wtorek, 21 lipca 2015

Bydgoszcz dobrze skomunikowana, część 3 - Alternatywa dla aut i zbiorkomu

Poruszanie się po naszym mieście to nadal w znacznej mierze kwestia przemieszczania się po drogach. Wynika to, między innymi, z geograficznego rozkładu Bydgoszczy, która ciągnie się jak długi tasiemiec ograniczony dwiema rzekami, obszarami parków krajobrazowych i częściowo chronionymi zespołami leśnymi. Komunikacja miejska wszystkie te obszary omija szerokim łukiem po głównych ulicach, przez co nie jest w stanie skutecznie konkurować z samochodami o pasażera. Samo określenie "komunikacja miejska" jest w praktyce synonimem zbiorowej komunikacji autobusowej i tramwajowej, jednak od niedawna Bydgoszcz dysponuje innym systemem komunikacji publicznej, który wszystkie te geograficzne mankamenty może obrócić w zalety. Mowa tu o Bydgoskim Rowerze Aglomeracyjnym, który od 1 kwietnia 2015 roku funkcjonuje w naszym mieście. Do tego tematu odniosłem się niedawno, kiedy pojawiła się propozycja nieprzemyślanej rozbudowy systemu.

Jedna z wielu stacji miejskiego roweru w Bydgoszczy. - fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie
Komunikacja rowerowa to, prócz samego systemu miejskich rowerów, także złożony system ogólnodostępnych dróg rowerowych, z których korzystają (analogicznie do ulic) także mieszkańcy poruszający się "własnym pojazdem". Przez kierowców często znienawidzeni, często też zupełnie nieświadomi swoich obowiązków i przepisów, pod które podlegają, użytkownicy rowerów często ignorowani są przy projektowaniu miejskiej infrastruktury. Paradoksalnie jednak, ułatwienie im życia spowoduje ułatwienie dla wszystkich innych użytkowników dróg, co opisałem w poprzednim tekście z cyklu "Bydgoszcz dobrze skomunikowana" dotyczącym buspasów (paradoks Downsa-Thomsona).

 Gdzie diabeł nie może, tam rower pośle 


Główną zaletą komunikacji rowerowej, spośród wielu, jest przede wszystkim dostępność i łatwość prowadzenia infrastruktury. Ciągi rowerowe są kilkukrotnie węższe od przeciętnej jezdni, a w miejscach szczególnie ciasnych stosować można wspólne ciągi pieszo-rowerowe. Dzięki temu trasy rowerowe można planować w kompletnym oderwaniu od sieci drogowej, a przy zerowej emisji spalin i hałasu trasy rowerowe przecinać mogą parki i tereny zielone bez żadnej szkody dla tych terenów. Analogicznie sytuacja ta przekłada się także na miejsca do parkowania. Na powierzchni pojedynczego miejsca parkingowego bezproblemowo "parkować" może nawet tuzin jednośladów, a zgodnie z obowiązującymi w naszym mieście przepisami, z jednośladem wejść możemy nawet do autobusu i przejechać jakiś problematyczny odcinek (np. Trasa Uniwersytecka).

Niestety problemem jest nadal nastawienie urzędników i projektantów, którzy rower traktują zbyt często, jako "dodatek do sieci drogowej" i ciągi rowerowe prowadzą z uporem wzdłuż ulic. W efekcie układ dróg dedykowanych dla jednośladów zamiast omijać odcinki problematyczne (np. duże węzły drogowe) staje się dodatkowym elementem zwiększającym panujący na nich chaos, a sama trasa przejazdu rowerów przez taki węzeł przypomina często karkołomny slalom. Na pewno w sporej części winić tu należy finanse miasta, którego nie stać na same efektowne i wysoce zaawansowane rozwiązania, jednak to przede wszystkim zmiana myślenia na temat komunikacji rowerowej jest ważna, bo wraz z nowym podejściem pojawi się także nowy podział środków.

