poniedziałek, 31 sierpnia 2015

IV-ty Budżet obywatelski

Już we wrześniu (dokładniej 14-go) pojawić ma się pełna lista projektów zgłoszonych przez mieszkańców do czwartej już edycji Bydgoskiego Budżetu Obywatelskiego wraz z możliwością głosowania na wybrane pomysły. Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał jednego projektu od siebie, więc pozwolę sobie przedstawić Wam swoją koncepcję. Niezależnie od tego, czy trafi to ostatecznie pod głosowanie, czy zostanie odrzucone w przedbiegach, chciałbym Wam pokazać pewien potencjał, który drzemie w naszym mieście. To także świetna okazja, żeby podsumować sierpień czymś bardziej produktywnym i pro-miejskim!

Rzędy nagrobków, często anonimowych, na Cmentarzu Bohaterów Bydgoszczy
- fot. własne
Chociaż większość dzieciństwa i lat nastoletnich spędziłem w Fordonie (z epizodem na Czyżkówku), a przy tym gorąco popieram wszelkie inicjatywy związane z rewitalizacją starej części tej dzielnicy, to z racji obecnie wybranego na dom Szwederowa postanowiłem poszukać czegoś, co moim zdaniem przyda się właśnie tutaj. Dzięki temu mogę być na bieżąco z wybranym przez siebie punktem miasta i w przeciwieństwie do Fordonu być całkiem świadomym problemów, które daną okolicę trapią. Jestem typem spacerowicza. Czy to starówka, czy centrum krwiodawstwa, czy choćby Filharmonia - wszędzie staram się dotrzeć pieszo. Około roku temu (tak, celowo na przełomie sierpnia i września) za swój cel obrałem Park Na Wzgórzu Wolności, a w szczególności Cmentarz Bohaterów Bydgoszczy. Ponieważ całkiem niedawno oddana została do użytku także Trasa Uniwersytecka, spacer od cmentarza przynajmniej do kładki nad trasą wydawał się obowiązkowy. Widok z tego miejsca jest po prostu pierwsza klasa! Widoczność to przynajmniej kilka kilometrów, a w osi kopuła Bazyliki, nieszczęsny pylon mostu, ale także kilka wieżowców i sama okolica Focus Parku. Ogólnie rzecz biorąc miasto wraz z kilkoma swoimi punktami orientacyjnymi.

W tym roku spacer parkiem zdecydowałem się ponowić, a ze sobą zabrałem Darię, bo spacer we dwoje po parku brzmiał jak wizja przyjemnie spędzonego czasu w samym sercu miasta. Zamiast zatrzymywać się przy kładce poszliśmy dalej, kierując się aż do schodów spinających park z ulicą Ustronie. Chociaż schody są od pewnego czasu zamknięte, to nie są one "zdemontowane" (czy to urzędniczą decyzją, ręką wandali, czy też siłami natury) i planowaliśmy ze szczególną ostrożnością przejść się nimi dalej, na starówkę. Plan był taki: pokonujemy całą długość parku, po drodze mijamy kilka punktów widokowych, które teoretycznie w paru się znajdują, a potem na blogu pokazuję tutaj potencjał pięknego parku i pięknych widoków, jako uzasadnienie dla mojego pomysłu renowacji schodów. Niestety, skracając całą opowieść, punkty widokowe zarosły całkowicie, a ławki skierowane w gęstą pokrywę liści trzymają się już tylko na wspomnieniu własnej świetności. W dodatku na domiar złego okazało się, że na schodach stał jakiś (chyba nie do końca zrównoważony) człowiek i wymachiwał do nieba rękami, co do reszty obrzydziło Darii pomysł przejścia schodami. Zawróciliśmy.
Tak jeszcze rok temu wyglądało wejście do parku z poziomu ulicy Ustronie. Obecnie zmieniło się tylko jedno: dodano więcej barierek, by jeszcze bardziej zagrodzić dostęp do schodów. -fot. Google Street View

