wtorek, 29 września 2015

Stary Fordon do remontu! Ruszyły konsultacje społeczne do projektu.

Kościół św. Mikołaja. Jedna z architektonicznych pereł
Starego Fordonu - fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Jak część z Was wie, pewien czas temu brałem udział w pracach społecznych grup roboczych, których celem było opracowanie wstępnych wytycznych dla późniejszych prac nad pełnym planem rewitalizacji Starego Fordonu. Na przestrzeni kilku spotkań szereg grup roboczych opracował założenia dla komunikacji, gospodarki, społeczeństwa i estetyki Starego Fordonu, które trafiły w ręce fundacji "Pracownia Zrównoważonego Rozwoju" (dalej jako pracownia) odpowiedzialnej za przetworzenie danych. Wyniki ich pracy zostały opublikowane w tę sobotę, a wczoraj udostępnione zostały także online wraz ze startem oficjalnych konsultacji społecznych. Nie ukrywam, że nadal mam sporo uwag i zastrzeżeń, gdyż pewne zapisy omawianego dokumentu są dla mnie, mówiąc wprost, dziwne i nie do końca jasne. Inne zapisy wymagają większego doprecyzowania, co wynika zapewne z faktu, że pracownia jest organizacją nie pochodzącą z Bydgoszczy, a z Torunia i może nie mieć pełnej świadomości specyfiki i układu przestrzennego Fordonu jako takiego.

Poniżej zamieszczam kilka swoich uwag do projektu, które wysłałem w ramach konsultacji wraz z uzasadnieniem swoich zastrzeżeń. Ponieważ nie chcę kopiować tutaj całego dokumentu, polecam Wam zapoznać się z ustaleniami, nim przejdziecie do dalszej części tego wpisu. Informację o rozpoczęciu konsultacji znajdziecie TUTAJ, natomiast przeglądu dokumentu oraz zgłoszenia swojego zestawu uwag możecie dokonać TUTAJ.


Uwagi do dokumentu 
"WIZJA STAREGO FORDONU W ROKU 2020"

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie brałem udziału w pracach wszystkich grup, gdyż zaproszony zostałem jedynie do tej, która poświęcona jest gospodarce i pobudzeniu przedsiębiorczości w obrębie Starego Fordonu. W związku z tym, w niektórych punktach, jest to moje pierwsze spojrzenie na tematykę danej grupy. Dla ułatwienia nawigacji komentowane punkty oznaczać będę odpowiednio "c.s. X, c.o Y" dla poszczególnych celów strategicznych i operacyjnych, w nich ujętych.

C.s. 1, c.o. 1 - Punkt: "Szczegółowy plan odtworzeń kamienic frontowych"
Z racji przemieszania w Starym Fordonie zabudowy kamienicznej i parterowych budynków o charakterze wiejskim dodałbym do zapisu planu odtworzeń zezwolenie na nadbudowę budynków parterowych do poziomu jednego piętra bądź utworzenie wysokiego poddasza tam, gdzie budynek dysponuje stromym i wysokim dachem spadzistym. Dzięki temu będzie można uzyskać o wiele bardziej spójne pierzeje, bez znaczących dziur w linii zabudowy.
C.s. 1, c.o. 2 - Dodanie zapisu "Zakaz stosowania powierzchni z płyt i/lub kostki betonowej w ciągach pieszych na głównych ulicach Starego Fordonu oraz w przestrzeni rynku" 
Nie wiem, czy jest tutaj potrzebny dodatkowy opis. Stary Fordon powinien być traktowany jako strefa staromiejska, a powierzchnia chodników i placów powinna być wykonana z elementów kamiennych, aby pasować do historycznej zabudowy, a także, by uniknąć wietrzenia i szybkiej degradacji zastosowanych materiałów.
C.s. 1, c.o. 3 - Punkt "Konkursy architektoniczne jako standard projektowania miejsc."
Zapis niejasny - o jakiej miejsca chodzi? Proponuję zmianę na "(...) standard projektowania przestrzeni i obiektów użyteczności publicznej, wraz z małą architekturą". Miejsca mogą odnosić się do bliżej nieokreślonych miejsc spotkań bądź być interpretowane jako wyznaczone punkty Starego Fordonu. Tak szerokie określenie najprawdopodobniej doprowadzi do nadużyć i wypaczeń pierwotnego założenia projektu.
C.s. 2, c.o. 1 - Punkt "Włączenie części Starego Fordonu do Bydgoskiego Parku Przemysłowo - Technologicznego"
Proponuję usunięcie tego zapisu, lub doprecyzowanie miejsc przeznaczonych do włączenia w obszar BPPT, a także ograniczenie ich do funkcji biurowych. Tereny między rynkiem w Starym Fordonie a ulicą Brzechwy powinny zostać zabudowane budynkami mieszkalnymi, dzięki czemu postulowany w dokumencie węzeł przesiadkowy przy ulicy Fordońskiej (c.s. 3, c.o. 1) uzyska znaczne uzasadnienie ekonomiczne dla uruchomienia kolejowego połączenia w ramach rozszerzenia BiT City, bądź miejskiej linii szynobusowej w osi W-Z z możliwością przedłużenia do Ostromecka. Jednocześnie pozwoli to osiedlić jeszcze większą ilość mieszkańców w bezpośredniej bliskości Starego Fordonu, zapewniając dodatkowych klientów i użytkowników infrastruktury publicznej.

Na włączenie do struktur BPPT o wiele lepiej nadaje się cały obszar od ulicy Wiślanej do ulicy Inflanckiej poszerzony o tereny między ulicą Witebską i linią kolejową (na zachód od ulicy Kampinoskiej). Ulokowanie takich inwestycji w tym miejscu nadal pozostanie z korzyścią dla Starego Fordonu, gdyż będą to miejsca pracy w odległości zaledwie kilku minut jazdy komunikacją zbiorową od rewitalizowanych obszarów. Jednocześnie lokalizacja na wskazanych terenach nie doprowadzi do nadmiernego wzmożenia ruchu (w tym ciężkiego) na rewitalizowanym obszarze.
C.s. 2, c.o. 2 - Punkt "Otwarcie Laboratorium Kreatywności (miejsca na wzór Centrum Nauki Kopernik w Warszawie)"
Koszt otwarcia centrum kreatywności o roli i skali podobnej do CNK jest jednym z głównych wariantów zagospodarowania Młynów Rothera na Wyspie Młyńskiej. Tworzenie mniejszej placówki o charakterze konkurencyjnym nie będzie w stanie ściągnąć zainteresowania, które skierowane zostanie na większy obiekt w centrum miasta. Proponuję zmianę na ośrodek związany z technikami transportowymi z głównym naciskiem na rowery i maszyny proste, co nawiązywałoby do zakładów Romet, które funkcjonowały w Fordonie. Poszerzyć to można o elementy ekspozycji dot. obróbki termicznej (cegielnia) i maszyn parowych (kolej wąskotorowa do cegielni i Pruska Kolej Wschodnia, która przebiega przez Stary Fordon do mostu).
C.s. 2, c.o. 3 - Punkt "Program i realizacja nowych inwestycji Bydgoskie Towarzystwa Budownictwa Społecznego w okolicach Starego Fordonu."
Uzupełnienie punktu o wykorzystanie lokalizacji inwestycji BTBS w roli zapełnienia wyrw w zabudowie pierzejowej Starego Fordonu oraz dopełniającej zabudowę zamkniętych kwartałów pierzejowych.
C.s. 3, c.o. 1 - Punkt "Wytyczenie węzła przesiadkowego na ulicy Fordońskiej, integrującego transport rowerowy, autobusowy oraz kolejowy"
Punkt bardzo nieprecyzyjny. Na znajdującym się w Fordonie (traktowanym jako obszar na wschód od Wiaduktów Warszawskich) odcinku linii kolejowej znajdują się trzy stacje/przystanki kolejowe, wszystkie zlokalizowane bezpośrednio przy ulicy Fordońskiej. W tym punkcje należy doprecyzować, czy chodzi o stworzenie węzła przesiadkowego na stacji kolejowej Bydgoszcz-Fordon, czy też może o budowę nowego przystanku kolejowego pod wiaduktem drogowym w bezpośredniej okolicy Ronda Buxakowskiego wraz z towarzyszącymi im nowymi przystankami autobusowymi.
C.s. 3, c.o. 2 - Dodanie zapisu "Stworzenie na nabrzeżu punktu pozwalającego na zatrzymanie w Starym Fordonie jednostek kursujących w ramach Bydgoskiego Tramwaju Wodnego"
W tym roku z okazji remontu śluz w Bydgoszczy linia tramwaju wodnego została poprowadzona aż do Toru Regatowego na Brdyujściu. Pokazuje to, że istnieje realny potencjał śluzowania jednostek tramwaju na Wisłę i trasowania ich aż do Starego Fordonu. Linia taka mogłaby początkowo kursować jedynie podczas wydarzeń kulturalnych, jak rekonstrukcje historyczne w Wyszogrodzie, czy Święto Starego Fordonu, a wraz z postępem rewitalizacji tej części dzielnicy, rewitalizacją toru regatowego oraz zagospodarowaniem historycznym grodziska w Wyszogrodzie, powstać mogłaby zupełnie nowa linia tramwaju wodnego prowadząca do Starego Fordonu na stałe.