Potencjał Bydgoszczy 


Bydgoszcz ma ogromny potencjał geograficzny, który sprzyja rozwojowi dobrej sieci dróg dla rowerów. Ogromna ilość terenów zielonych, które objęte są częściową ochroną (szczególnie krajobrazową) sprawia, że w sporej części miasta nie można poprowadzić nowych dróg, albo ich wytyczenie jest bardzo problematyczne. Tego problemu nie ma, kiedy chce się wytyczyć trasę rowerową. Taka infrastruktura nie tylko pozostaje niemal bez większego wpływu na otaczający krajobraz, ale ze względu na specyfikę komunikacji rowerowej, jest kompletnie obojętna dla środowiska. Między innymi dlatego właśnie Fordon i Myślęcinek połączone są od dłuższego czasu trasą rowerową, która przecina  niemal na pół Las Gdański, stanowiący obszar częściowo chroniony. Podobne warunki do prowadzenia tras rowerowych przez zielone tereny stwarza także kilka innych punktów miasta. Oczywiście nadal oznacza to konieczność uzyskania wszelkich zgód i pozwoleń od nadleśnictwa, ale dla trasy dedykowanej pojazdom nieemitującym żadnych spalin, jest to o wiele łatwiejsze i szybsze.

Kolejną cechą, która stanowi niemal cieplarniane warunki dla komunikacji rowerowej w Bydgoszczy jest rzeka Brda. Przedłużane sukcesywnie bulwary na obu brzegach rzeki stanowią naturalne ciągi komunikacyjne, które w osi wschód-zachód spinają niemal całe miasto. Odizolowane od ruchu kołowego i pozbawione kolizyjnych skrzyżowań z inną infrastrukturą, są nie tylko bezpieczniejsze i szybsze od przejazdu ulicami, ale też pozwalają na ucieczkę od spalin i hałasu. Plan ratusza zakłada wydłużenie utwardzonych tras na bulwarach aż do samego toru regatowego na Brdyujściu, jednak nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy całość tego ambitnego planu zostanie zakończona. Jak wielu rowerzystów przestałoby korzystać z takich ulic jak Fordońska, wybierając przejazd bulwarami? Uważam, że większość z radością przyjęłaby alternatywę, gdyż przejazd ulicą Fordońską nie należy do przyjemnych. Brakuje tam podstawowego zaplecza rowerowego, a duża arteria jest tak ruchliwa, że nawet mała nieuwaga (tak ze strony kierowcy, jak i rowerzysty) może doprowadzić do niebezpiecznej kolizji.

Bulwary nad Brdą to naturalny ciąg rowerowy, który przecina większość miasta w osi wschód-zachód. - fot. Pit1233, Wikimedia Commons
 W tym miejscu chciałbym szczególnie zachęcić kierowców do wsparcia wszystkich inicjatyw, które zbliżają nas do rozbudowy szlaków rowerowych w miejscach, które odsunięte są od ulic. Rowerzyści mogą czasem stwarzać wrażenie walczących o zmniejszenie budżetu na drogi, jednak stworzenie dla jednośladów zupełnie niezależnej infrastruktury powinno przynieść korzyść także na drogach, z których sporo rowerów po prostu zniknie. 

Standardy rowerowe na ratunek! 


Aby uporządkować sytuację na drogach, środowiska rowerowe przygotowały obszerny zestaw wytycznych i optymalnych rozwiązań, które ich zdaniem usprawniłyby komunikację rowerową w mieście. Był to strzał w dziesiątkę, który spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem w ratuszu i po odpowiednich konsultacjach oraz poprawkach, miasto w sposób formalny nakazało projektowanie infrastruktury rowerowej w ściśle określony sposób. Decyzją z dnia 12 czerwca 2014 roku zaczęły w Bydgoszczy obowiązywać standardy rowerowe, które jasno określają jak budować i rozwijać sieć rowerową. Wśród wielu rozwiązań znalazły się takie, jak śluzy rowerowe, poprawiające bezpieczeństwo rowerzystów na skrzyżowaniach, pasy dedykowane dla rowerów, czy też jednoznaczne określenie dróg rowerowych, jako pełnoprawnych wlotów na skrzyżowaniach nawet, jeśli nie towarzyszy im jezdnia. Więcej możecie przeczytać w dość obszernym dokumencie pod tytułem "Standardy techniczne i wykonawcze dla infrastruktury rowerowej Miasta Bydgoszczy".

Warto tutaj zauważyć też, że już na rok przed uchwaleniem wyżej wspomnianych wytycznych widać było współpracę rowerzystów z drogowcami, która zaowocowała powstaniem tak zwanego "kontrapasa" na ulicy Gdańskiej. Pas ten wyznaczono na jednokierunkowym (dla aut) odcinku ulicy, aby umożliwić jazdę rowerzystów po jezdni w obu kierunkach. Dzięki temu rowerzyści zyskali odpowiednie warunki, by móc już zupełnie zrezygnować z nieprzepisowej jazdy po chodnikach i nie cisnąć się między pieszymi. Wprowadzenie tego rozwiązania nie obyło się, niestety, bez nieporozumień, ale do tego wątku wrócę w swoim wpisie trochę później.