Mój pomysł do BBO 2015


Nie potrafię się pogodzić z wyżej opisanym stanem rzeczy. Niemal codziennie mijam "wylot" tych schodów po drodze do pracy i bardzo często widzę, jak ludzie "wypadają" z nich na ulicę. Ponieważ barierki dają jedynie tyle, że zamiast spokojnie na chodnik ludzie wypadają po dzikiej skarpie prawie pod koła samochodów, trudno mówić tu o "rozwiązaniu problemu" po ich zamontowaniu. Zrobiło się jeszcze niebezpieczniej, ale urzędnik zagrodził, więc "rączki czyste, złamania i wypadki teraz będą na odpowiedzialność pieszych". Sam nie wiem czy śmiać się czy płakać. Na całe szczęście delimitacja obszarów miasta dała części, w której ujęty jest park łączną pulę ponad 700 tysięcy złotych na inwestycje, więc i prace przy schodach powinny się tutaj spokojnie zmieścić w budżecie. Za wzór obrałem sobie jedną z platform widokowych w Bieszczadach, które realizacja pochłonęła około 110 tysięcy złotych. Warunki były podobne (zbocze ziemne, żadnych skał). Dodałem do tego jeszcze 40 tysięcy na schody, oświetlenie i monitoring i zgłosiłem do urzędu w następującej formie:

TYTUŁ INWESTYCJI: 
Naprawa schodów i platforma widokowa na południowej skarpie miasta 
OPIS: 
Naprawa schodów łączących aleję spacerową wzdłuż południowej skarpy Bydgoszczy z ulicą Ustronie wraz z przygotowaniem na szczycie zbocza platformy widokowej oraz przerzedzeniem drzewostanu do poziomu pozwalającego korzystać z tej platformy w osi widokowej na północ i północny-zachód. Platforma widokowa w tym miejscu powinna zostać zrealizowana w sposób będący jednocześnie przygotowaniem do budowy kładki nad ulicą Kujawską, dzięki czemu stanowić będzie przygotowanie do realizacji planowanego szlaku spacerowego wzdłuż całej południowej skarpy miasta.
Prócz walorów widokowych naprawa schodów powinna stać się priorytetem także ze względu na nadchodzące otwarcie galerii handlowej Zielone Arkady, które wiązać się będzie ze wzmożonym ruchem pieszym na, zamkniętym obecnie, zejściu. Jego naprawa powinna przyczynić się do jednoczesnej poprawy bezpieczeństwa, dostępności terenów rekreacyjnych, a w połączeniu z platformą widokową także zwiększenia atrakcyjności turystycznej miasta.
 
LOKALIZACJA:
Południowa skarpa miasta, między ulicą Ustronie i galerią handlową Zielone Arkady 
KWOTA: 
150000.00
Celowo używam naprzemiennie nazwy ulic Ustronie i Kujawska, ponieważ zgodnie z planami przebudowy całego układu drogowego zakończenie schodów powinno w przyszłości wypadać nie na ulicy Ustronie, a właśnie na ulicy Kujawskiej. Czego nie zdołałem uwzględnić w zgłoszeniu (limit znaków), a co również jest bardzo ważnym elementem całej inwestycji, to że jest to potencjalnie punkt widokowy na "narożniku skarpy", dzięki czemu dysponować będziemy z niego niemal najszerszym polem widzenia w całym ciągu spacerowym południowej skarpy. To, w połączeniu z faktem, że jest to jeden z potencjalnych punktów widokowych, której znajdują się najbliżej starówki (zaraz po szczycie schodów koło sądu), sprawia, iż byłaby to inwestycja o OGROMNYM wpływie na atrakcyjność turystyczną miasta, a także fenomenalnie poprawiająca jakość terenów rekreacyjnych w tej części Bydgoszczy. Jak wielki potencjał widokowy ma to miejsce najłatwiej jest pokazać na mapie:


