czwartek, 13 sierpnia 2015

Na szybko. Odpowiedź na tekst redaktor Kariny Obary z pomorska.pl

Kilka dni temu, 10 sierpnia, na łamach internetowego serwisu pomorska.pl ukazał się tekst pani Kariny Obary pod tytułem "Metropolia - kujawsko-pomorskie. Łączyć mądrze - komentuje Karina Obara". Autorka stara się spojrzeć na problem naszego obszaru metropolitarnego (z założeniem - wspólnego) z zewnątrz i podejść do sprawy bez emocji i uprzedzeń. Idea szczytna i godna pochwały, więc postanowiłem włączyć się do dyskusji i napisać od siebie kilka słów odpowiedzi, które skierowałem do pani redaktor. Przyznaję się szczerze - nie jestem w tej "wojnie" bezstronny, ale z biegiem czasu nauczyłem się na naszą nieprzyjemną sytuację patrzeć trochę inaczej, niż z perspektywy "pokrzywdzonego bydgoszczanina". Zamiast tego zły jestem nie na miasto Toruń, a na małą grupę osób u władzy, która działa metodami dla mnie niezrozumiałymi. Okazuje się, że przez taki pryzmat sprawa zaczyna nabierać nowych barw. 

Ku mojemu miłemu zaskoczeniu spotkałem się z bardzo pozytywnym przyjęciem moich słów. W związku z tym uznałem, że warto by udostępnić wysłany tekst publicznie i sprawdzić, czy i Wy zgadzacie się z moją opinią na temat walki między Bydgoszczą i Toruniem.  Nie tracąc czasu, zapraszam Was do zapoznania się z wysłanym "listem":


Witam Panią serdecznie,
Ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn nie można zostawić komentarza pod artykułem "Metropolia - kujawsko-pomorskie. Łączyć mądrze - komentuje Karina Obara", pozwolę sobie zamiast tego odpowiedzieć Pani za pośrednictwem maila. Od ponad roku prowadzę bloga pod adresem www.pobydgosku.pl, a jeszcze dłużej aktywny jestem na najróżniejszych forach poświęconych infrastrukturze, urbanistyce i rozwojowi kraju. W tym czasie zdążyłem już zapoznać się z całą "stertą" dokumentów i opracowań dotyczących ewentualnych metropolii, a także "ZIT-ów".
Cała sprawa z konfliktem Bydgoszczy i Torunia rozbija się o ich brak realnego powiązania. Na zlecenie ministerstwa naukowcy z Polskiej Akademii Nauk stworzyli opracowanie, z którego jasno wynika, że Bydgoszcz i Toruń tworzą osobne obszary funkcjonalne, które są jasno wyodrębnione i wykazane z uwzględnieniem gmin wchodzących w ich obszar (DELIMITACJA MIEJSKICH OBSZARÓW FUNKCJONALNYCH STOLIC WOJEWÓDZTW - dr hab. prof. PAN Przemysław Śleszyński). W skrócie, żeby nie wdawać się już w szczegóły tego dokumentu - Bydgoszcz i Toruń mają obszary funkcjonalne, które się nie pokrywają z wyjątkiem bardzo małego fragmentu gminy Zławieś Wielka. Jedyny wyjątkiem jest tutaj bezpośredni przepływ pracowników i studentów między samymi miastami centralnymi tych obszarów, który idzie w tysiące osób dziennie, ale podobną sytuację mamy między Łodzią i Warszawą, które mimo tego nie mają tworzyć wspólnej "metro".
"Zbijanie" obu tych obszarów w jedną całość stało się pokłosiem politycznych decyzji i (co śmiem powiedzieć wprost) urzędniczego niedouczenia. Pierwszym krokiem do takiej sytuacji była reforma administracyjna, która stworzyła dwa województwa-potworki o podzielonej stolicy między dwa miasta. Dodając do tego fakt, że obszary Funkcjonalne Bydgoszczy i Torunia przylegają do siebie, przez co można odnieść wrażenie, że to wszystko jeden wielki OF. Taki błąd można popełnić tylko zza urzędniczego biurka w ministerstwie daleko od problematycznego obszaru, gdzie jedyną informacją, jaką widzimy jest kolorowa plama na mapie, a nie rzeczywista wiedza. Na mapie nie widać, że oba miasta rozdzielone są rzeką Wisłą i Puszczą Bydgoską, co samo w sobie stanowi fizyczną barierę, przez którą rozwijają się one coraz dalej "od siebie nawzajem" zamiast się zrastać.