To wszytko stanowi dobrą podstawę, jednak by określić, jakie są główne szlaki wybierane przez rowerzystów, rozpoznać punkty gdzie najbardziej potrzebne są zmiany i uświadomić sobie, które z możliwych rozwiązań zastosować, potrzebne jest wsparcie środowisk rowerowych. W tym celu powstał Zespół ds. polityki rowerowej Miasta Bydgoszczy, który wspiera nasze władze w doborze inwestycji i ich formy. Jest to kontynuacja udanej współpracy, która doprowadziła właśnie do uchwalenia rowerowych standardów i powstania kontrapasa i mam nadzieję, że współpraca ta z czasem jeszcze bardziej się rozwinie, prowadząc do spięcia całego miasta siecią sprawnych połączeń rowerowych.

Problemy, problemy i jeszcze raz problemy


Niektórzy ludzie nigdy się nie nauczą!
- fot. Roman Oźmina
Niestety w tej beczce miodu musi być też i łyżka dziegciu, która psuje cały optymizm. Problemów jest wiele, a niektóre z nich mogą być trudne do rozwiązania bez "wymiany pokoleń". Sprowadza się to do na prawdę elementarnych rzeczy - ludzie nie znają przepisów! Tyczy się to w równej mierze kierowców aut, jak i samych rowerzystów. Oczywiście w obu grupach są ludzie w pełni świadomi gdzie i co im wolno, a czego lepiej nie robić, jednak daleko nam do sytuacji idealnej. Łatwego wyjścia z tego stanu nie ma. Wiele osób ma już głęboko zakorzenione przyzwyczajenia z czasów, kiedy określenie "infrastruktura rowerowa" brzmiało jak science-fiction, a samo poruszanie się rowerem traktowano, jako margines dla biedoty, której nie stać na auto. Jeśli ktoś nie nauczył się funkcjonowania w świecie, gdzie rower jest wyborem, a zasady poruszania się nim są ustalone całym szeregiem przepisów, trudno będzie zwalczyć jego przyzwyczajenia i odruchy.

Nie pomaga też, że obecnie istniejący układ dróg rowerowych powstał w czasach, kiedy projektowano go tylko i wyłącznie w celu wyciągnięcia pieniędzy z UE. Jego rzeczywista wartość funkcjonalna jest w wielu miejscach niewielka. To do tej istniejącej infrastruktury dodawana jest nowa, która projektowana jest zgodnie z rozsądnymi standardami. O ile samo spinanie sieci dróg w całość jest absolutnie dobre i pożądane, to porzucenie napraw i poprawek w miejscach krytycznych kompletnie psuje końcowy efekt. Wiele pracy jeszcze przed drogowcami, by znaleźć w tej dziedzinie właściwą równowagę.

Obawiam się, że ten okres przejścia, kiedy z biegiem czasu na drogach coraz więcej będzie osób "nauczonych" funkcjonowania w świecie pełnym rowerów, a układ tras rowerowych dopiero nabierze realnych kształtów, jeszcze trochę czasu musi potrwać i niewiele można zrobić, by ten proces przyspieszyć. 

Poprzednie części cyklu znajdziecie tutaj:
Część 1 - Przystanki wiedeńskie
Część 2 - Buspasy i Tram-Buspasy

środa, 15 lipca 2015

Lody z portu, czyli Przystań Na Lody!

Świetnie urządzone wnętrze, minimalistyczny wystrój i bardzo przyjazna atmosfera sprawiają, że lokal jest zachęcający już na pierwszy rzut oka. - fot. własne
Pewnie mieliście już okazję zauważyć, że bydgoski odłam gazety skopiował mój cykl i budują swoją gastronomiczną mapę Bydgoszczy? Pokażmy im, jak się to robi! Zapraszam Was serdecznie na kolejny wypad do bydgoskiego lokalu, chociaż tym razem kompletnie oderwiemy się od mięsa i puszystych bułek. Ostatnio pogoda coraz częściej kieruje mnie do wszelkiego typu lodziarni. Tych mamy w Bydgoszczy całkiem sporo i prócz całej garści lodziarni z automatami do wszelkiego typu świdrów i włoskich koron, jest też pewna grupa miejsc zupełnie innego rodzaju, które serwują coś wyjątkowego. Wybrana na mój pierwszy "słodki tekst" lodziarnia Przystań Na Lody jest jednym z tych szczególnych punktów na mapie Bydgoszczy, które z miejsca trafiają na moją listę lokali, które trzeba odwiedzić koniecznie. Czemu? To postaram się Wam przedstawić w swojej prawie-jak-recenzji! 