Widok z rynku w Starym Fordonie na ulicę Bydgoską - fot. Pit1233, Wikimedia Commons

Podsumowanie


W tym miejscu kończą się moje uwagi do zaprezentowanego dokumentu. W kilku miejscach zmieniłbym jeszcze zapis, ale ponieważ nie zmienia to w najmniejszym stopniu sensu postulowanych zmian, nie ma też żadnej potrzeby o tym w ogóle pisać. Sam dokument jest bardzo wyraźnie wersją roboczą, co widać po niejednolitych czcionkach wklejanych prawdopodobnie z różnych źródeł. Jeśli moje komentarze przekonały Was do pewnych zmian, pamiętajcie także uwzględnić podobne zastrzeżenia w swoich zestawach uwag wysłanych w ramach konsultacji. Głównym motorem wprowadzania zmian do takich dokumentów jest częstotliwość postulowania poszczególnych poprawek, więc zastrzeżenia dotyczące tych punktów (JEŚLI zgadzacie się z moim poglądem) jak najbardziej warto powielać, najlepiej ujęte własnymi słowami przez Was samych.

- Przemek

niedziela, 27 września 2015

Kontagion - tak się gra bezwzględny industrial w Bydgoszczy! (wywiad)

W zeszłym tygodniu miałem ogromną przyjemność porozmawiać z zespołem Kontagion, który wiele osób znać może z utworów już wcześniej dodanych do playlisty z mocnymi brzmieniami z Bydgoszczy, którą kompletuję w serwisie YouTube. W skład powstałej w 2007 roku formacji (pod nazwą Kontagion oficjalnie od 2008) wchodzą weterani bydgoskiej sceny muzycznej, są to: Damian “Sfenson” Bednarski (gitara, wokal), Łukasz Maciej “Piehoo” Pieszczyński (bas, wokal), Damian "Shorstky" Wolter (gitara), Mikołaj "Majk" Marycisiak (klawisze, sample, chórki) oraz “niezawodny Dr. Plague” na perkusji. W takim właśnie składzie bydgoska kapela grająca industrial metal już w tę sobotę, w klubie Estrada, promować będzie materiał z nowej płyty "[R-!-E]LEN+LESS" (Relentless). Jest to świetna okazja, żeby zapoznać się z ich muzyką. Kto natomiast chce zapoznać się bliżej z samym zespołem, ten nie może przegapić tego wywiadu.

Kontagion w swoim w obecnym składzie, od lewej: Shorstky, Piehoo, Majk i Sfenson. W tle panorama Bydgoszczy.
- fot. pochodzi z profilu FB zespołu.
Rozmowę z zespołem odbyłem dnia 14 września, w salce prób na samym szczycie dawnej “Eltry”. Nic dziwnego, że chłopakom nie brakuje inspiracji - nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaki jest stamtąd widok na miasto! To jak, zaczynamy?

ROZMOWA


PB: Cześć chłopaki! 

Sfenson: Siemano!
PB: O zespole sporo informacji możemy znaleźć w sieci, na Waszym profilu facebookowym i w serwisach poświęconych muzyce. Co Wy sami możecie powiedzieć o sobie, o zespole?

Sfenson: Wszystkie najważniejsze informacje są na stronie, a chyba jest ich nawet za dużo. W dzisiejszych czasach mało kto czyta takie rzeczy, ludzi to już nie obchodzi - wszystkich interesuje przede wszystkim co kto gra. W wielkim skrócie możemy powiedzieć, że gramy od roku 2007 i chociaż skład się zmieniał, to trzon zespołu pozostał bez zmian, czyli ja i Piehoo. Jesteśmy tuż po nagraniu drugiej płyty i teraz właśnie to jest dla nas najważniejsze!
PB: No właśnie - chociaż kapela istnieje od roku 2007, to Wy jako muzycy jesteście na bydgoskiej scenie obecni o wiele dłużej. Braliście udział w wielu innych projektach muzycznych, czasem pojawialiście się gościnnie w samym Kontagion.