Czy 150 tysięcy jest tego warte? Osobiście uważam, że tak. Nie umniejsza to oczywiście w żaden sposób potrzeb w innych miejscach, ale ten park jest tak zaniedbany, a dostęp do niego tak zarośnięty, że większość mieszkańców naszego miasta nawet nie potrafi docenić jego piękna. Niedawno sam Senator Rulewski proponował, aby umieścić gdzieś w bezpośredniej okolicy tego parku diabelski młyn o znacznej wysokości, który pozwoliłby obserwować miasto z wysoka. To dobry pomysł, ale może powinniśmy zacząć od naprawy tego, co w naszym mieście podupada? W tym parku jest masa miejsc, które powinny być oblegane. To są małe polanki pośród drzew, które miałyby absolutnie fenomenalny widok na miasto, jednak kompletnie niekontrolowany rozrost roślinności na skarpie sprawił, że teraz siedząc na ławce możemy wpatrywać się tylko na gęstą mieszaninę krzaków i obumierających gałęzi, co starszych drzew. To szalenie smutne, a przecież mówimy tu o ścisłym centrum miasta z widokiem na niemal całą starówkę! Gdyby nie drzewa, można by stąd zobaczyć Operę Nowa, wieże niemal wszystkich kościołów w naszym mieście, w szczególności świątynię przy Placu Kościeleckich, a dalej omieść wzrokiem całą resztę szeroko rozumianego śródmieścia, które nocą powinno hipnotyzować!

Oby projekt znalazł się na liście tych ostatecznie wybranych pod głosowanie. Bydgoszczanom należy się świadomość, że żyją w pięknym mieście!
- Przemek

wtorek, 18 sierpnia 2015

Piwna dusza grodu nad Brdą

Nieistniejący już browar przy ulicy Ustronie. To tutaj produkowany
był znany wszystkim mieszkańcom Bydgoszczy "Kujawiak"
- fot. Przemysław Jahr
Ponieważ już dawno przymierzałem się do napisania tekstu o całkiem bogatych powiązaniach Bydgoszczy ze złotym trunkiem, czas najwyższy spełnić tę obietnicę i trochę szerzej zarysować, czemu powinniśmy być z naszych dziejów dumni także siedząc w pubie i popijając produkty najróżniejszych browarów, w szczególności tych lokalnych. Sam jeszcze pamiętam, że jednym z pierwszych piw, jakich próbowałem w swoim życiu (tak, jako kompletny szczeniak) był nasz "tutejszy" Kujawiak, produkowany przecież w samym sercu miasta. Niestety Kujawiaka już nie produkują, ani w Bydgoszczy, ani też nigdzie indziej w zakładach obecnego właściciela tej marki, ale tradycja piwowarska w mieście pozostaje i przy odrobinie szczęścia warzenie piwa w naszym mieście rozpocznie się ponownie.

Obiecuję, że obowiązkowa w tym temacie lekcja historii będzie krótka, a sam tekst będzie twardo osadzony w naszych czasach i skupiony także na piwach, po które będziecie mogli sięgnąć już całkiem niedługo w bydgoskich lokalach i nie tylko. Gotowi na małą wycieczkę po piwnej Bydgoszczy? No to zaczynamy prawdopodobnie pierwszy mój wpis, który gdzieś tam na marginesie powinienem oznaczyć ostrzeżeniem o zawartości tylko dla osób 18+, czy innymi ostrzeżeniami o treści alkoholowej. ;)