Po pierwsze, drugie, trzecie...



Tej lodziarni nie da się odwiedzić raz! Jedną z jej najważniejszych cech jest zmienne menu. Prócz garści smaków stałych (truskawka, czekolada, śmietanka) czeka tam na nas prawdziwy szał zmysłów. Nie znajdziecie tam "smaków tygodnia". Specjalnie dobrane smaki lodów zmieniają się tam codziennie i bardzo trudno jest trafić tam dwa razy na tę samą kombinację, choćbyście pojawiali się regularnie po kilka razy w tygodniu. Nim zabrałem się do pisania, wielokrotnie zdarzyło mi się próbować przyrządzanych tutaj lodów i niemal zawsze byłem szalenie zaskoczony. Wśród smaków, które miałem okazję spróbować były takie, jak chociażby wegańska czekolada z herbatnikami, zielona herbata z pomarańczą, banan z toffi oraz pomarańcza z miętą i ... szpinakiem! Szczególnie ten ostatni smak był dla mnie wielką niewiadomą, a okazał się ostatecznie jednym z moich ulubionych dotychczas.

Lody prezentują się najlepiej na tle jednego z najważniejszych elementów
lodziarni, czyli bulwarów nad Brdą! - fot. własne
Wydaje mi się, że nie da się oceniać takiego miejsca po jednej wizycie i moja seria odwiedzin zadziałała tylko na korzyść. Przyznam się szczerze, że nie taki był pierwotny plan. Kilka razy próbowałem wybrać się tam i przygotować trochę materiału pod wpis, ale za każdym razem kończyło się tym, że zajadałem się lodami zanim w ogóle pomyślałem, by zrobić im zdjęcie i pokazać, z czym mamy do czynienia. Mea culpa! Ostatecznie udało się za "entym" razem, kiedy już nawet straciłem rachubę ile razy wcześniej pojawiałem się w przystani, a nawet teraz musiała mnie upilnować Daria i w odpowiednim momencie przypomnieć, że chcemy Wam pokazać lody, a nie ślady naszego łakomstwa na wpół zjedzonych łakociach. Jak widać, lody nakładane są szpatułką i próżno tu szukać typowych "gałek". Wynika to po części także ze sposobu ich przygotowywania i typów pojemnika, w którym trafiają do sprzedaży, ale dla mnie jest to jeszcze jeden element nadający im ich własny charakter.

Co ciekawe, któregoś razu zdarzyło mi się trafić na sytuację, w której przyniesione zostały przez kogoś z obsługi lokalu świeże krzewy bazylii (jeśli mnie pamięć nie myli, chociaż to mógł być szpinak), których liście zostały chwilę później zerwane i trafiły bezpośrednio do przygotowywanej porcji. Był to jedyny raz, kiedy zdecydowałem się usiąść i zjeść lody w lokalu, zamiast przespacerować się z nimi po bulwarach. Jak widać warto było poświęcić tę chwilę, bo widok przygotowywanych lodów jest dla mnie fascynujący. Co prawda to samo powiedziałbym o niemal każdym innym jedzeniu, ale akurat takie podejście do zimnego przysmaku jest o tyle wyjątkowe, że to nie były gotowe bloki w metalowych korytach, które ktoś wyciągnął z zamrażarki na zapleczu, a na prawdę świeżo przygotowywane lody, które trafiły za ladę jeszcze zanim wyszedłem z lokalu (tak, zasiedziałem się!). Właśnie takie małe szczegóły sprawiają, że na prawdę zaczynam doceniać lokal (jak w przypadku Grill & Chill, gdzie szalenie spodobała mi się podobna dbałość o świeżość sosu). 


