poniedziałek, 27 października 2014

Do Grunwaldzkiej "po trupach"?

O tym, że rozbudowa ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy jest potrzebna, nie trzeba nawet dyskutować. Północna obwodnica śródmieścia, do węzła planowanego u zbiegu tej trasy z drogą ekspresową S5, siłą rzeczy musi posiadać wystarczającą przepustowość. Droga ta musi być w stanie obsłużyć ogromne ilości samochodów chcących wjechać i zjechać z planowanej drogi ekspresowej, która ma okalać Bydgoszcz od zachodu. Po zakończeniu prac na odcinku łączącym A1 z Poznaniem ruch będzie zdecydowanie większy na każdej z dróg prowadzących wgłąb Bydgoszczy. W takiej sytuacji można jedynie pogodzić się z koniecznością wyburzenia części domów lub pogodzić się z korkami w tej właśnie części miasta. Pierwsze rozwiązanie jest przykre dla mniejszej części obywateli naszego miasta, ale czy na pewno właśnie tak musiało być?


Prace mające udrożnić drogi wylotowe z miasta są w wielu miejscach bardzo zaawansowane. - fot. Radosław Kuchnowski

O wiele mniej oczywiste od samej konieczności budowy trasy jest to, w jaki sposób miasto postąpiło z mieszkańcami żyjącymi przy tej właśnie ulicy. Mogłoby się wydawać, że skoro od dobrych kilku lat droga obwodowa miała być w budowie i (według pierwszych założeń) już w czasie Euro 2012 miały po niej "śmigać" samochody, to i wszystkie formalności związane z gruntami i domami wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej zostały już dawno temu załatwione. Tak przecież postąpiliby odpowiedzialni urzędnicy, którzy znając długofalowe plany związane z infrastrukturą, zaczęliby wstępne negocjacje z właścicielami działek już między 2010 i 2011 rokiem. Gdyby tylko wszystko potoczyło się według takiego właśnie scenariusza, to dzisiaj cała inwestycja mogłaby przebiegać absolutnie bez problemów i wszyscy byliby zadowoleni. Niestety, jak można się było spodziewać, nie wszystko jest takie różowe i uporządkowane. Jak donosi Pan Radosław Kuchnowski, jeden z czytelników Po Bydgosku (dane pozostawiam do własnej wiadomości), zamiast opisanego powyżej przebiegu wypadków, mieszkańców potraktowano specustawą drogową. Tą samą specustawą, która doprowadziła do szeregu zupełnie bezpodstawnych i bezprawnych wywłaszczeń właśnie w czasie przygotowań do wspomnianego wcześniej turnieju piłkarskiego Euro 2012.



W czym rzecz?



Dlaczego jest to taki problem? Na pewno przecież wliczone są w to odszkodowania za zawłaszczone pod drogę tereny i wyburzone budynki mieszkalne. Takie myśli z całą pewnością przebiegły przez wiele głów, kiedy przeczytały powyższy akapit. Jest w tym sporo racji i odszkodowania te faktycznie zostały wliczone. Przysłowiowe "schody" zaczynają się w momencie, gdy zaczniemy przeglądać dokumenty. Okazuje się tam, że nie zostały zajęte całe działki, a jedynie absolutne minimum niezbędne dla poszerzenia drogi, czego efektem jest wyburzenie praktycznie całej północnej strony ulicy (zabudowa przebiega w znacznej części wzdłuż krawędzi działek) i pozostawienie w rękach właścicieli  reszty działki z odszkodowaniem nie wystarczającym na odbudowę nawet części nieruchomości. Jak można się dowiedzieć z kuluarowych rozmów mieszkańców, wycena za dwupokojowe mieszkania może sięgać nawet marnych 80 tysięcy złotych (wyceny dokonali mieszkańcy według obowiązujących w Bydgoszczy stawek gruntowych - nie jest to oficjalnie zaproponowana kwota!). Dla wszystkich tych, którzy nie chcą mieszkać w przyszłości przy dużej, dwupasmowej ulicy, jest to kwota zbyt mała nawet na kawalerkę z rynku wtórnego.


