Miasta Bydgoszczy - fot. Łukasz 'Din Sevenn'

Jedynym realnym rozwiązaniem problemu kompletnego braku wpływu na decyzje podejmowane w mieście jest partycypacja w procesie podejmowania tych decyzji, a jedynym sposobem by tego dokonać jest znaleźć się w składzie rady miasta. Niestety na chwilę obecną nie wiadomo jak dokładnie będzie wyglądać start naszej "bydgoskiej partii miejskiej" w wyborach, ani z jakim wystartują programem, jednak pojawienie się inicjatywy lokalnej skupionej na przejęciu obowiązków zarządzania miastem oznacza, że mieszkańcy Bydgoszczy coraz silniej zainteresowani są nie tylko tym, co się dzieje w naszym mieście, ale też z czyjej inicjatywy się to dzieje i czemu taką decyzję podjęto.

Nawet jeśli nie zgadzam się w całości z mocnymi słowami, które można przeczytać na stronie stowarzyszenia (zamiast zdrady w negocjacjach dotyczących kształtu ZIT, doszukuję się raczej braku wytrwałości i determinacji ze strony obecnych włodarzy miasta), to i tak zgadzam się iż głos mieszkańców powinien być słyszalny bez pośrednictwa generalnego programu partyjnego. Liczę, że, podobnie jak w deklaracji ze strony Porozumienia Ruchów Miejskich, uda się w Bydgoszczy stworzyć pewien wspólny ruch, który będzie potrafił patrzeć ponad takimi kwestiami jak wierzenia, upodobania i osobiste preferencje poszczególnych jego członków. Pytaniem jest jednak, czy w Bydgoszczy faktycznie jest na to szansa.



"Diagnoza" dla Bydgoszczy i jej mieszkańców



Ostatnio bardzo głośna stała się sprawa przedstawienia Golgota Picnic, którego nagranie miało być odtworzone w Teatrze Polskim. Wówczas pod teatrem zgromadziły się spore tłumy, by protestować przeciwko kontrowersyjnemu przedstawieniu i wyrazić swoje oburzenie. Pozornie sprawa w żaden sposób nie jest związana z wyborami, jednak jest bardzo ciekawą diagnozą społeczeństwa w Bydgoszczy. W Poznaniu poradzono sobie z problemem przez dyskusję obu stron tej ideologicznej barykady. Przeciwnicy spotkali się (niestety już PO fakcie) ze zwolennikami i bez krzyków, bez rozpylania śmierdzących substancji i wyzwisk udało się wymienić poglądy. Urażeni wyjaśnili co ich rani w tej sztuce i dlaczego są jej przeciwni, a jej zwolennicy przedstawili swoje argumenty za tym przedstawieniem.


Teatr Polski w Bydgoszcz - fot. Wikipedia, creative commons

Jak przebiegło to w Bydgoszczy? Niestety w Bydgoszczy nikt nie próbował rozmawiać i nikt nie starał się doprowadzić do mediacji. Zamiast zmierzać do uspokojenia "potyczki" i porozumienia, doszło do eskalacji konfliktu, wrzasków, zagłuszania sztuki i rozpylania śmierdzących sytuacji. W pewnym sensie sterroryzowano widzów w imię osobistej opinii katolickiej większości społeczeństwa, która nie potrafiła się w żaden sposób pogodzić z tym, że niekatolicka mniejszość porusza ich temat tabu. Zjednoczeni z rodzinami Radia Maryja stali kibole Zawiszy, a nawet klub cyklistów gdzieś spod Koronowa (jeśli wierzyć mediom). Nie mam w najmniejszym stopniu za złe wierzącym, że chcieli bronić swoich przekonań, gdyż jak najbardziej powinni i mają do tego konstytucyjne prawo, jednak zupełnie nie potrafię zrozumieć wybranych metod i działania wedle zasady "najpierw strzelaj, potem pytaj".

Sam wolę w tej sprawie pozostać, choć do pewnego stopnia, neutralny, jednak nie potrafię oprzeć się silnemu wrażeniu, że gdyby przed całym zdarzeniem zaproszono wszystkich do rozmowy, to całej afery by po prostu nie było. Ile lat w rozwoju społeczeństwa obywatelskiego brakuje nam do Poznania? Czy ludzie, którzy przyszli w dniu przedstawienia protestować potrafiliby ponad tymi różnicami razem z ówczesnymi widzami stanąć ramię w ramię, by zagłosować na rzecz komitetu czysto miejskiego? W Poznaniu ich organizacja dostała się do rady miasta i zawdzięcza to właśnie wspólnym głosom mieszkańców, którzy w takie porozumienie na wyższym poziomie uwierzyli. Obawiam się ogromnie, że u nas takie zjednoczenie może być bardzo trudne i nie dojrzeliśmy jeszcze społecznie, jako mieszkańcy Bydgoszczy, by zjednoczyć się i jednogłośnie stanąć za taką, czy inną ideą.


Obym się mylił. :)

2 komentarze:

  1. Do porozumienia środowisk w Bydgoszczy nie dojdzie i to z prostego powodu. Nawet autor tego bloga pali mosty sformułowaniami ,,kibole Zawiszy" obrażając najprężniej zorganizowaną grupę społeczną w mieście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie obrażam nikogo określeniem "kibol". To słowo pochodzi z gwary Poznańskiej i nie ma w nim żadnego pejoratywnego znaczenia. To, że w mediach forsuje się używanie tego słowa jako synonimu stadionowej bandyterki i najbardziej zawziętych grup fanatyków jeszcze nie znaczy, że jest to właściwe używanie tego słowa. Określenie pejoratywne to świeża naleciałość językowa, nie do końca oddająca prawdziwe znaczenie.

      W oryginale to słowo oznaczało zatwardziałego kibica (stąd jest to zgrubienie słowa "kibic") i w gruncie rzeczy służyło do odróżnienia "piknikowych kibiców", którzy chodzą na mecze raz na kilka spotkań, od prawdziwych szczerych fanatyków, którzy nie przepuściliby żadnego meczu. W środowisku kibicowskim nikt tym określeniem, czego jestem absolutnie pewien, obrażony nie będzie, bo zdają oni sobie sprawę iż jeszcze do niedawna określenie kogoś mianem "kibola" było niemal równoznaczne z powiedzeniem "jesteś prawdziwym i wiernym kibicem tej drużyny".

      Ot taka ciekawostka słownikowa, co by się już dokształcać wzajemnie :)

      Usuń