Lokal w samym porcie



Z zewnątrz lokal wygląda bardzo skromnie,
ale nic bardziej mylnego. To jedna z najlepszych
lodziarni w Bydgoszczy! - fot. własne
Trudno mówić o Przystani Na Lody i nie wspomnieć o lokalizacji. Lokal znajduje się w samym Starym Porcie (pod piątym numerem przy ulicy o tej samej nazwie) i jeśli kiedykolwiek idąc mostem staromiejskim widzieliście kolejki ustawiające się na długości dziesiątek metrów od niepozornie prezentującej się witryny, to właśnie jest to miejsce! Ogromny sukces jest w pełni uzasadniony jakością i wyjątkowym podejściem do doboru smaków, ale ogromny wpływ z całą pewnością ma tutaj też lokalizacja niemal nad samą Brdą. Po zakupie lodów można zejść (prawie) prosto na bulwar i przespacerować się np. na Wyspę Młyńską, albo ruszyć w stronę wspomnianego wyżej mostu i po kilku zaledwie minutach być już na samym Starym Rynku. Aż dziw bierze, że nie powstało po tej stronie rzeki więcej lokali, ale na pewno wielu potencjalnych inwestorów zniechęcać musi rola parkingu, jaką nadal pełni jeden z najbardziej malowniczych punktów miasta. Z drugiej strony, właśnie dzięki temu możecie pod sam lokal dojechać autem i od niego zacząć swoje odwiedziny w samym sercu Bydgoszczy!

Z powodu tej właśnie lokalizacji bardzo łatwo jest wpleść przystań w prawie każdy spacer, czy plan wycieczki i oprowadzając po mieście znajomych zaproponować im jeden z naszych "bydgoskich smaków". Do Was należy teraz znaleźć odpowiedni pretekst, żeby z tej okazji skorzystać, a z absolutnym przekonaniem polecam takich pretekstów poszukać jak najwięcej, szczególnie z ciągle zmieniającym się menu i kolejnymi wyjątkowo interesującymi smakami pojawiającymi się tam każdego dnia. 


Werdykt?



Ostateczna ocena? Bardzo bym chciał Wam powiedzieć, że te lody są dobre, ale nie są - są pyszne! Za jedna porcję zapłacimy tam cztery złote, a im więcej porcji kupimy, tym mniej będą nas one kosztowały. Gwarantuję, że za każdym razem będą to pieniądze dobrze wydane. Jedynym mankamentem może być dla niektórych brak możliwości płacenia inaczej, niż gotówką, jednak kilka monet w kieszeni ma w zasadzie każdy. Po kilku wizytach natomiast czekać na nas będzie darmowa porcja, jeśli tylko nikt nie zapomni zebrać odpowiednich pieczątek.

 
5/5
Bomba!

I na koniec pamiętajcie, że to nie był jedyny wypad! Pełną listę, z mapą i odnośnikami do moich tekstów znajdziecie w zakładce "wypady", albo bezpośrednio pod TYM LINKIEM. Zapraszam i przede wszystkim życzę Wam w każdym z odwiedzonych miejsc smacznego!

czwartek, 9 lipca 2015

Na szybko - pudrowanie wojewódzkiego trupa!

Niby mamy sezon ogórkowy i w każdej dziedzinie, od inwestycji po polityczne deklaracje, spodziewać powinniśmy się raczej ciszy i spokoju. I co? Nie mam co liczyć na chwilę spokoju, a na przestrzeni kilku dni już dwie rzeczy zdołały mi znacznie podnieść ciśnienie i wszystko wskazuje na to, że prędko się nie uspokoi. Po tym jak bydgoscy urzędnicy uznali zabetonowanie Brdy za świetny pomysł (i zwężenie i tak najwęższego jej odcinka!), moje ciśnienie podniosło mi samo słońce Torunia i pierwsze czoło Kujawsko-Pomorskiego. Co zabawne, już rok temu przewidziałem, że do tego dojdzie, kiedy zabrałem się za sekcję dokumentu pod niepotrzebnie długim tytułem "Plan zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa kujawsko-pomorskiego", gdzie zwracałem uwagę na budowanie strategii dla naszego województwa nie pod potrzeby mieszkańców, a pod polityczny cel Urzędu Marszałkowskiego. Aby nie przeciągać, przejdźmy prosto do rzeczy.

Wczoraj, na łamach serwisu portalkujawski.pl pojawiła się informacja o zakupie nowych autobusów dla połączeń komunikacyjnych w naszym województwie. Idea szczytna, a wożenie nas nowymi autobusami to zawsze zysk dla wszystkich mieszkańców województwa, także samej Bydgoszczy. Problem zaczyna się dopiero, kiedy zaczniemy się wdawać w szczegóły i uważnie prześledzimy wszystkie okoliczności. We wspomnianym wcześniej "rozbiorze dokumentów" podkreślałem kuriozalne okoliczności powołania do życia Kujawsko-Pomorskiego Transportu Samochodowego i jego fatalną kondycję finansową, którą już rok temu ratować trzeba było kwotą 7 mln. (!) złotych z kasy województwa. W tym samym tekście zwróciłem też uwagę na kuriozalną decyzję zwijania kolei w całym województwie na rzecz tworzenia połączeń autobusowych, która to w podejrzany sposób zbiegła się z ogromnymi kłopotami spółki, która w większości należy właśnie do Urzędu Marszałkowskiego. Kolejne bardzo podejrzane ruchy, które bezpośrednio związane były ze wspomnianą wyżej spółką wymienione zostały w tekście Portalu Kujawskiego.