Piehoo: Tak, to prawda. Kiedy Sfenson mówił o trzonie, to przyznam, że był to trzon w pewnym momencie prawie nieistniejący, gdyż nie było mnie w zespole przez jakiś czas. Mimo to, miałem przez cały czas jakąś styczność z kapelą - a to przygotowałem okładkę, a to zrobiłem plakat “Kontagion pozerzy” (śmiech), chociaż było to w zasadzie zwykłe A4 zapisane czcionką arial black, czasem zrobiłem jakiś kawałek i w zasadzie nie będąc w zespole i tak ciągle się gdzieś przewijałem. Podobnie Shorstky, nim na dobre dołączył do zespołu, pojawiał się gościnnie w utworach Kontagion czy na filmikach na YouTubie. Można śmiało powiedzieć, że znikąd się nie wziął, a jeszcze wcześniej graliśmy razem w Enemy Division, w którym przez krótki czas grał nawet Sfenson. 
Sfenson: Owszem, zdarzyło się. 
Piehoo: Sfenson znany jest przede wszystkim z tego, że od 2001 roku gra w Unborn Suffer, z kolei Majk grał wcześniej w, znanym na bydgoskiej scenie, Nilfgaardzie. Kontagion miał być z początku tylko projektem, typowym odreagowaniem “na trzy kawałki”, takim naszym Fear Factory. 
Sfenson: Tutaj ja podejmę dalej opowieść. Po nagraniu kilku kawałków zawiesiliśmy grupę i tak naprawdę wróciliśmy do pomysłu dopiero po dobrych kilku miesiącach i ponownie nabrało to wszystko życia już jako regularny zespół, a nie tylko uboczny projekt. Miało to związek z rozpadem Enemy Division, w którym grał Grim, ówczesny wokalista Kontagion. Od niego wyszła inicjatywa kontynuowania ze mną Kontagion i dzięki temu formacja powróciła do życia. Niestety znów bez Pieha, który zahaczył się w międzyczasie do innego zespołu. Ściągnięcie go ponownie do składu zajęło aż cztery lata biegania za nim i namawiania, ale udało się. 
Piehoo: No i w końcu wróciłem. Faktycznie dużo było tego trucia i wiercenia dziury w brzuchu (śmiech). Moja wymiana basisty zespołu wywołała trochę zamieszania w składzie, to był przełom roku 2011 i 2012. Odszedłem wtedy z Nihil Quest i nawet zastanawiałem się nad sprzedażą sprzętu, żeby odpocząć na dobre od grania. Po kilku próbach jednak okazało się, że wszystko fajnie ze sobą “zagadało” i Sfenson poprosił mnie, żebym został na stałe w składzie. Wymieniłem wtedy Adama “Dexa” Naporę, którego namówiłem jeszcze do udziału w nagrywaniu mini-dokumentu o zespole. Uważam, że był ważną częścią tego zespołu, chociaż nie do końca brał czynny udział w komponowaniu i chyba właśnie to przesądziło o decyzji Sfensona.
Kontagion podczas koncertu, który odbył się w Estradzie 26 września b.r.
Na pierwszym planie Shorstky. - fot. własne
PB: No właśnie. Kto wtedy zajmował się komponowaniem kawałków dla Kontagion?
Piehoo: W poprzednim składzie Sfenson robił to wspólnie z Bladym, perkusistą, natomiast mam wrażenie, że tęsknił za tym, że zawsze przynosiłem ze sobą jakieś kawałki i riffy, z których on mógł coś ciekawego zrobić. 
Sfenson: Prawda jest taka, że w tym okresie, kiedy Pieha nie było, to w głowie miałem całą masę jego pomysłów, jego riffów i nawet całych kawałków gdzieś zapisanych w pamięci. Miałem też masę jego pomysłów i nagranych już riffów na dysku, który przynosiłem ze sobą na próby. Braliśmy z Bladym te kawałki na ruszt i komponowaliśmy na tej podstawie. Mimo, że nie było wtedy Pieha w składzie, to mimo wszystko muzycznie ciągle w nim pozostał.
PB: I to był właśnie ten moment, kiedy Piehoo zdecydował zrobić sobie przerwę od grania?

Sfenson: Tak, kiedy był w Nihil Quest i później, kiedy miał zamiar na jakiś czas darować sobie grę. Kiedy wrócił do zespołu, wiadomo, że słuchając efektów naszej pracy stwierdził, że niektóre rzeczy zrobiłby inaczej, ale to nadal jest w sporej mierze jego wkład w brzmienie zespołu. 
Piehoo: Jeszcze w kwestii mojego robienia kawałków - w momencie, jak już wróciłem do kapeli, to miałem tego całą masę. Po prostu się ze mnie wysypało i cały czas mamy tego zebrane kilkadziesiąt nagrań, a część nawet przerodziła się w konkretne utwory. Wynikało to z tego, że w Nihil Quest byłem kompletnie odsunięty od komponowania. Tam monopol na komponowanie miał Jachu, którego swoją drogą uważam za zajebistego kompozytora. Sam bardzo chciałem robić podobne kawałki, ale zupełnie nie musiałem, bo robił to Jachu i utwory wychodziły naprawdę świetne.
PB: Czyli przejście do obecnego składu dało Ci o wiele więcej wolności w komponowaniu, wszedłeś twórczo na zupełnie nowy poziom. Jak teraz wygląda Twoja rola w procesie twórczym zespołu?

Piehoo: Oczywiście! Od razu poczułem się bardziej spełniony. Co moje kawałki, to moje kawałki. Chociaż Jachu przynosił świetne utwory, kiedy nie chodzi o sam fakt grania w kapeli na gotowym, a o tworzenie czegoś nowego. Dla mnie ważnym jest właśnie, żeby każdy w kapeli wnosił coś swojego do muzyki. Wracając do Kontagion od razu zaznaczyłem, że nie zaakceptuję takiej sytuacji, by np. rola klawiszowca została ograniczona do tego by Majk tylko gdzieś odpalał sample i dokładał pojedyncze dźwięki. Każdy musi mieć wkład w aranżacje i mieć wpływ na naszą muzykę. Chciałbym iść w kierunku industrialnego metalu. Byłem na przykład w szoku, że bardzo ortodoksyjny w swoim podejściu do grania Sfenson przekonał się do stylistyki granej przez Godflesh.
PB: Skoro już mówimy o innych zespołach i jesteśmy przy tym kto co wniósł do zespołu i kto jakie riffy wprowadził do Waszych kawałków, to powiedzcie mi skąd pochodzą Wasze inspiracje? W jednym z kawałków pochodzących z nowej płyty słyszałem mocne wpływy Sepultury, w innych przewinęły mi się klimaty przypominające trochę brzmienie Pantery. Kto to wniósł do kompozycji?

Sfenson: Domyślam się nawet, o które numery Ci chodzi. Kawałek “Trapped Underground”, który w zasadzie otwiera płytę - riff do niego napisałem pracując jeszcze w sklepie muzycznym. Pamiętam doskonale, bo w dniu kiedy go skomponowałem do sklepu przyszła siedmiostrunowa gitara Dean, jak te na których grał Dimebag. Kiedy wziąłem tę gitarę do rąk, riff w zasadzie sam mi się ułożył w palcach. Zachowałem go w głowie i dopiero wiele lat później trafił on do numeru “Trapped Underground”. Co do samej Sepultury, to przede wszystkim muszę nadmienić jedną bardzo ważną rzecz - to Max Cavalera jest człowiekiem, który sprawił że w ogóle zabrałem się za granie i za wokalowanie, a twórczość Sepultury, szczególnie ta wczesna do płyty Arise, pozostaje dla mnie tym najważniejszym wpływem na moje komponowanie i postrzeganie muzyki. Myślę, że reszta chłopaków ma bardzo podobne odczucia. 
Piehoo: Tak, na pewno tak, chociaż oczywiście nasze inspiracje nie kończą się tylko na metalu lat 90’ch. Sam przemycam czasem do naszych utworów riffy szybkie i chociaż potrafię zrobić prawdziwego “grzmota” w tempie 280, to często moją pierwotną inspiracją jest np. King Crimson, czy nawet Jimmy Hendrix. To są rzeczy sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Mam takie podejście, że gdy usłyszę gdzieś, albo kiedy przypomni mi się jakiś riff, to chodzi mi on po głowie przez cały dzień. Kiedy do niego przysiądę to często wychodzi mi z niego coś odmiennego o 180 stopni i wtedy… 
Sfenson: …i wtedy wchodzę ja i biorę jego gówno, a potem formuję z tego coś pięknego! (śmiech) 
Piechu: (śmiejąc się) Dokładnie! A potem przychodzi reszta chłopaków i każdy jeszcze dodaje tu coś swojego.
Estrada, 26 września b.r. Na pierwszym planie Piehoo.
- fot. własne
PB: Czyli powiedzielibyście, że zaczynając opracowywanie materiału na nową płytę raczej, zamiast trzymać się z góry założonego klimatu i motywu na dany album, zbieracie już krążące między Wami pomysły?