Zaczęło się w wiek od uzyskaniu praw miejskich


Piwo wpisane jest w historię Bydgoszczy od wieków, a nawet znany w całym kraju konflikt naszego miasta z Toruniem, ma swoje piwne podłoże w wydarzeniach, gdy oba miasta znajdowały się jeszcze w zupełnie odmiennych państwach, rozdzielone granicą między państwem zakonnym i koroną. Cytując za Expressem Bydgoskim:
Piwo bydgoskie pojawiło się na rynku pod koniec XIV w. Szybko zyskało popularność, bo choć było gorszej jakości niż np. piwa śląskie, kosztowało niewiele. Polubili je również torunianie. Spowodowało to oczywiście natychmiastowe skargi i zakaz importu obcych piw wydany przez wielkiego mistrza. I znów sprawa bydgoskiego piwa zdominowała elbląski zjazd stanów pruskich w 1448 r. Ostatecznie zgodzono się na kompromis, piwo bydgoskie w Toruniu mogło być sprzedawane.
Uzupełniając te słowa o wiadomości pochodzące z Wikipedii, możemy w pełni zarysować historyczne początki bydgoskich tradycji związanych z piwem, które nie tylko w regionie, ale i poza granicami naszego państwa sprzedawano i pijano. Jest to zwrot w historii bydgoskich piw ważny o tyle, że zmiany te zaszły decyzją samego Króla Zygmunta I Starego:
7 grudnia 1520 r. Sejm uchwalił pogłówne na cele wojenne, a król zobowiązał się do przeprowadzenia reformy państwa. (...) Wyróżniono również piwo bydgoskie, które uznano za jedno z sześciu piw krajowych, które można było eksportować za granicę.
Półtora wieku później Król Michał Korybut Wiśniowiecki zwolnił także piwa z cła pobieranego w komorze celnej w Fordonie, który stanowi obecnie część Bydgoszczy i także swój mały udział a tej piwnej historii naszego miasta ma. Jak łatwo się domyśleć, stąd droga do rozwoju bydgoskiego przemysłu piwowarskiego stanęła otworem, a w mieście z biegiem lat pojawiły się na prawdę duże zakłady produkujące ten trunek.

Lata późniejsze


Pozostałości browaru w Myślęcinku
- fot. Joanna Słapa
Przez następne kilka wieków historia nie była łaskawa tak dla Bydgoszczy, jak i całego kraju. Jednym z efektów rozbiorów i przesunięć pod nowe władztwo był nakaz, wydany przez pruskiego władcę. Fryderyk II zażądał przysięgi wierności od wszelkich możnych dawnej Polski, a wszyscy, którzy na ten krok się nie zdecydowali, zmuszeni zostali do porzucenia swych majątków. Jednym z nich był Adam Bieberstein-Zawadzki, ówczesny właściciel terenów Myślęcinka. Teren ten zmieniał później właścicieli jeszcze kilka razy, nim ostatecznie w połowie XIX wieku trafił w ręce Gustawa Strüebinga, który uruchomił tam... tak tak, browar!

W tych samych latach drugi zakład powstał znacznie bliżej centrum, przy ulicy Ustronie. Na skarpie Wzgórza Wolności uruchomione zostały zakłady Juliusza Strelowa, które przetrwały obie wojny światowe, by w 1945 roku zostać znacjonalizowane, jako Zakłady Piwowarskie w Bydgoszczy, a od 1992 roku narodził się tam znany wszystkim "Kujawiak", którego wielowiekową historię zakończyła grupa Żywiec w 2006 roku zamykając zakłady, a w 2009 roku burząc ich pozostałości.

Niewiele więcej szczęścia miał browar w Myślęcinku, o którym pisałem już wcześniej w ramach małego cyklu o zapomnianych obiektach w Bydgoszczy. Tam produkcji nie udało się nigdy wznowić po wojennej zawierusze, ale przynajmniej zabudowania zdołały przetrwać do dzisiaj. Rozkradane od lat tkwią w zawieszeniu przez długoletni spór ze spadkobiercami właścicieli. Finału sprawy nie widać i obawiam się, że zawzięci spadkobiercy prędzej doprowadzą do zawalenia się budowli przez zaniedbanie, niż pozwolą Bydgoszczy zagospodarować ten ważny element historii naszego miasta.

Tu i teraz


Wyrywając się trochę z zamierzchłych czasów, historii i minionych lat, warto pamiętać, że także tu i teraz dzieje się w Bydgoszczy wiele, w związku z piwnym rzemiosłem. W samym sercu "Bydgoskiej Wenecji" funkcjonuje od lat lokal Warzelnia, którego serce stanowią pięknie wyeksponowane kadzie warzelnicze, a w karcie znajdziecie wyprodukowane w jego murach piwa. W maju natomiast w podsumowaniu inwestycji w Bydgoszczy, które ukazało się na zaprzyjaźnionym blogu Bydgoszcz w budowie, przeczytać mogliśmy o bardzo dobrze rokującej inwestycji, do której przymierza się spółka Kujawski Browar Regionalny Osowa Góra. Tak na prawdę jest to rzemieślniczy projekt piwnego pasjonata z Bydgoszczy, Piotra Andresa, któremu z całego serca życzę powodzenia w tej przygodzie z produkcją piw i na pewno przy pierwszej okazji wrócę do tematu na blogu, kiedy tylko zdołam się skontaktować z Panem Piotrem. To wcale nie koniec jednak "lokalnej produkcji", bo tuż za granicami miasta, w Ostromecku, planowane jest otwarcie małego browaru przypominającego trochę naszą śródmiejską Warzelnię, który produkowałby piwa dostępne tylko i wyłącznie w Restauracji Ostromecka.