Siedziba Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Marszałkowskiego w Toruniu. To tutaj zapadać będą decyzje kto ma dostać pieniądze na nowy tabor. Bez konkursu. - fot. Mateuszgdynia, Wikimedia Commons
Dzisiaj temat powraca do nas jak bumerang. Okazuje się, że moje najgorsze podejrzenia okazały się prawdziwe i Urząd Marszałkowski planuje wspomniane wcześniej zakupy taboru przeprowadzić w trybie pozakonkursowym. Selekcji wniosków o dofinansowanie dokonywać będą podlegli Marszałkowi Piotrowi Całbeckiemu urzędnicy i z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że zostanie to wykorzystane jako okazja, aby ukryć kolejne miliony złotych przekazanych dla K-PTS na ratowanie katastrofalnej sytuacji finansowej. Ile w rzeczywistości kosztować nas będzie takie pudrowanie trupa? O tym dowiemy się kiedy ogłoszony zostanie ostateczny podział środków i może jeszcze będę miło zaskoczony (prawie sam sobie uwierzyłem w tym zdaniu).

Niestety kolejny raz przekonujemy się, że najtrudniej jest przyznać się do porażki. Powołanie do życia podległej województwu spółki transportowej okazało się klapą, ale brak zdolności UM do przyznania się do porażki kosztuje nas z każdym dniem coraz więcej. Już teraz ta nieumiejętność powiedzenia "popełniłem błąd" sprawiła, że do ruiny doprowadza się kujawsko-pomorską infrastrukturę kolejową, a miliony złotych wypływają z budżetu województwa jako życiodajna kroplówka dla jednej tylko spółki. Jeśli taka sytuacja utrzyma się dalej, będziemy jedynym regionem w kraju i najprawdopodobniej także w Unii Europejskiej, gdzie nie stawia się na połączenia kolejowe, które są o wiele sprawniejsze transportowo i znacznie bezpieczniejsze od drogowych.

Kiedy w Poznaniu sieć kolei podmiejskiej kwitnie do poziomu, gdzie system sprzedaży biletów wysiada z przeciążenia, w Trójmieście kolejka miejska działa tak sprawnie, że nawet wybudowano tam pierwszą od dekad zupełnie nową linię kolejową w kraju, a w Warszawie liczba przewiezionych przez SKM pasażerów liczona jest w dziesiątkach milionów, w naszym regionie kolej jest przycinana bez litości. Z jakiegoś powodu u nas to MUSI być autobus, chociaż z Bydgoszczy w (dosłownie) wszystkich kierunkach wychodzi aż siedem szlaków kolejowych spinających nas bezpośrednio z większością dużych ośrodków regionu i całym szeregiem miast wojewódzkich. Z wielkim trudem przychodzi mi zaakceptowanie, że takie zarządzanie jest w jakikolwiek sposób uzasadnione ekonomicznie. Z jeszcze większym trudem przychodzi mi też przyjęcie do wiadomości, że nikt jeszcze nie powiedział "dość!".

PS: Chcę się mylić i nawet przyklasnę UM ze słowami pochwały, jeśli nie dojdzie do bezczelnego wciskania kasy w finansowe czarne dziury. Obawiam się jednak, że nikt mnie z błędu nie wyprowadzi.

wtorek, 7 lipca 2015

Urzędniczy beton z Bydgoszczy, dosłownie i w przenośni

Dzisiaj na łamach bydgoskiego odłamu serwisu gazeta.pl pojawił się tekst pod niepokojącym tytułem "Żelbeton zniszczy wyjątkowe miejsce nad Brdą [OPINIA]". Warto przeczytać tę opinię chociażby dlatego, że jest to (dla odmiany) po prostu bardzo dobrze wycelowany tekst, który wprost wytyka wady tego pomysłu. Ponieważ nie chcę po prostu kopiować cudzych opinii, a przy tym po mojej głowie od dłuższego czasu krąży pewien pomysł, pozwolę sobie na dłuższy wywód na temat "sceny nad wodą" w Bydgoszczy i tego jak bardzo, bardzo źle się w naszym mieście do niej podchodzi. Nie wiem czy wynika to z naszego narodowego dziadostwa, próby pozbycia się tematu, który spotykał się już wielokrotnie ze społecznym naciskiem, czy po prostu ogromna bezmyślność. Mam wrażenie, że każdego z powyższych jest tutaj po trochu.