Wycinek z planu przedstawionego mieszkańcom ulicy Grunwaldzkiej. Obszary przeznaczone pod nową ulicę zawarte między niebieskimi liniami. - fot. materiały wysłane mieszkańcom przez UM

Jak pisze Pan Radosław Kuchnowski w swojej wiadomości:
Powiem tylko jedno: ludzie z ul. Grunwaldzkiej stawiali domy swoje jeszcze przed wojną. Większość obecnych mieszkańców to osoby starsze i wszyscy ciężko pracowali, aby utrzymać, odnawiać i remontować swoje włości (budynki z ogrodami itd.), tymczasem władze RP proponują wyleczyć ich ze wspomnień swojej ostoi życia, wywłaszczając ich i nie dając w zamian nic, oprócz marnych rekompensat za które nic nie kupią. To również ich dzieci i dalsze pokolenie, które tam zamieszkuje tylko dla tego, że mają ten swój własny kąt - ładowanie ich (nas) do bloków, w 4 ścianach, to jak zamknąć kogoś w więzieniu tylko za to, że wzięło się los w swoje ręce. Sam jestem mieszkańcem Czyżkówka i, jeśli sprawdzi się to wywłaszczenie, wyjadę z kraju np. do Niemiec, gdzie i mieszkania są tańsze (Berlin wschodni 2 pokoje za 90 tys zł), ale i zarobki inne. Mało nas już wyjechało? Nadal pragniemy czegoś lepszego, tracąc znacznie więcej?
Finał historii może być już bliski, gdyż urzędnicza machina poszła w ruch. Niestety, tutaj również wszystko wygląda chłodno i bez żadnego marginesu pozostawionego, by przyjąć poprawkę na czynnik ludzki. Dnia 24 czerwca zaproszono mieszkańców i właścicieli budynków, które planowane są do wyburzenia, na rozmowę w ratuszu. Jednocześnie w tym samym czasie do wojewody wpłynął wniosek o wydanie zezwolenia na realizację inwestycji drogowej (ZRID) z rygorem natychmiastowej wykonalności. Jak łatwo się domyśleć, pod wszystkimi decyzjami podpisał się urzędujący obecnie prezydent, Rafał Bruski. Należy sobie postawić pytanie: czy przeszła mu przez myśl możliwość zrobienia czegoś dla eksmitowanych ludzi, kiedy dostawał z Wydziału Mienia i Geodezji papiery do podpisania? 

Kadencja obecnej władzy trwa od czterech lat i wydawać by się mogło, że to wystarczająco dużo czasu, by z każdym mieszkańcem z osobna wynegocjować odpowiednie warunki przekazania działki. Trudno jednoznacznie powiedzieć czy prezydent został postawiony przed gotowym dokumentem i tekstem "musi Pan podpisać, bo nie zdążymy na otwarcie S5", co winę raczej kieruje na barki urzędników odpowiedzialnych za całą inwestycję, czy też po prostu nie poświęcono w ratuszu zbyt wiele czasu na wczytanie się w plany i zastanowienie się nad ich konsekwencjami. Kluczowe w tej sytuacji jest to, że z wszelkimi kwestiami gruntowymi i wysiedleniami zaczekano do samego końca i niemal startu inwestycji, chociaż wszystko wskazuje na to, że wcale nie trzeba było tak robić.

Sytuacja bez wyjścia?



Jasnym jest, że czas na pokojowe rozwiązanie problemu minął dawno temu. Czy możliwe jest jeszcze dobre wyjście z zaistniałej sytuacji? Na pewno można złagodzić skutki społeczne i uruchomić w mieście specjalny fundusz dedykowany bezpośrednio wykupieniu pozostałych części działek od osób, które zostaną eksmitowane z własnych domów i pozostawione z pomniejszonymi o wszystkie zabudowania działkami. Można zaproponować tym mieszkańcom grunty pod budowę domu w systemie identycznym, jak w programie "Zbuduj swój dom w Bydgoszczy" (preferencyjne warunki spłaty po 1% wartości działki rocznie). Można zaproponować takim osobom pierwszeństwo na listach oczekujących na mieszkanie przydzielone z urzędu. Tylko czy aby na pewno są to działania wystarczające? Jakiej metody by nie obrano, to na pewno w żaden sposób nie zmieni to poczucia, że mieszkańcy zostali potraktowani przedmiotowo, jak tymczasowe wypełnienie dla potrzebnych miastu działek, które można wyrzucić z dnia na dzień.

Ważnym jest, by w przyszłości miasto negocjowało pozyskanie gruntów nie przez narzucenie, a przez rozmowę. Nawet jeśli z obecnej sytuacji nie ma już odwrotu, to należy wyciągnąć wnioski na przyszłość. Przed naszymi władzami na nadchodzącą kandencję stoi wyzwanie rozpoczęcia negocjacji na rzecz pozyskania terenów pod inwestycje nie tylko bieżące, ale też przyszłe, które prowadzone mają być za kilka, czy nawet kilkanaście lat. Specustawa drogowa jest narzędziem łatwym w użyciu, ale zastosowanie jej zawsze powinno być absolutną ostatecznością, a nie domyślną metodą rozwiązywania problemu. Nigdy metoda siłowa nie może zastąpić negocjacji, które zawsze traktują strony na równi i nie odzierają nikogo z godności.