To na prawdę sporo dobrych wiadomości dla Bydgoszczy, która wręcz woła o odbudowę naszych miejskich tradycji piwowarskich. Jestem przekonany, że niedługo może się pojawić jeszcze więcej takich pozytywnych komunikatów z naszego miasta, gdyż od pewnego czasu w Fordonie swoje rzemieślnicze umiejętności szlifuje grupa pasjonatów z Fordońskiego Browaru Domowego. Miałem kilka razy okazję spróbować piwa wyprodukowanego przez tę ekipę i przyznam szczerze, że chętnie zobaczyłbym kiedyś takie piwa w sklepach, lub miejscowych lokalach. Czy tak się stanie? Nie mam pojęcia, ale przykład z Osowej Góry daje powody do optymizmu. 

Sama produkcja to nie wszystko!


W naszym mieście, prócz odradzającej się produkcji, mamy też kilka ciekawych miejsc serwujących piwa lokalne i kraftowe (czyli z małych browarów rzemieślniczych i kontraktowych). Sam jestem wielkim zwolennikiem lokalu Prolog9 i chociaż panujący w nim klimat skierowany jest przede wszystkim do miłośników ciężkich brzmień i surowych wnętrz, to i tak najważniejsze jest tam piwo. Do wyboru mamy cały szereg małoseryjnych piw nalewanych "z kija" i ogromną paletę piw butelkowanych, których trudno szukać w zwykłych sklepach. Warto też zwrócić uwagę na liczne imprezy związane z piwem, które odbywają się co jakiś czas w tym lokalu. Niedawno była to premiera dwóch piw ze śląskiego browaru Kraftwerk, na której pojawili się sami twórcy premierowych trunków, którzy osobiście podawali własny produkt. Jestem pewien że i wiele innych ciekawych wydarzeń w Prologu9 jeszcze przed nami. W niedalekiej przyszłości poświęcę temu miejscu osoby tekst z relacją z "wypadu", ale nim moja relacja pojawi się na blogu, przyjmijcie już teraz moją zdecydowaną rekomendację. Nie ma prawdziwego fana piw, który mógłby pozwolić sobie na przegapienie tego miejsca.


Multitap, czyli w dosłownym tłumaczeniu z języka angielskiego "wiele kranów". Resztę niech samo za siebie opowie to efektowne zdjęcie z lokalu Prolog9 -. fot. dzięki uprzejmości Prolog9

Niestety tyle szczęścia nie miał lokal o nietypowej nazwie "1138", który podobnie też skupiał się na serwowaniu nietypowych odmian piwa. Nie zdołał się utrzymać i ostatecznie zniknął z mapy miasta zostawiając jedynie Prolog9 i kilka mniejszych multitapów, które jednak nie oferują nawet po części tak zróżnicowanego wyboru trunków.