Słowem wstępu pozwolę sobie przytoczyć mały fragment z podlinkowanego wyżej tekstu:
"Nie będzie estrady na statku. Zamiast niego ratusz chce wybudować 25-metrową, stałą scenę, sięgającą na cztery metry od brzegu, podpartą żelbetowymi filarami. Kilka miesięcy prezydent Bruski tak tłumaczył "Wyborczej" ten pomysł: - Chcielibyśmy umocnić wizerunek Bydgoszczy jako miasta korzystającego z uroków rzeki i zwracającego się ku wodzie"
(pogrubienia moje)
Amfiteatr w "szczytowej formie", rok 2012. Obecnie kamienne płyty zaczęły
odpadać, ale Urząd Marszałkowski nie spieszy się z remontem widowni.
- fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie
Zacznijmy moją rozprawę z tematem sceny od absolutnych podstaw, bo nie potrafię pojąć w jaki sposób rezygnacja z jednostki pływającej na rzecz przedłużenia lądu jest zwracaniem się ku rzece. Jeśli miasto chce uszanować Brdę, swoje powiązania z nią i tradycje wynikające z wielu wieków żeglugi śródlądowej, jako motoru napędowego miasta, to jego działania powinny być dokładnie odwrotne. Nie nakrywajmy jej betonem, bo zaraz się okaże, że młynówka tylko przeszkadza w sprawnej komunikacji między naszą "Wenecją" i bardzo popularną Wyspą Młyńską, a od tego już tylko krok do puszczenia młynówki kanałem pod wielkimi betonowymi płytami spinającymi brzegi zamiast malowniczych mostków. Na tym polega cały urok wody (czy jest to morze, rzeka, czy jezioro), że możemy patrzeć na nią, kiedy malowniczo sobie płynie przez jakieś miejsce, faluje i mieni się w słońcu. Patrzenie na beton jeszcze nigdy nikogo nie zachwyciło, z małym wyjątkiem dla mistrzów architektury brutalizmu i słynnej kopuły rzymskiego Panteonu, jednak wątpię by połać betonu zakrywającego piękną rzekę mogła z nimi konkurować.

Trochę ponad rok temu przeprowadzałem się z Fordonu na stare Szwederowo. Jednym z ważniejszych czynników wyboru miejsca, którymi się kierowałem przy wyborze loku, była bliskość starówki. Chciałem mieć na tyle blisko tego miejsca, by móc pospacerować nad Brdą, po bulwarach i na Wyspie Młyńskiej. To właśnie woda była dla mnie tym elementem dodającym miastu uroku i swoistego klimatu. Nie mosty nad nią rozpięte (chociaż po remoncie most staromiejski zrobił się przynajmniej ładny) i nie wybetonowane bulwary. Te rzeczy tylko przylegają do tego, co jest kwintesencją Bydgoszczy i coś we mnie "strzela", kiedy nagle ten beton staje się ważniejszy od rzeki, do której przylega.

Panie Prezydencie Bruski i drodzy radni - opamiętajcie się! W haśle wyborczym "inni obiecują, ja buduję" nigdy, przenigdy nie było dodanego małym druczkiem "...co popadnie i gdzie się da". Czasem na prawdę lepiej jest NIE zbudować czegoś złego, niż robić inwestycje dla inwestycji ku chwale pochłaniania środków unijnych. 


A przecież da się inaczej! 



Ponieważ łatwo jest krytykować, a wiele trudniej "zrobić lepiej, jeśli potrafisz", zadałem sobie trochę trudu i znalazłem rozwiązanie pod każdym niemal względem lepsze i pokrywające znacznie więcej potrzeb miasta, niżeli tylko okolice starówki. Nie jest to też pomysł specjalnie "z czapy", ani tym bardziej nie ociera się o żadne science-fiction i jego realizacja nie powinna przysporzyć żadnych problemów, w tym finansowych. W skrócie - wyjdzie (moim zdaniem oczywiście) lepiej, taniej i o wiele bardziej funkcjonalnie.