Sfenson: Wiesz, to bardzo trudno jednoznacznie powiedzieć. Będąc jedyną osobą, która była w składzie Kontagion absolutnie przez cały czas i na wszystkich etapach mogę powiedzieć, że brzmienie danej płyty wynikało raczej z mieszanki osobowości osób, które brały udział w nagrywaniu materiału na dany album. Wszyscy komponowali to, co czuli i właśnie taka muzyka nam wychodziła. Debiut “[R-!-E]” wyszedł nam bardzo podobny do tego, co prezentuje sobą Fear Factory, a druga płyta "[R-!-E]LEN+LESS" i poprzedzająca ją EPka "[R-!-E]\/[]I_+" (Revolt - przyp. PB) to materiały, które wyszły znacznie ciekawiej. Słychać w nich więcej inspiracji i więcej wpływów. Nie tylko muzycznych. Są to też wpływy filmowe i zaczerpnięte z życia codziennego. Są to najróżniejsze nurty industrialne i dźwięki zupełnie nie pochodzące z instrumentów, sample czy chociażby nagrania garnków i wiertarek. Różnica między pierwszą płytą i drugą jest znaczna, mieliśmy przy "[R-!-E]LEN+LESS" bardzo szeroki wachlarz inspiracji i przy trzeciej płycie też chcemy z bardzo szerokiego spektrum inspiracji czerpać.
PB: Jeździcie teraz i gracie głównie kawałki z "[R-!-E]LEN+LESS", promujecie płytę wydaną przecież całkiem niedawno, bo 22 czerwca, ale jakie są Wasze plany na następny album? Składacie już nowy materiał, czy najpierw chcecie skupić się na graniu kawałków z tego krążka?

Majk: Aktualnie pracujemy nad materiałem na trójkę, sześć kawałków mamy już gotowych, kilka następnych jest w fazie “teoretycznej”. Zostały napisane, chociaż jeszcze nie zostały zagrane. Pracujemy teraz nad nimi i mogę tutaj potwierdzić to, co powiedział Sfenson, że nie będzie dużej różnicy między dwójką, a trójką, pod względem stylistycznym. 
Piehoo: Różnica będzie niewielka, ale będzie. Zmieniliśmy nasze podejście do robienia kawałków. Układ sił, jeśli chodzi o kompozytorów w zespole, zmienił się i teraz każdy może wykazać się swoimi umiejętnościami. Shorstky dołączył do Kontagion, kiedy materiał na "[R-!-E]LEN+LESS" był już skomponowany i siłą rzeczy nie miał zbyt wielkiego wkładu w materiał na tej płycie, a teraz mamy już na warsztacie dwa jego kawałki. Zależy mi na tym, że by każdy w zespole czuł się spełniony jako twórca wnosząc coś swojego, bo to jednak wiesz, trzeba poczuć że to jest Twój zespół i że wkładasz coś od siebie, a nie tylko jesteś wykonawcą czyjejś muzyki.
Sfenson podczas koncertu w Estradzie. 26 Września 2015.
- fot. własne
PB: Czyli chcesz powiedzieć, że ten skład jest, w porównaniu z poprzednim, o wiele bardziej zgrany? Lepiej Wam się razem pracuje?

Piehoo: Tak, chociaż poprzedni skład, z Darkiem Tofiło, był dobry o tyle, że Darek był w całości odpowiedzialny za teksty. Ja mogłem się skupić na składaniu riffów, a w obecnym składzie pisanie tekstów to też częściowo moja brocha, czego wtedy mi trochę brakowało. 
Sfenson: Z "[R-!-E]LEN+LESS" była taka fajna sytuacja, że kiedy wrócił Piehoo, to prawie nie mieliśmy jeszcze muzyki na tę płytę. Piehoo wrócił w taki piękny sposób, że wparował tu z buta i z rękawa wyjebał kilkanaście numerów i płyta była gotowa. Śmiało mogę powiedzieć, że ta płyta to w większości jego dziecko. Teraz sprawy się wyrównały i twórczo wszyscy mamy równy wpływ przy tworzeniu nowej płyty. 
Piehoo: Całe szczęście to w taki sposób odreagowałem sobie Nihil Quest, a szczęście w nieszczęściu, że po odejściu wokalisty mogłem też napisać sporo swoich tekstów. Teraz faktycznie jest to bardziej wyrównane. W praktyce ten skład jest po prostu bardziej optymalny od poprzedniego i chciałbym, żeby tak właśnie zostało. 
Sfenson: nie bardzo cieszy fakt, że namówiliśmy Majka do komponowania. Aranże klawiszy to była jego broszka, ale teraz został namówiony do komponowania numerów i jak je komponuje, to mi szczena opada. Dzięki niemu czuć w zespole powiew twórczej świeżości. Nie dość, że niedawno dołączył Shorstky, to jeszcze z naszego klawiszowca wyszedł najbardziej otwarty muzycznie gość w całym składzie.
PB: A jak ta współpraca między Wami wygląda na scenie?

Sfenson: Na scenie są jaja i gra nam się zajebiście. Strzela mnie tylko, jak ktoś z nich się napierdzieli i zapomni swojej partii, ale to się prawie nie zdarza. 
Piehoo: Mamy to wyćwiczone, w związku z tym, że gramy z automatem, mamy z góry ustalony szkielet kawałków, stałą partię perkusji, nie możemy pozwolić sobie na żadne pierdololo między fragmentami utworów. Co prawda nie możemy przez to za wiele improwizować za wiele i jamować, pod tym względem jest to ograniczenie, ale i tak każdy koncert trochę się różni. Mamy swoje kawałki ograne i gramy je w takich samych aranżacjach. 
Sfenson: Ja bardzo dobrze wspominam ostatni koncert w Gdańsku. Wyszliśmy i daliśmy z siebie wszystko. Mogłem zrobić wreszcie to, co mi się od dawna marzyło. Gdy Shorstky dołączył przestałem być jedynym gitarzystą w zespole i mogę teraz, jak Max Cavalera czy Rob Flynn, odstawić gitarę, złapać za mikrofon i iść “w ludzi”. Czułem się fenomenalnie i wiem, że będę to robić częściej. 
Piehoo: Nawet przy nagrywaniu nowych kawałków to widać. Shorstky jest bardzo kompetentnym gitarzystą i Sfenson może odpuścić sobie granie na gitarze w pewnych momentach i naprawdę skupić się na wokalu. Siłą rzeczy rola wokalisty rozpierzchła się na wszystkich w zespole. Głównie na Sfensona, trochę na mnie, trochę na Majka, a i Shorstky też będzie wokalował - wokalują wszyscy. 
Sfenson: A do tego wszystkiego pojawiają się jeszcze goście.
PB: Czyli, mimo wszystko, na nowej płycie mimo wszystko będzie jednak wiele nowości.

Sfenson: Tak, w zasadzie tak, zgadza się.
PB: A najbliższe występy? Gdzie możemy się Was spodziewać.

Sfenson: Mamy zaplanowane trzy występy. Najbliższy będzie w bydgoskiej Estradzie 26 września. To będzie bardzo ważny koncert i wyjątkowy, bo odegramy cały materiał z płyty "[R-!-E]LEN+LESS". Na scenie pojawią się razem z nami goście, którzy brali udział w nagrywaniu materiału na tę płytę. Następne koncerty to Toruń, 8 października, z bydgoskim Deathinition, potem Słupsk w Motor Rock Pubie zagramy przez Materią.


PB: Super. Prócz występów na żywo nagraliście niedawno klip do My Deepest Despise. Co możecie powiedzieć o kulisach powstawania tego teledysku?

