środa, 15 lipca 2015

Lody z portu, czyli Przystań Na Lody!

Świetnie urządzone wnętrze, minimalistyczny wystrój i bardzo przyjazna atmosfera sprawiają, że lokal jest zachęcający już na pierwszy rzut oka. - fot. własne
Pewnie mieliście już okazję zauważyć, że bydgoski odłam gazety skopiował mój cykl i budują swoją gastronomiczną mapę Bydgoszczy? Pokażmy im, jak się to robi! Zapraszam Was serdecznie na kolejny wypad do bydgoskiego lokalu, chociaż tym razem kompletnie oderwiemy się od mięsa i puszystych bułek. Ostatnio pogoda coraz częściej kieruje mnie do wszelkiego typu lodziarni. Tych mamy w Bydgoszczy całkiem sporo i prócz całej garści lodziarni z automatami do wszelkiego typu świdrów i włoskich koron, jest też pewna grupa miejsc zupełnie innego rodzaju, które serwują coś wyjątkowego. Wybrana na mój pierwszy "słodki tekst" lodziarnia Przystań Na Lody jest jednym z tych szczególnych punktów na mapie Bydgoszczy, które z miejsca trafiają na moją listę lokali, które trzeba odwiedzić koniecznie. Czemu? To postaram się Wam przedstawić w swojej prawie-jak-recenzji! 


Po pierwsze, drugie, trzecie...



Tej lodziarni nie da się odwiedzić raz! Jedną z jej najważniejszych cech jest zmienne menu. Prócz garści smaków stałych (truskawka, czekolada, śmietanka) czeka tam na nas prawdziwy szał zmysłów. Nie znajdziecie tam "smaków tygodnia". Specjalnie dobrane smaki lodów zmieniają się tam codziennie i bardzo trudno jest trafić tam dwa razy na tę samą kombinację, choćbyście pojawiali się regularnie po kilka razy w tygodniu. Nim zabrałem się do pisania, wielokrotnie zdarzyło mi się próbować przyrządzanych tutaj lodów i niemal zawsze byłem szalenie zaskoczony. Wśród smaków, które miałem okazję spróbować były takie, jak chociażby wegańska czekolada z herbatnikami, zielona herbata z pomarańczą, banan z toffi oraz pomarańcza z miętą i ... szpinakiem! Szczególnie ten ostatni smak był dla mnie wielką niewiadomą, a okazał się ostatecznie jednym z moich ulubionych dotychczas.

Lody prezentują się najlepiej na tle jednego z najważniejszych elementów
lodziarni, czyli bulwarów nad Brdą! - fot. własne
Wydaje mi się, że nie da się oceniać takiego miejsca po jednej wizycie i moja seria odwiedzin zadziałała tylko na korzyść. Przyznam się szczerze, że nie taki był pierwotny plan. Kilka razy próbowałem wybrać się tam i przygotować trochę materiału pod wpis, ale za każdym razem kończyło się tym, że zajadałem się lodami zanim w ogóle pomyślałem, by zrobić im zdjęcie i pokazać, z czym mamy do czynienia. Mea culpa! Ostatecznie udało się za "entym" razem, kiedy już nawet straciłem rachubę ile razy wcześniej pojawiałem się w przystani, a nawet teraz musiała mnie upilnować Daria i w odpowiednim momencie przypomnieć, że chcemy Wam pokazać lody, a nie ślady naszego łakomstwa na wpół zjedzonych łakociach. Jak widać, lody nakładane są szpatułką i próżno tu szukać typowych "gałek". Wynika to po części także ze sposobu ich przygotowywania i typów pojemnika, w którym trafiają do sprzedaży, ale dla mnie jest to jeszcze jeden element nadający im ich własny charakter.

Co ciekawe, któregoś razu zdarzyło mi się trafić na sytuację, w której przyniesione zostały przez kogoś z obsługi lokalu świeże krzewy bazylii (jeśli mnie pamięć nie myli, chociaż to mógł być szpinak), których liście zostały chwilę później zerwane i trafiły bezpośrednio do przygotowywanej porcji. Był to jedyny raz, kiedy zdecydowałem się usiąść i zjeść lody w lokalu, zamiast przespacerować się z nimi po bulwarach. Jak widać warto było poświęcić tę chwilę, bo widok przygotowywanych lodów jest dla mnie fascynujący. Co prawda to samo powiedziałbym o niemal każdym innym jedzeniu, ale akurat takie podejście do zimnego przysmaku jest o tyle wyjątkowe, że to nie były gotowe bloki w metalowych korytach, które ktoś wyciągnął z zamrażarki na zapleczu, a na prawdę świeżo przygotowywane lody, które trafiły za ladę jeszcze zanim wyszedłem z lokalu (tak, zasiedziałem się!). Właśnie takie małe szczegóły sprawiają, że na prawdę zaczynam doceniać lokal (jak w przypadku Grill & Chill, gdzie szalenie spodobała mi się podobna dbałość o świeżość sosu). 