Co do tego, że stosowany obecnie, jako scena stateczek Jantar jest za mały, marnie przygotowany do roli sceny i niespecjalnie urodziwy, zgodzą się chyba wszyscy. Na pokładzie artyści lawirują między sobą nawzajem i osprzętem pokładu, dość niepewnie wymijają z konferansjerami i nerwowo oglądają za burtę. To nie są godne warunki pracy, szczególnie w galowym stroju i z instrumentami w rękach, więc nie dziwi też potrzeba zmiany tego stanu rzeczy. Nie zgadzam się jednak, aby wylanie sztywnej, betonowej platformy było dla obecnej sytuacji tym idealnym remedium. Nie, kiedy Bydgoszcz pretenduje do miana śródlądowej stolicy kraju, gdzie mieścić ma się siedziba Zarządu Dorzecza Wisły i odbywać jedna z najważniejszych imprez dedykowanych wodniakom.



Koncert z serii Rzeka Muzyki w 2014 roku. Widać wyraźnie, że "Jantar" zacumowany przy amfiteatrze kompletnie nie sprawdza się w roli sceny, a fortepian ledwie zmieścił się na pokładzie! - fot. własne

Zamiast tego kupmy i dostosujmy do roli sceny barkę! Nie zabytkową barkę, jak Lemara cumująca przy spichrzach, ale prawdziwą rzeczną barkę, która wykorzysta obecną infrastrukturę jednocześnie oferując o wiele więcej możliwości. Typową, płaskodenną barkę o wymiarach 10 na 35 czy nawet 50 metrów można kupić w stanie żeglownym za kilkaset tysięcy złotych. To ułamek kosztów budowy dużej sceny osadzonej na betonowych palach w dnie Brdy. Jednocześnie jest to aż dwa razy więcej miejsca, niż zaproponowane nam marne cztery metry betonu, więc można by tam nie tylko zorganizować koncerty, ale ustawić scenografię, pełne oświetlenie i nawet zaplanować miejsce na instalacje pirotechniczne, które znajdowałyby się z dala od widowni, na wysokości niemal samego środka rzeki.

Oczywiście trzeba tutaj dodać koszta przygotowania takiej barki do użytku, remontu, zamontowania płaskiego pokładu i tym podobnych. Mamy jednak w naszym mieście cały szereg firm, które bez problemu zajęłyby się takimi pracami. Trudno tu nie wspomnieć o stoczni remontowej Żeglugi Bydgoskiej, czy bydgoskiej firmy LaMare, produkującej pływające domy. To oczywiście nie jedyne przedsiębiorstwa w naszym mieście, które byłyby w stanie zająć się odpowiednio nową jednostką pływającą miasta, a fakt wykonywania prac na miejscu przez nasze rodzime firmy, to dodatkowe wsparcie dla bydgoskich powiązań z żeglugą i Brdą.

Kiedy mielibyśmy już taką barkę, to sama jej funkcjonalność jest absolutnie fenomenalna w porównaniu z kawałkiem betonu. Raz, że nie musimy dzięki temu zabetonowywać sporego kawałka pięknej przecież rzeki, a dwa, że możemy tę barkę wykorzystać w wielu innych miejscach. Zależnie od potrzeby może ona być zacumowana przy Operze Nova, jako scena właśnie, przy Rybim Rynku, jako miejsce na stragany jarmarków, przy hali Łuczniczka, czy wreszcie w Starym Fordonie! I to właśnie to ostatnie miejsce jest tutaj kluczowe. Miasto planuje rewitalizację całej starówki Fordonu i stworzenie na bulwarach nowego zielonego serca dzielnicy, gdzie tętnić ma życie, a czas spędzać będzie równie przyjemnie, jak na nadwiślańskich bulwarach Torunia. Postawienie tam sceny na wodzie rozwiązuje kompletnie problem dostosowania terenu do występów, a nabrzeże tam planowane przestanie być jedynie bezużyteczną konstrukcją, do której kiedyś może dotrą tramwaje wodne. W efekcie płacimy za jedną scenę, kupujemy ją raz i uzbrajamy raz, a jednak tworzymy miejsce dla koncertów w dwóch starówkach!


Podsumowując


Panowie decydenci, miejcie trochę odwagi i zróbcie wreszcie coś z jajami! Nie nieciekawa betonowa konstrukcja za miliony złotych, która pogorszy wygląd otoczenia i paradoksalnie pokaże wielki, betonowy, środkowy palec Brdzie, ale pływająca scena z prawdziwego zdarzenia! Trzeba tylko chcieć.