Majk: Zdecydowana większość kręcona była w ruinach fabryki Kujawiaka. Nagrywanie materiału odbyło się na krótko przed kompletnym już zrównaniem z ziemią pozostałości tego zakładu, więc sam teledysk ma w pewnym sensie charakter historyczny. Myślę, że te wnętrza, a w zasadzie zewnętrza tego obiektu świetnie pasowały do klimatu naszej muzyki. Tam kręciliśmy wszystkie ujęcia grającej kapeli. Do tego nagraliśmy część fabularną, gdzie każdy z nas, chociaż niestety nie w pełnym składzie zespołu, ma swoje skrzywienie. W pewnym sensie dla każdego jest to skrzywienie, które doprowadza go do opłakanego stanu. 
Sfenson: Każdy z nas odegrał scenę zatracania się w swoim uzależnieniu. Piehoo zatraca się w religijnym fanatyzmie, Majk zatraca się w nałogu hazardowym, a ja popadam w uzależnieniu od gier komputerowych. Wszystko wygląda coraz gorzej i teledysk ma przedstawiać ludzki upadek na dno, “my deepest despise”. 
Piehoo: Brakującym ogniwem w teledysku po pierwsze jest Shorstky, który załapał się do kapeli, pomagał przy nagrywaniu ścieżek do płyty, ale ponieważ sam klip robiony był pół roku wcześniej i materiały nagrane zostały w Kwietniu 2014 roku, nie miał szansy pojawić się w nagraniu. Drugim takim brakującym ogniwem jest Darek Tofiło, który wraz ze swoją dziewczyną brał udział w tworzeniu klipu. Zagrał naprawdę świetne sceny jako alkoholik, powstało sporo fajnych ujęć, ale niestety z powodu zmian w składzie i decyzji o usunięciu ścieżek wokalnych w jego wykonaniu, nie mogliśmy też zostawić go także w klipie. 
Sfenson: Mamy tę płytę nagraną także w wersji z wokalem Darka, ale nie planujemy tego wypuścić i zostanie to na zawsze w naszym archiwum. To nasz kawał historii i nasze wspomnienia. Natomiast co do Shorstkiego i jego pojawienia się w zespole, to niestety tak się to rozłożyło w czasie, że montaż całości był już niemal zakończony i scenarzysta postawił sprawę jasno. Dokręcanie i dodawanie nowych scen z jego udziałem na tym etapie sprawi, że klip równie dobrze będzie można zacząć od początku. Ale! Uwaga, uwaga! Będziemy kręcić zupełnie nowy klip, już w pełnym składzie, a zdjęcia zaczynamy już 27 września, dzień po najbliższym koncercie. Oczekujcie!  
PB: No to zostaje tylko czekać na pojawienie się nowego klipu! Dzięki za rozmowę i do zobaczenia na koncertach!

Zespół, wspólnie: Dzięki!

Kilka słów zakończenia



Miałem przyjemność być na jednym ze wspomnianych wyżej koncertów i mogę z czystym sumieniem polecić Wam zrobić to samo, jeśli tylko lubicie industrialowe klimaty. Wszystkim, którzy wolą słuchać muzyki w domu zostaje zakup płyty, albo jej cyfrowego odpowiednika. Do tego w sieci znajdziecie także kilka nagrań Kontagion, do których powstały klipy, lub (o czym dowiedzieliśmy się w wywiadzie) właśnie powstają. Wszystko to razem na pewno pomoże kapeli, więc tym bardziej - klikać, klikać i jeszcze raz klikać! ;)




Płytę "[R-!-E]LEN+LESS" znajdziecie w sklepie Infernum Media:



Bydgoskie kapele trzeba wspierać, więc na co jeszcze czekacie?! Alternatywnie szukajcie zapowiedzi koncertów w okolicy na profilu FB zespołu - to równie ważne!

wtorek, 22 września 2015

Ściany w stylu retro, czyli mariaż sztuki z reklamą!

Bydgoszcz jest miastem, gdzie nie możemy narzekać na bak murali. Jest ich w mieście naprawdę wiele, a niektóre podbijały w momencie powstania media w całym kraju. Wśród nich szczególnie wyróżniają się dwie ściany, które powstały nie tylko z pobudek artystycznych, ale także w celach reklamowych. Nazywane "retro ścianami" malowidła z naszego miasta są, o ile mi wiadomo, jedynymi tego typu nośnikami w naszym kraju. Bardzo szybko okazało się, że stylizowane na strony ogłoszeń z dawnych gazet ściany zaczęto przytaczać jako czołowy przykład tego, jak radzić sobie z problemem reklamy wielkopowierzchniowej i jak sprawić, że nośniki marketingowe zajmujące całą elewację budynków zamiast "szmat" przypominają prawdziwe dzieła sztuki.

Drugi w Bydgoszczy stylizowany mural zrealizowany został na ścianie budynku przy ulicy Grunwaldzkiej 1 - fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie.

Dotychczasowe opinie, na temat stworzonych przez Alicję oraz Dawida Sobiechów miejskich malowideł, są jednogłośnie pozytywne, a w mediach pochwały przeplatają się z wyrazami szczerego uznania. Nowatorskie (regiodom.pl), uznawane za dowód, że reklama w przestrzeni publicznej nie musi szpecić (bryla.pl) i przykład łączenia reklamy ze sztuką (enjoybydgoszcz.pl), bydgoskie murale okazały się hitem i prawdziwą ozdobą miasta. Sam, jako miłośnik Bydgoszczy z tym większą przyjemnością zapatruję się na takie formy pomysłowego marketingu i również liczę, że pierwsze dwie ściany to tylko zapowiedź większej rewolucji.

Kilka tygodni temu miałem okazję spotkać pana Dawida Sobiecha na jednym ze spotkań, które co tydzień organizuję w ramach cyklu "Rozmów o Bydgoszczy". Od samego początku można było poznać, że to człowiek z prawdziwą pasją i tym przyjemniej w takim towarzystwie było odbyć nasze spotkanie i stoczyć dyskusję na temat naszego miasta. Teraz miałem okazję zamienić kilka słów bardziej bezpośrednio, na temat retro ścian i zapytać o kulisy ich powstawania. Zapraszam Was serdecznie do przeczytania tej rozmowy!