Różni nas do tego mentalność i (rozmyta obecnie) kultura regionalna. Bydgoszcz historycznie będąc stolicą północnych Kujaw i Toruń związany historią z państwem Zakonnym i Prusami. Zbudowane by się sobie przeciwstawiać i podkopywać wzajemnie swoje znaczenie. Bydgoszcz i osobny wtedy Fordon stanowiły przyczółek nakładania cła na wszystko, co z Torunia płynęło do portów w Gdańsku, a Toruń stanowił twierdzę łypiącą na Polskie Królestwo od północy. Potem ciągłe przepychanki, raz jedno miasto wzmacniano względem drugiego, a bo to cesarska kolej pruska i Kanał Bydgoski, a bo to inne rzeczy. Oba miasta mają obecnie poczucie historycznej krzywdy przez "tych drugich" na tej samej zasadzie, jak nasz naród nadal ma za złe utratę kresów wschodnich po II wojnie światowej. Technicznie rzecz biorąc nie żyje nikt, kto by brał bezpośredni udział w tych wydarzeniach (z wyjątkiem podstępnego utargowania sobie Urzędu Marszałkowskiego, ale nie da się ukryć - to przywilej sprytniejszego po prostu), a mimo to nastroje są takie same.
Tak wygląda wynegocjowany przez Bydgoszcz i Toruń
zasięg wspólnego ZIT-u. Prawdopodobnie granice wspólnej
metropolii niewiele by się od niego różniły.
- grafika pochodzi ze strony http://www.zit.btof.pl/
W tym kontekście ustawa, która związuje niejako miasta "kajdanami" na dobre i na złe sprawia, że Bydgoszcz dostaje kolejny argument w tej historycznej już batalii. Miasto prawie dwa razy większe, o mniejszym bezrobociu i silniejszej gospodarce jest zmuszone "ciągnąć" za sobą Toruń jak wagonik. Daje to wrażenie ubezwłasnowolnienia i wywołuje frustrację, która i tak jest wielka gdyż od samej reformy administracyjnej (mimo deklaracji sprzed lat) marszałkiem naszego województwa jest osoba z Torunia, choć miały być "rotacje" między naszymi miastami. Dotychczas Bydgoszcz była petentem. Zwykłym interesantem, który musiał w pewnym sensie iść "do Torunia za prośbą" dla największego miasta województwa jest to w pewien sposób uwłaczające i wykreślenie z ustawy zapisu o OBOWIĄZKU związania Bydgoszczy z Toruniem sprawia, że wraca pewna równowaga, a o prawie połowę mniejszy Toruń będzie musiał "za prośbą" przyjść do Bydgoszczy i negocjować dla siebie warunki dołączenia do "metro". 
Ja,  jako bydgoszczanin wcale nie jestem nienawistny, podobnie jak znaczna większość ludzi, których znam, z którymi rozmawiam i tak dalej. To nie tak, że wszyscy w Bydgoszczy chcą tutaj, by Toruń nigdy nie stał się częścią metropolii i "gnił sobie po wieki". Tu chodzi o to jedynie, by brak obowiązku i sztywnego związania miast wymusił prawdziwe i uczciwe negocjacje. Kiedy nic nie jest "z góry obiecane", a wszystko trzeba ustalić na drodze równorzędnej rozmowy, dopiero wtedy miasta będą w stanie odpowiednio ustalić swoją równowagę i rzeczywisty podział kompetencji. Nie ma co się łudzić - metropolia z Toruniem, choćby marnie powiązana funkcjonalnie w obrębie wszystkich tworzących ją gmin, będzie zawsze silniejsza, niż ta bez Torunia. Rzecz w tym, by ją wypracować samemu, w regionie, a nie dostać z warszawskiej centrali wadliwego "gotowca", który stworzony został zza biurka z mapą i linijką w ręku przez osobę, która przez oba miasta kiedyś przejechała w czasie kampanii wyborczej. 
Jako reprezentantkę mediów proszę Panią, aby przyczyniła się Pani także w miarę możliwości do zmiany retoryki w mediach. Obecnie tworzy się atmosferę, jakby Bydgoszcz chciała Toruń zaorać do gołej ziemi w ramach "zemsty". To nie tak... tutaj jedynie panuje wielka potrzeba odzyskania prawa do negocjacji i decydowania o własnej przyszłości, które ustawa nam odbierała.


Dodając jeszcze kilka słów komentarza do powyżej przytoczonej wiadomości, a które przyszły mi do głowy już po jej wysłaniu - pewnych rzeczy nie wolno narzucać, bo nie będą one dobrze funkcjonować. Małżeństwa swatane dla posagu i wpływów przez rodziców, to nigdy nie są małżeństwa z miłości, a właśnie takim "swataniem" będzie stworzenie zapisów dodających do kujawsko-pomorskiego "metro" sztywny warunek wspólnego budowania obszaru metropolitarnego. O wiele lepiej, kiedy takie połączenie będzie wynikiem negocjacji. Pewnie trudniejszych, kiedy nie ma już konieczności, pewnie z innym podziałem ostatecznych ról i kompetencji, ale z całą pewnością lepszych dla obu miast w ostatecznym rozrachunku. Każdy ugra tyle, ile może ze swoim rzeczywistym potencjałem i każdy odejdzie od stołu nie z poczuciem krzywdy zadanej z zewnątrz, a jedynie tego, że zrobił co tylko zdołał w prawdziwych negocjacjach.