Nowością w tym wszystkim są festiwale. Chociaż do lokali z piwami niszowymi możemy wybrać się na co dzień, to prawdziwą fiestą smaków i aromatów są duże festiwale piwne, gdzie spotkać można się z wystawcami z całego kraju, a także i zza granicy. Na pewno nie ma co liczyć, że z dnia na dzień w Bydgoszczy zorganizowany zostanie drugi Oktoberfest, ale i tak nie mamy się czego na tym polu powstydzić. Pierwszym festiwalem będzie wrześniowa impreza pod całkiem fajną nazwą Beergoszcz, która wystartuje już 19 września i przez dwa dni w hali sportowo-widowiskowej Łuczniczka gościć będzie piwnych entuzjastów z całego regionu, a także (na co liczę) i kraju. Trzymajmy kciuki, żeby stała się to bardzo mocna pozycja w imprezowym kalendarzu i co roku wracała do Bydgoszczy wraz z tysiącami miłośników piwa. Kiedy Beergoszcz dobiegnie końca, zaledwie tydzień później, bo 26 września, w Solcu Kujawskim rusza siostrzana impreza pod nazwą Święto Piwa i Produktów Regionalnych. Ponownie miłośnicy jednego z najstarszych trunków świata będą mogli raczyć się piwami regionalnymi oraz spróbować "rzadko spotykanych gatunków piw". Przez te dwa weekendy Bydgoszcz (wraz z Solcem) stanie się tymczasową piwną stolicą kraju i chociaż żaden z wielkich koncernów nie produkuje u nas tysięcy litrów piwa w wielkich zakładach, to jestem przekonany, że nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.


Wydarzenia, tak dla Bydgoszczy, jak i dla Solca Kujawskiego, znajdziecie poniżej:


O! Bardzo przyjemna inicjatywa, więc tym bardziej warto promować Beergoszcz z ich planem zawojowania naszego miasta...
Posted by Po Bydgosku on 27 lipca 2015


Dopiero co pisałem o Beergoszcz, a niedługo później pojawiły się informacje o kolejnej takiej imprezie tuż za naszymi...
Posted by Po Bydgosku on 6 sierpnia 2015

czwartek, 13 sierpnia 2015

Na szybko. Odpowiedź na tekst redaktor Kariny Obary z pomorska.pl

Kilka dni temu, 10 sierpnia, na łamach internetowego serwisu pomorska.pl ukazał się tekst pani Kariny Obary pod tytułem "Metropolia - kujawsko-pomorskie. Łączyć mądrze - komentuje Karina Obara". Autorka stara się spojrzeć na problem naszego obszaru metropolitarnego (z założeniem - wspólnego) z zewnątrz i podejść do sprawy bez emocji i uprzedzeń. Idea szczytna i godna pochwały, więc postanowiłem włączyć się do dyskusji i napisać od siebie kilka słów odpowiedzi, które skierowałem do pani redaktor. Przyznaję się szczerze - nie jestem w tej "wojnie" bezstronny, ale z biegiem czasu nauczyłem się na naszą nieprzyjemną sytuację patrzeć trochę inaczej, niż z perspektywy "pokrzywdzonego bydgoszczanina". Zamiast tego zły jestem nie na miasto Toruń, a na małą grupę osób u władzy, która działa metodami dla mnie niezrozumiałymi. Okazuje się, że przez taki pryzmat sprawa zaczyna nabierać nowych barw. 

Ku mojemu miłemu zaskoczeniu spotkałem się z bardzo pozytywnym przyjęciem moich słów. W związku z tym uznałem, że warto by udostępnić wysłany tekst publicznie i sprawdzić, czy i Wy zgadzacie się z moją opinią na temat walki między Bydgoszczą i Toruniem.  Nie tracąc czasu, zapraszam Was do zapoznania się z wysłanym "listem":