Rozmowa



Cześć Dawid! Wasze reklamy w stylu retro, chociaż są w Bydgoszczy obecne dopiero od kilku lat, już stają się bardzo ważnym elementem krajobrazu miasta. Skąd wziął się ten pomysł? Co skłoniło Cię do pójścia właśnie w tym kierunku?
Jestem właścicielem sklepu z antykami przy ulicy Nakielskiej 39. Chciałem zareklamować swój biznes w sposób tradycyjny, na bannerze reklamowym. Idealnym miejscem wydała mi się ściana reklamowa przy ul. Garbary, świetna lokalizacja, przede wszystkim duża przepustowość oraz obecność sygnalizatorów przy skrzyżowaniu, widoczność idealna. Na przeszkodzie stanął plastyk miejski p. Marek Iwiński, który uświadomił mnie, że w tym miejscu można wykonać jedynie reklamę malowaną. Odłożyłem koncepcję na jakiś czas, w międzyczasie narodził się pomysł stworzenia muralu w stylu retro, miała to być jednak reklama tylko mojego sklepu w retro wydaniu. Później narodził się pomysł na biznes – przy okazji wymyślenia stworzenia reklamy jak z ogłoszeń przedwojennych gazet. Na ostatnich stronach reklam było ich zawsze kilka. Zaprosiliśmy więc do udziału w projekcie kilka firm. Należało jeszcze to ścienne wydanie nazwać – wymyśliliśmy „Wiadomości Bydgoskie”. Przede wszystkim głowiliśmy się nad tym z żoną, pomagali też przyjaciele.
Jakie są Twoje inspiracje przy tworzeniu retro ścian? Na stronie retrosciana.pl wymieniasz kilka przedwojennych tytułów, ale czy masz jakiś niedościgniony wzór z dawnych lat, do którego zmierzasz?
Przy tworzeniu pierwszej był to rzeczywiście „Dziennik bydgoski”, przy drugiej był to styl reklam lat pięćdziesiątych jednak nie jakiś konkretnych. Najpierw formę reklamy obmyślamy sami, według naszego pomysłu oraz oczywiście przy akceptacji klienta, grafik przekuwa pomysły na konkretne propozycje.
A jak trudno było przekonać najemców do takiej formy reklamy?
Przy okazji wykonania pierwszej reklamy, przy ul. Garbary, wyszliśmy z propozycją do konkretnych klientów, których mieliśmy „na oku”. Wiedzieliśmy, że ich firmy będą doskonale wyglądać na reklamie w wydaniu retro. Nieskromnie przyznam, że od początku podobał im się ten pomysł. Trafiliśmy z tymi firmami w dziesiątkę. Przy okazji drugiej realizacji klienci zgłaszali się do nas w większości sami lub tak jak przy poprzedniej proponowaliśmy tę formę reklamy upatrzonym firmom. Często jedyną opcją negocjacji była cena, wykonanie muralu nie jest tak tanie, jak zawieszenie banneru, nasza reklama jest pewną formą prestiżu a wykonanie sztuką. Powierzamy je zaufanym osobom, które są najlepsze w swoim fachu, u nas nie ma miejsca na pomyłki a każdy krok jest przemyślany.
Zachowanie klimatu starej gazety z całą pewnością wiąże się wyrzeczeniami. Trzeba porzucić "firmowe barwy", czasem zmienić czcionkę. Co jest największym problemem przy tworzeniu nowego projektu?
Mamy ogromne pole do popisu i nie ma żadnego problemu wyrzeczeń. Nasi klienci są bardzo otwarci na wszelkie nasze propozycje, łącznie ze stylistycznymi zmianami w logo. Nie mówiąc o kolorach, które z założenia są monochromatyczne.
Stary Rynek 15-21 - to na tyłach tej kamienicy powstanie nowy mural!
Czy w najbliższym czasie w Bydgoszczy albo innych miejscach w kraju możemy spodziewać się pojawienia kolejnych reklam w Waszym wydaniu?
Tak, w najbliższym czasie zamierzamy zrealizować projekt reklamy retro na tylnej ścianie kamienicy przy ulicy Stary Rynek 15-21. Jest świetnie znana mieszkańcom naszego miasta, bowiem w jej poddaszowym oknie ukazywał się sam Mistrz Twardowski. Będzie widoczna od ulicy Krętej, sąsiaduje z popularnymi bydgoskimi kwiaciarkami, jest znakomicie widoczna od klubu Eljazz oraz z ulicy Podwale. Nie możemy się doczekać tego wyzwania, bowiem jest to miejsce szczególne, serce naszego miasta. Wszak idealna lokalizacja to nasza domena.

To świetna wiadomość! Sam od dawna liczę na zmianę wyglądu tej powierzchni i teraz mam pewność, że ta ściana trafi w dobre ręce. Jestem pewien, że to nie ostatnia Wasza realizacja - podejrzewam, że macie już całą listę ścian w Bydgoszczy, które mogą zmienić się nie do poznania?
Oczywiście, nie jest to nasza ostatnia realizacja. Jak zwykle jednak pozwolimy sobie na powściągliwość, odnośnie kolejnych realizacji. Zapraszamy na nasz fanpage, na którym na bieżąco informujemy o postępach naszej pracy.
Trzymam zatem kciuki, żeby szybko udało się znaleźć najemców i przygotować oryginalne koncepcje dla kolejnych murali. Zgaduję, że w przyszłości będziemy mogli zobaczyć także inne formy w stylistyce retro, niż gazetowe strony ogłoszeń?
Klimat retro to nasza wizytówka. Co będzie na kolejnych ścianach, jaki dokładnie retro styl – czas pokaże.
Dziękuję za rozmowę i czekam z niecierpliwością na ujawnienie projektu dla ulicy Podwale.
Dziękujemy!

Podsumowanie



Pierwsza ściana z "klasycznymi" ogłoszeniami
- fot. Krystian Dobosz, BWB
Sam jestem zadeklarowanym wrogiem wszelkich "szmat reklamowych", które szpecą niemal wszystkie miasta w naszym kraju. Pojawienie się pierwszej ściany zamalowanej reklamowym muralem, stylizowanym na stare gazety, było więc dla mnie ogromnym wydarzeniem i dało mi ogromną nadzieję na zmianę estetyki naszych miast, na czele z Bydgoszczą. Jak na razie retrosciana.pl pokazuje, że faktycznie jest to możliwe. Stopniowo brzydkie i ślepe ściany kamienic zmieniają się w prawdziwą ozdobę miasta, dodając mu klimatu. Pojawienie się trzeciej, w dodatku w tak ważnym punkcie naszego miasta, będzie tylko i wyłącznie potwierdzeniem, że jest to dobry kierunek zmian.

Wprowadzona niedawno w życie "Ustawa Krajobrazowa", która daje naszym miastom narzędzia do walki z reklamową szpetotą i samowolką, może przyczynić się do wzmocnienia presji na tworzenie w Bydgoszczy wysokiej jakości materiałów promocyjnych, które nie będą szkodliwe dla miejskiego krajobrazu. Z tygodnia na tydzień przybywa w grodzie nad Brdą odnowionych elewacji kamienic i nawierzchni ulic z piękną aranżacją i małą architekturą. Uzupełnianie tego dobrą reklamą i maskowanie nią "ślepych ścian", czekających na zabudowę wyszczerbionych pierzei, powinno być wspierane przez miasto i stawiane za przykład dla reszty kraju. Trzymajmy jedynie kciuki, żeby twórcom starczyło weny i unikalnych wzorów na wiele jeszcze takich murali.




Ciekawskim i przede wszystkim zwolennikom takich rozwiązań polecam także odwiedzić:

Na sam koniec chciałbym złożyć od siebie serdeczne podziękowania wszystkim przedsiębiorcom, którzy zdecydowali się właśnie na taką reklamę. Wszyscy, którzy mieli wybór zupełnie innej formy reklamowej, a nawet mogli przyczynić się do zaśmiecania przestrzeni publicznej, a jednak wybrali coś zupełnie odwrotnego - brawa! To z całą pewnością dobry wybór i choćby z tego tylko powodu jestem skłonny wybrać Was ponad konkurencję. :) 

- Przemek

wtorek, 8 września 2015

Urzędnicy, miejmy wszystko głęboko... prócz nauki!

Przepychanki na szczeblu krajowym i wojewódzkim są przesączone sympatiami partyjnymi, niekończącym się przerzucaniem "prawilnością" i "lewactwem", a na to wszystko nakłada się jeszcze dyskusja o gender, orientacjach seksualnych i tolerancji dla uchodźców. To oczywiście są często ważne tematy, ale dla samej Bydgoszczy, na naszą miejską skalę, jest to wszystko kompletnie bez znaczenia. Jak pokazał przykład Poznania, najlepiej wychodzi się na podejściu neutralnym i skupieniu się w mieście na sprawach miejskich, zostawiając wszystkie "wyższe idee" wyższym szczeblom władzy i polityki. Powinno się to przekładać na każdą płaszczyznę, a w Bydgoszczy świetną okazję do pokazania, jak bardzo "mamy gdzieś" zewnętrzne przepychanki, daje nam teren po Zachemie. Już wyjaśniam!