Bydgoszcz, w co wierzę z pełnym przekonaniem, nawet, gdy będzie mieć taką możliwość, nie skreśli Torunia i nie zostawi sąsiedniego miasta "na lodzie". Trzeba jednak zacząć od ludzkiego gestu i wzajemnego zaufania. Władze centralne muszą zaufać nam, że będziemy potrafili się dogadać, a oba miasta muszą uczynić wobec siebie zwykły gest pojednania i zamiast walczyć o zapis ustawy, wprowadzający przymus wspólnego budowania "metro", po prostu zaprosić się wzajemnie do negocjacji. Muszą się one odbyć a atmosferze dobrowolności i poczucia absolutnie autonomicznego decydowania o swojej przyszłości. Tej atmosfery nie będzie, jeśli ustawa będzie nas łączyć sztucznie decyzją urzędnika oderwanego od realiów naszego województwa. Dopiero kiedy te warunki będą spełnione, będziemy w stanie zbudować prawdziwą metropolię, także dwumiejską.

6 komentarzy:

  1. Temat jest bardzo ciekawy i cieszę się, jako kibicujący Bydgoszczy, że udało się przepchnąć wykreślenie fragmentu o obowiązku tworzenia metropolii razem przez Bydgoszcz i Toruń.

    Mam tylko jedną prośbę, raczej unikaj wyrażenia "warszawska centrala". Ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że Warszawa (jej mieszkańcy? samorząd?) narzucają Bydgoszczy "ciągnięcie łańcucha" Torunia.

    To władze centralne. Ogólnopolskie. Nie warszawskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że określenie "warszawska centrala" mimo wszystko całkiem pasuje tutaj do kontekstu, bo nie chodzi przecież o same tylko władze centralne, rząd itd., ale także o centralę PO i ogólnie pojętej "koalicji rządzącej". Prawda jest taka, że wewnątrz PO i wewnątrz koalicji w ogóle też jest lobbing i też są grupy słabsze i mocniejsze.

      W dodatku wcale nie lepiej jest z opozycją, bo całkiem niedawno jedna z posłanek PiS obrażała się i odgrażała, że jak tylko dojdą do władzy, to ona zrobi wszystko, by ten przymusowy mariaż Bydgoszczy z Toruniem ponownie przywrócić do ustawy. Sam nie wiem czy to wynika z niewiedzy, złej woli, czy z ogólnego "sojuszu ponad podziałami" polityków z naszego satelickiego miasta, ale to jest zdecydowanie więcej, niż tylko "władze centralne". Niestety.

      Usuń
    2. PO, PiS i inne partie też nie mają nic wspólnego z Warszawą - to są politycy z całej Polski.

      Skoro sam przyznajesz, że mogą mieć tu wpływ politycy pochodzący z Torunia, to czemu nazywasz ich "Warszawą?

      Usuń
    3. Bo politycy z Torunia to wcale nie koniecznie muszą być politycy pracujący w Warszawie przecież. Najwięcej złego lobbingu przeciwko Bydgoszczy zrobili akurat wcale nie posłowie, a ludzie z władz wojewódzkich. A "Warszawa" to Warszawa ... tam są ludzie, którzy się pod tym lobbingiem mogą ugiąć, lub nie.

      Usuń
    4. "Warszawa" to nie Warszawa, lecz zbieranina z całej Polski. Warszawa to miasto z jego mieszkańcami, którzy nie mają z "Warszawą" nic wspólnego poza kodem pocztowym.

      Usuń
    5. Ale, jak już tam wnikliwie analizujemy co jest Warszawą, a co "Warszawą", niezależnie od tego skąd są, przez kogo są wybrani itd, są teraz w tym właśnie mieście i właśnie tam podejmują te wszystkie "ostateczne decyzje".

      Myślę, że nie ma co się nad tym wielce zastanawiać. Rzecz w tym, że bardzo często ludzie określeni przeze mnie jako "Warszawa", to osoby nie mające pojęcia o regionie, sytuacji między B i T i tak dalej. Żeby zrozumieć jak skomplikowana jest cała mechanika współpracy i antypatii oby miejscowości, trzeba tutaj być i trzeba na prawdę sporo czasu poświecić na analizowanie wszystkich subtelnych problemów i wybiegów.

      Usuń