Lokal w samym porcie



Z zewnątrz lokal wygląda bardzo skromnie,
ale nic bardziej mylnego. To jedna z najlepszych
lodziarni w Bydgoszczy! - fot. własne
Trudno mówić o Przystani Na Lody i nie wspomnieć o lokalizacji. Lokal znajduje się w samym Starym Porcie (pod piątym numerem przy ulicy o tej samej nazwie) i jeśli kiedykolwiek idąc mostem staromiejskim widzieliście kolejki ustawiające się na długości dziesiątek metrów od niepozornie prezentującej się witryny, to właśnie jest to miejsce! Ogromny sukces jest w pełni uzasadniony jakością i wyjątkowym podejściem do doboru smaków, ale ogromny wpływ z całą pewnością ma tutaj też lokalizacja niemal nad samą Brdą. Po zakupie lodów można zejść (prawie) prosto na bulwar i przespacerować się np. na Wyspę Młyńską, albo ruszyć w stronę wspomnianego wyżej mostu i po kilku zaledwie minutach być już na samym Starym Rynku. Aż dziw bierze, że nie powstało po tej stronie rzeki więcej lokali, ale na pewno wielu potencjalnych inwestorów zniechęcać musi rola parkingu, jaką nadal pełni jeden z najbardziej malowniczych punktów miasta. Z drugiej strony, właśnie dzięki temu możecie pod sam lokal dojechać autem i od niego zacząć swoje odwiedziny w samym sercu Bydgoszczy!

Z powodu tej właśnie lokalizacji bardzo łatwo jest wpleść przystań w prawie każdy spacer, czy plan wycieczki i oprowadzając po mieście znajomych zaproponować im jeden z naszych "bydgoskich smaków". Do Was należy teraz znaleźć odpowiedni pretekst, żeby z tej okazji skorzystać, a z absolutnym przekonaniem polecam takich pretekstów poszukać jak najwięcej, szczególnie z ciągle zmieniającym się menu i kolejnymi wyjątkowo interesującymi smakami pojawiającymi się tam każdego dnia. 


Werdykt?



Ostateczna ocena? Bardzo bym chciał Wam powiedzieć, że te lody są dobre, ale nie są - są pyszne! Za jedna porcję zapłacimy tam cztery złote, a im więcej porcji kupimy, tym mniej będą nas one kosztowały. Gwarantuję, że za każdym razem będą to pieniądze dobrze wydane. Jedynym mankamentem może być dla niektórych brak możliwości płacenia inaczej, niż gotówką, jednak kilka monet w kieszeni ma w zasadzie każdy. Po kilku wizytach natomiast czekać na nas będzie darmowa porcja, jeśli tylko nikt nie zapomni zebrać odpowiednich pieczątek.

 
5/5
Bomba!

I na koniec pamiętajcie, że to nie był jedyny wypad! Pełną listę, z mapą i odnośnikami do moich tekstów znajdziecie w zakładce "wypady", albo bezpośrednio pod TYM LINKIEM. Zapraszam i przede wszystkim życzę Wam w każdym z odwiedzonych miejsc smacznego!

2 komentarze:

  1. Chyba będę musiała się wybrać, póki co zawsze chodziłam na lody do Cafe Primo. Mają tam strasznie dużo smaków i codziennie się zmieniają :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cafe Primo są klasą sami dla siebie, ale różnią się mimo wszystko tym, że nie eksperymentują z dziwnymi makami i już na pewno nie mieszają owoców z warzywami i ziołami, co w przystani zdarza się bardzo często. Np. ja sam cały czas poluję na okazję by kiedyś powrócił jakiś smak z marchewką, gdyż jeden raz jak na niego trafiłem, to już się zdążył skończyć nim dotarłem do kasy.

      Usuń