Nie tak dawno temu byliśmy świadkami przepychanki o nazwę mostu nad Brdą, który stanął w ciągu Trasy Uniwersyteckiej. Jedna strona proponowała nazwać most imieniem zmarłej pod Smoleńskiem pary prezydenckiej, inni próbowali przeforsować swoją propozycję mostu im. Unii Europejskiej, a gdzieś tam w kuluarach przewijały się wszystkie inne propozycje, które przeszły bez większego echa. Ostatecznie nie wygrała żadna z powyższych propozycji, a most stał się po prostu "Mostem Uniwersyteckim", co jest względnie neutralnym rozwiązaniem, ale niestety osiągniętym w atmosferze sporu i ideologicznego fermentu. Nie ukrywam, że jeśli sytuacja miałaby się powtórzyć, to kompletnie by mnie to polityczne pitu-pitu zemdliło, więc najwyższy czas nauczyć się na własnych błędach i zmienić podejście, które wyraźnie się nie sprawdza.


Jedna z wielu wciąż jeszcze bezimiennych ulic na terenie dawnych zakładów chemicznych. - fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie
Niedawno, bo zaledwie dwa miesiące temu, miasto przejęło cały układ drogowy pozostały po zakładach chemicznych Zachem. Na chwilę obecną ulice tam funkcjonują pod nazwami nieoficjalnymi, stosowanymi wewnętrznie przez zakład, a przy tym często też dublującymi się z nazwami miejskimi, które ulicom nadane zostały oficjalnie. Bez wątpienia konieczne będzie znalezienie dla nich odpowiednich nazw w najbliższej przyszłości, więc postanowiłem wystosować odpowiednie pismo z własną propozycją. Poniżej załączam treść wysłanego dzisiaj do Rady Miasta Bydgoszczy (w szczególności Zespołu ds. Nazewnictwa Miejskiego) pisma:
Sz.P. Zbigniew Sobociński
Przewodniczący Rady Miasta Bydgoszczy
oraz Zespół ds. Nazewnictwa Miejskiego

W sprawie nazw ulic na terenach pozachemowskich

Szanowny Panie przewodniczący, szanowni członkowie zespołu do spraw nazewnictwa, 
na początku lipca bieżącego roku miasto Bydgoszcz przejęło sieć drogową na terenach po dawnych zakładach chemicznych Zachem. Ponieważ większość tych ulic funkcjonuje teraz pod nazwami używanymi dotychczas wewnętrznie przez zakłady, chciałbym zaproponować władzom miasta stworzenie pełnego układu dróg o nazwach odnoszących się do chemicznej przeszłości tego terenu. Dzięki przyjęciu spójnej systematyki nazewnictwa dla całego obszaru możemy mieć pewność, że ulice przekazane miastu w ostatnim czasie, znajdą godnych patronów i zagwarantują poszanowanie dziedzictwa pozostawionego nam przez bogatą i burzliwą historię.

Nazwy głównych ulic, które przecinają przejęte tereny, nadawać powinniśmy od nazwisk słynnych chemików, którzy nie mają jeszcze swojej ulicy w Bydgoszczy (niestety przez to nie można nadać nazwy Alfreda Nobla, ani Marii Curie-Skłodowskiej). Jest to także świetna okazja, by zawrzeć w tym gronie spore grono słynnych chemików wywodzących się z naszego województwa oraz chemików szczególnie zasłużonych w historii całej tej dziedziny nauki. Zgodnie z tym wzorcem na szczególną uwagę zasługują takie nazwiska ze świata badawczego, jak (propozycje w formie nazwy ulicy):

· ul. Kazimierza Funka
Twórca terminu "witamina" i odkrywca pierwszej witaminy z grupy B. W okresie międzywojennym prowadził w Warszawie prace nad wyizolowaniem insuliny.
· ul. Walthera Nernsta
Urodzony w Wąbrzeźnie laureat Nagrody Nobla, twórca trzeciej zasady termodynamiki oraz prawa podziału.
· ul. Michaela Faradaya
Chemik i badacz elektryczności. Prócz słynnej "klatki Faradaya" opracował także technikę elektrolizy, która do dziś stanowi jedno z podstawowych narzędzi chemików.
· ul. Tadeusza Reichsteina
Chemik, który jako pierwszy syntetyzował witaminę C, badacz działania hormonów. Urodzony we Włocławku, laureat Nagrody Nobla.
· ul. Dymitrija Iwanowicza Mendelejewa
Odkrywca prawa okresowości pierwiastków, twórca układu okresowego pierwiastków oraz jednej z odmian prochu bezdymnego, pirokolodionu.
· ul. Bernarda Pullmana
Chemik urodzony we Włocławku, współtwórca biochemii kwantowej.
· ul. Rosalind Elsie Franklin
Współodkrywczyni struktury DNA, badaczka RNA i struktur wirusów. Udoskonaliła technikę rentgenografii strukturalnej.
· ul. Jakuba Natansona
Urodzony w Warszawie chemik, który stworzył jeden z pierwszych barwników syntetycznych, fuksynę.
· ul. Thomasa Grahama
Badacz zjawiska dyfuzji, opracował metodę dializy, szczególnie użyteczną w medycynie.

Gdyby ta pula nazwisk nie okazała się wystarczająca, wtedy mniejsze uliczki, łączniki i drogi dojazdowe nazwać można od zjawisk i pojęć pochodzących bezpośrednio z dziedzin chemicznych. Słownik pojęć chemicznych jest na tyle bogaty, by pokryć dziesiątki ulic nazwami unikalnymi, a jednocześnie niebrzmiącymi zbyt skomplikowanie i łatwymi do zapamiętania. Przykładowe nazwy, które można nadać ulicom to: ul. Izotopowa, ul. Pierwiastkowa, ul. Jonowa, ul. Roztworowa, ul. Cząsteczkowa, ul. Krystaliczna, ul. Polimerowa itd.

Dodatkowym zyskiem wynikającym z przyjęcia przez miasto Bydgoszcz takiego systemu nadawania nazw, byłoby odcięcie się od wszelkich politycznych konotacji i oskarżeń o promowanie jakiejkolwiek ideologii. Nauka nie posiada narodowości, płci i rasy, więc przyjęcie jej jako podstawy nazewnictwa będzie wspaniałym przykładem rozdzielenia spraw miejskich od ogólnopolskich sporów na tle religijnym, światopoglądowym, politycznym i ideologicznym. Jednocześnie też ukłon w stronę wybitnych reprezentantów nauki będzie dobrą okazją, by zainspirować młodych mieszkańców miasta do kształcenia się na kierunkach ścisłych i pokazać, iż bycie naukowcem jest postawą w szczególności godną pochwały i uznania, także ze strony oficjalnych władz. Niech zostanie tym samym postawione jasne przesłanie, że wybitne osiągnięcia naukowe stanowią powód do dumy równie wielki, jak heroiczne czyny i poświęcenie na polach walk, czy osiągnięcia sportowe. Uważam, że w mieście o dwóch uniwersytetach i całym szeregu uczelni prywatnych oraz szkół technicznych, powinno się to spotkać ze szczególnym uznaniem, a wręcz powinno być naszym obowiązkiem oddawanie nauce odpowiedniego miejsca w życiu publicznym i funkcjonowaniu miasta.
Z poważaniem,
Przemysław Majkowski

Charakterystyczna brama wjazdowa.
- fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie
Podsumowując - czas przestać się oglądać na resztę kraju, na działania "innych graczy na scenie politycznej" i na zasłużonych działaczy takiej czy innej partii. Władze miejskie powinny być miejskie pod każdym względem i jeśli nie skorzystamy z okazji, by pokazać właśnie tą miejską neutralność, to stracimy o wiele więcej, niż jedynie kilka okazji do uhonorowania chemików. Stracimy przede wszystkim wiarygodność władzy, jako grupy osób chcących przede wszystkim dobra mieszkańców i nie zaangażowanej w wyścig szczurów na drabinach partyjnych. Mocno trzymam kciuki, by moja propozycja została przynajmniej wzięta pod uwagę i przedyskutowana w gronie radnych wchodzących w skład komisji odpowiedzialnej za nazewnictwo w mieście.