Witam Panią serdecznie,
Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie można zostawić komentarza pod artykułem "Metropolia - kujawsko-pomorskie. Łączyć mądrze - komentuje Karina Obara", pozwolę sobie zamiast tego odpowiedzieć Pani za pośrednictwem maila. Od ponad roku prowadzę bloga pod adresem www.pobydgosku.pl, a jeszcze dłużej aktywny jestem na najróżniejszych forach poświęconych infrastrukturze, urbanistyce i rozwojowi kraju. W tym czasie zdążyłem już zapoznać się z całą "stertą" dokumentów i opracowań dotyczących ewentualnych metropolii, a także "ZIT-ów".
Cała sprawa z konfliktem Bydgoszczy i Torunia rozbija się o ich brak realnego powiązania. Na zlecenie ministerstwa naukowcy z Polskiej Akademii Nauk stworzyli opracowanie, z którego jasno wynika, że Bydgoszcz i Toruń tworzą osobne obszary funkcjonalne, które są jasno wyodrębnione i wykazane z uwzględnieniem gmin wchodzących w ich obszar (DELIMITACJA MIEJSKICH OBSZARÓW FUNKCJONALNYCH STOLIC WOJEWÓDZTW - dr hab. prof. PAN Przemysław Śleszyński). W skrócie, żeby nie wdawać się już w szczegóły tego dokumentu - Bydgoszcz i Toruń mają obszary funkcjonalne, które się nie pokrywają z wyjątkiem bardzo małego fragmentu gminy Zławieś Wielka. Jedyny wyjątkiem jest tutaj bezpośredni przepływ pracowników i studentów między samymi miastami centralnymi tych obszarów, który idzie w tysiące osób dziennie, ale podobną sytuację mamy między Łodzią i Warszawą, które mimo tego nie mają tworzyć wspólnej "metro".
"Zbijanie" obu tych obszarów w jedną całość stało się pokłosiem politycznych decyzji i (co śmiem powiedzieć wprost) urzędniczego niedouczenia. Pierwszym krokiem do takiej sytuacji była reforma administracyjna, która stworzyła dwa województwa-potworki o podzielonej stolicy między dwa miasta. Dodając do tego fakt, że obszary Funkcjonalne Bydgoszczy i Torunia przylegają do siebie, przez co można odnieść wrażenie, że to wszystko jeden wielki OF. Taki błąd można popełnić tylko zza urzędniczego biurka w ministerstwie daleko od problematycznego obszaru, gdzie jedyną informacją, jaką widzimy jest kolorowa plama na mapie, a nie rzeczywista wiedza. Na mapie nie widać, że oba miasta rozdzielone są rzeką Wisłą i Puszczą Bydgoską, co samo w sobie stanowi fizyczną barierę, przez którą rozwijają się one coraz dalej "od siebie nawzajem" zamiast się zrastać.

Różni nas do tego mentalność i (rozmyta obecnie) kultura regionalna. Bydgoszcz historycznie będąc stolicą północnych Kujaw i Toruń związany historią z państwem Zakonnym i Prusami. Zbudowane by się sobie przeciwstawiać i podkopywać wzajemnie swoje znaczenie. Bydgoszcz i osobny wtedy Fordon stanowiły przyczółek nakładania cła na wszystko, co z Torunia płynęło do portów w Gdańsku, a Toruń stanowił twierdzę łypiącą na Polskie Królestwo od północy. Potem ciągłe przepychanki, raz jedno miasto wzmacniano względem drugiego, a bo to cesarska kolej pruska i Kanał Bydgoski, a bo to inne rzeczy. Oba miasta mają obecnie poczucie historycznej krzywdy przez "tych drugich" na tej samej zasadzie, jak nasz naród nadal ma za złe utratę kresów wschodnich po II wojnie światowej. Technicznie rzecz biorąc nie żyje nikt, kto by brał bezpośredni udział w tych wydarzeniach (z wyjątkiem podstępnego utargowania sobie Urzędu Marszałkowskiego, ale nie da się ukryć - to przywilej sprytniejszego po prostu), a mimo to nastroje są takie same.
Tak wygląda wynegocjowany przez Bydgoszcz i Toruń
zasięg wspólnego ZIT-u. Prawdopodobnie granice wspólnej
metropolii niewiele by się od niego różniły.
- grafika pochodzi ze strony http://www.zit.btof.pl/
W tym kontekście ustawa, która związuje niejako miasta "kajdanami" na dobre i na złe sprawia, że Bydgoszcz dostaje kolejny argument w tej historycznej już batalii. Miasto prawie dwa razy większe, o mniejszym bezrobociu i silniejszej gospodarce jest zmuszone "ciągnąć" za sobą Toruń jak wagonik. Daje to wrażenie ubezwłasnowolnienia i wywołuje frustrację, która i tak jest wielka gdyż od samej reformy administracyjnej (mimo deklaracji sprzed lat) marszałkiem naszego województwa jest osoba z Torunia, choć miały być "rotacje" między naszymi miastami. Dotychczas Bydgoszcz była petentem. Zwykłym interesantem, który musiał w pewnym sensie iść "do Torunia za prośbą" dla największego miasta województwa jest to w pewien sposób uwłaczające i wykreślenie z ustawy zapisu o OBOWIĄZKU związania Bydgoszczy z Toruniem sprawia, że wraca pewna równowaga, a o prawie połowę mniejszy Toruń będzie musiał "za prośbą" przyjść do Bydgoszczy i negocjować dla siebie warunki dołączenia do "metro". 
Ja,  jako bydgoszczanin wcale nie jestem nienawistny, podobnie jak znaczna większość ludzi, których znam, z którymi rozmawiam i tak dalej. To nie tak, że wszyscy w Bydgoszczy chcą tutaj, by Toruń nigdy nie stał się częścią metropolii i "gnił sobie po wieki". Tu chodzi o to jedynie, by brak obowiązku i sztywnego związania miast wymusił prawdziwe i uczciwe negocjacje. Kiedy nic nie jest "z góry obiecane", a wszystko trzeba ustalić na drodze równorzędnej rozmowy, dopiero wtedy miasta będą w stanie odpowiednio ustalić swoją równowagę i rzeczywisty podział kompetencji. Nie ma co się łudzić - metropolia z Toruniem, choćby marnie powiązana funkcjonalnie w obrębie wszystkich tworzących ją gmin, będzie zawsze silniejsza, niż ta bez Torunia. Rzecz w tym, by ją wypracować samemu, w regionie, a nie dostać z warszawskiej centrali wadliwego "gotowca", który stworzony został zza biurka z mapą i linijką w ręku przez osobę, która przez oba miasta kiedyś przejechała w czasie kampanii wyborczej. 
Jako reprezentantkę mediów proszę Panią, aby przyczyniła się Pani także w miarę możliwości do zmiany retoryki w mediach. Obecnie tworzy się atmosferę, jakby Bydgoszcz chciała Toruń zaorać do gołej ziemi w ramach "zemsty". To nie tak... tutaj jedynie panuje wielka potrzeba odzyskania prawa do negocjacji i decydowania o własnej przyszłości, które ustawa nam odbierała.