4 komentarze:

  1. PO pierwsze trzeba sobie uświadomić po co ta ca la specustawa powstała. Powstała nie aby z urzędu i ustawowo wywłaszczać ludzi tylko aby możliwe były realizowane kluczowe inwestycje drogowe. Znam wiele inwestycji w Bydgoszczy kilka, gdzie jakiś Pan lub Pani właściciele blokowali przez długie lata inwestycje bo stoi na terenie buda w której nie ma żadnych warunków do egzystencji a aby opuścić to miejsce żądali działek w centrum miasta lub nie wiadomo czego w zamian. Ich apatyt rósł w momencie kiedy już dochodziło do porozumienia i tak można było Ciągnąć w nieskończoność. Słynne ucho Baranowskiego na trasie Kamiennej jest tego poniekąd przykładem. Lub domek na ul łęczyckiej gdzie z szopy próbowano zrobić luksusowy dom. Taka sytuacja miała miejsce na autostradzie A1 w Nowych Marzach pokazywanych nawet w TV jak to biednego właściciela policja wywoziła. A to że dostało odszkodowanie takie jakie chciał i zrobił co chciał to już inna sprawa. Zgadzam się ustawa ta dotknęła przede wszystkim uczciwych ludzi, zresztą jak każda ustawa w tym kraju. Ale to już wina mentalności jak to mówią uczciwemu wiatr w oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Ta ustawa nigdy nie powinna była zastępować negocjacji, które zawsze i bezwzględnie powinny być traktowane jako pierwszorzędna i przede wszystkim wyższa forma pozyskania terenów pod inwestycje! To, że negocjacji nie prowadzono nie oznacza wcale sprawności działania władz, a ich LENISTWO i brak chęci do prowadzenia procesu negocjacyjnego.

      Usuń
  2. Nie wypada się nie wypowiedzieć w sprawie, którą jestem osobiście zainteresowany. Nie zgadzam się z wpisem odnośnie pozyskiwanych odszkodowań a w zasadzie ich wielkości cyt.(domek na ul łęczyckiej gdzie z szopy próbowano zrobić luksusowy dom). Czy ktoś zastanowił się nad formułą takich urzędowych wywłaszczeń i jak ona właściwie jest realizowana? Jak się ma dana ustawa do własności i wiarygodności osób, które takie przywileje dla urzędów uchwalają dając "im" do ręki broń z, której tak tak często korzystają nieodpowiedzialni włodarze miast. Zabierając zwykłym uczciwie pracującym osobom, którzy stworzyli- wybudowali swój mały świat pokazują ,że nadal Polska to kraj kolesi, z układami co nie mają żadnych zasad - byle tylko elicie dobrze się wiodło. Czy ktoś z w wieku średnim mieszkający w prywatnym domu niedaleko od swojej pracy wyprowadzi się chętnie do bloku bez działki za swoim oknem i w dodatku oddalonym od owego miejsca pracy o ładne parę minut dotarcia do niej? Wiem również,że ten kto osobiście nie uświadczy sporów i przepychania się z urzędniczą biurokracją w nie zajmie stanowiska pochlebnego dla osób wywłaszczanych. Z lekkością przecież można powiedzieć mieli stary przedwojenny dom, dostali super kasę a jeszcze marudzą. Tak nie jest a wszystkim co ową tezę o krociach z wywłaszczeń nadal będą tak pieczołowicie rozgłaszać radziłbym najpierw sprawdzić fakty a w dalszym terminie wydawać osądy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat co do osób wywłaszczanych to zgadzam się w zupełności, że należy im się o wiele więcej uwagi i szacunku przede wszystkim! Samo "danie odszkodowania" to nie jest pełne wynagrodzenie wszystkich strat, a jedynie przeliczenie cegieł i gruntu na złotówki. O wiele bardziej powinni urzędnicy brać poprawkę na stworzone przez wywłaszczenie niewygody, utracone możliwości i wartość sentymentalną. Właśnie dlatego nigdy, PRZENIGDY, nie powinno się pomijać etapu negocjacji, żeby od razu przeskoczyć do specustawy. To jest złe podejście i musimy za wszelką cenę to u urzędników zwalczyć!

      Usuń