Dodając jeszcze kilka słów komentarza do powyżej przytoczonej wiadomości, a które przyszły mi do głowy już po jej wysłaniu - pewnych rzeczy nie wolno narzucać, bo nie będą one dobrze funkcjonować. Małżeństwa swatane dla posagu i wpływów przez rodziców, to nigdy nie są małżeństwa z miłości, a właśnie takim "swataniem" będzie stworzenie zapisów dodających do kujawsko-pomorskiego "metro" sztywny warunek wspólnego budowania obszaru metropolitarnego. O wiele lepiej, kiedy takie połączenie będzie wynikiem negocjacji. Pewnie trudniejszych, kiedy nie ma już konieczności, pewnie z innym podziałem ostatecznych ról i kompetencji, ale z całą pewnością lepszych dla obu miast w ostatecznym rozrachunku. Każdy ugra tyle, ile może ze swoim rzeczywistym potencjałem i każdy odejdzie od stołu nie z poczuciem krzywdy zadanej z zewnątrz, a jedynie tego, że zrobił co tylko zdołał w prawdziwych negocjacjach.

Bydgoszcz, w co wierzę z pełnym przekonaniem, nawet, gdy będzie mieć taką możliwość, nie skreśli Torunia i nie zostawi sąsiedniego miasta "na lodzie". Trzeba jednak zacząć od ludzkiego gestu i wzajemnego zaufania. Władze centralne muszą zaufać nam, że będziemy potrafili się dogadać, a oba miasta muszą uczynić wobec siebie zwykły gest pojednania i zamiast walczyć o zapis ustawy, wprowadzający przymus wspólnego budowania "metro", po prostu zaprosić się wzajemnie do negocjacji. Muszą się one odbyć a atmosferze dobrowolności i poczucia absolutnie autonomicznego decydowania o swojej przyszłości. Tej atmosfery nie będzie, jeśli ustawa będzie nas łączyć sztucznie decyzją urzędnika oderwanego od realiów naszego województwa. Dopiero kiedy te warunki będą spełnione, będziemy w stanie zbudować prawdziwą metropolię, także dwumiejską.