Bardzo też jestem ciekaw jak Wy, którzy czytacie właśnie mój wpis, wykorzystalibyście okazję, by nadać całemu szeregowi ulic zupełnie nowe nazwy. W jakim kierunku poszłyby Wasze propozycje i co Wy uznalibyście za odpowiednio zasłużone, by otrzymać własną część miasta?

poniedziałek, 7 września 2015

Sprawdź, czy jesteś idiotą!

Skrzyżowanie ulic Focha i Gdańskiej.
Samo serce omawianego obszaru.
-fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie
Tak, wiem jak prowokacyjny jest to tytuł, ale zapewniam wszystkich, że nie bez powodu. Jest to nawiązanie do jednego z niedawnych tekstów napisanych przez bohatera jednego z moich poprzednich wpisów. Wcześniej, w tekście pod tytułem Pospolite "nie znam się, więc się wypowiem" ruszenie, pisałem o skrajnie szkodliwych wypowiedziach osób pozbawionych elementarnej wiedzy. W przypadku Krajowej Izby Gospodarczej był to żenujący brak wiedzy o Bydgoszczy, której zarzucano cały szereg nieprawdziwych rzeczy. W przypadku dziennikarza Expressu Bydgoskiego, Jarosława Reszki, był to elementarny brak wiedzy o logistyce, przy okazji tekstu dotyczącego węzła intermodalnego zlokalizowanego między Bydgoszczą i Solcem Kujawskim.

Zaledwie dwa dni temu pojawił się kolejny tekst sygnowany przez pana Jarosława, tym razem dotyczący trochę mniej specjalistycznego tematu, jakim jest organizacja ruchu w mieście oraz przepustowość ulic. Tytuł artykułu, który także znajdziecie na stronach Expressu, to wymowne Same zebry nie uczynią ulic bardziej bezpiecznymi dla pieszych. Ba, sam tytuł daje mylne wrażenie, że dziennikarz popiera ideę "miasta dla ludzi", a nie, pochodzące jeszcze z ubiegłego stulecia, wyznawanie "świętej przepustowości". Niestety nic bardziej mylnego, czego kwintesencją jest ten oto fragment:
"Ludzi kłusem pokonujących w tych miejsca nie tylko dwie jezdnie, ale i tory tramwajowe, zaliczyłbym do kategorii idiotów - i to szkodliwych, nie tylko dla siebie. Idiotyzm leczy się trudno i może to być postać choroby odporna także na leki w postaci mandatów. W tej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak ciąg metalowych płotków pomiędzy torami tramwajowymi. Kto wie, może wśród idiotów udałoby się wychwycić utalentowanego płotkarza?"
Jedno przyznam tutaj w zgodzie z autorem. Ludzi przekraczających ulicę nielegalnie, w miejscach gdzie nie pozwalają na to żadne przepisowe środki należy bezwzględnie karać i zaczynając od pouczeń edukować w sprawie bezpiecznego poruszania się po mieście, przepisów obowiązujących w kwestiach przekraczania jezdni i tak dalej. No i tutaj pojawia się pewien zgrzyt. Okazuje się, że pan Reszka nie ma bladego pojęcia właśnie o tych przepisach, których sam najchętniej użyłby do bombardowania przechodniów mandatami. Jak one brzmią? Pozwolę sobie przytoczyć (link do ustawy):
Art. 13 PRD,
pkt. 2.

Przechodzenie przez jezdnię poza przejściem dla pieszych jest dozwolone, gdy odległość od przejścia przekracza 100 m. Jeżeli jednak skrzyżowanie znajduje się w odległości mniejszej niż 100 m od wyznaczonego przejścia, przechodzenie jest dozwolone również na tym skrzyżowaniu.
pkt. 5.
Na obszarze zabudowanym, na drodze dwujezdniowej lub po której kursują tramwaje po torowisku wyodrębnionym z jezdni, pieszy przechodząc przez jezdnię lub torowisko jest obowiązany korzystać tylko z przejścia dla pieszych.
Z powyższych przepisów wynika jasno, że przy dystansie dzielącym przejścia dla pieszych na omawianym fragmencie istnieje przynajmniej po sto metrów jezdni, na których przejście jest w pełni dozwolone. Bardzo ważny jest tutaj przytoczony powyżej punkt piąty, gdyż torowisko nie jest na tym konkretnym odcinku wydzielone. To właśnie to połączenie torowiska z jezdnią sprawia, że ani straż miejska, ani policja nie mogą nikomu wlepić mandatu za przecięcie jezdni na tym odcinku. Strefy, gdzie można pokonać jezdnię bez problemu zaznaczyłem na poniższej grafice:

PAMIĘTAJCIE - przejście legalne wcale nie oznacza przejścia bezpiecznego!

Między przejściem przy Operze Nova, a przejściem w ciągu ulicy Mostowej jest to 360 metrów, co daje 160 metrów, na których przejść wolno. Na odcinku między przejściem podziemnym pod rondem Jagiellonów (liczone od krawędzi schodów do podziemia), a przejściem w ciągu ulicy Mostowej jest to metrów 325, co daje około 125 metrów ulicy, na której przejść można sobie wedle uznania. Jedynym sposobem, by uniemożliwić całkiem dzikie i niekontrolowane przechodzenie, jednocześnie robiąc to w zgodzie z obowiązującym prawem, byłoby zmniejszenie odległości do najbliższego przejścia do mniejszej, niż 100 metrów. To oznacza przejścia na wysokości ulic Franciszka Druckiego-Lubeckiego (idealnie na wprost wejścia do Urzędu Wojewódzkiego) oraz Doktora Emila Warmińskiego.

Takie rozwiązanie sprawiłoby, że piesi nie mieliby już praktycznie żadnej furtki, by legalnie przejść przez ulicę poza przejściem, a w dodatku miasto zyskałoby kilka poważnych atutów. Po pierwsze powstałoby niemal bezpośrednie spięcie galerii handlowej z bulwarami nad Brdą, co mogłoby się przyczynić do poprawy funkcjonowania obu tych miejsc. Po drugie powstałoby naturalne przedłużenie ciągu pieszego z Wyspy Młyńskiej, przez kładkę im. Jana Kiepury, aż do samej ulicy Dworcowej. Zwiększyłoby to znacznie atrakcyjność terenów na zaniedbanych obecnie kwartałach miasta między ulicami Dworcową i Marszałka Focha. Obawiam się jednak, że takie rozwiązanie oburzyłoby pana dziennikarza, który już na inne propozycje budowy przejść reaguje alergicznie, co podkreślił we fragmencie przytoczonym poniżej:
"Jakoś też nie przekonuje mnie apel, by zbudować więcej przejść na Jagiellońskiej, na odcinku od dworca autobusowego do ronda Fordońskiego. W mieście muszą istnieć ulice, które pozwalają szybko przemieszczać się wielu samochodom. Należy do nich Jagiellońska."
Sam nie wiem teraz co mamy my, biedni piesi zrobić. Korzystając ze swoich praw, wynikających z zapisów odpowiedniej ustawy stajemy się, co bardzo dobitnie opisał Jarosław Reszka, ludźmi chorobliwie zidiociałymi. Domagając się przejść dla pieszych jesteśmy niewiarygodni, a do tego  uniemożliwiamy tym biednym i uciemiężonym kierowcom, siedzącym na wygodnych fotelach w klimatyzacji i przy grającym radyjku sprawne korzystanie z dróg. Sam nie wiem, czy ta skrajna hipokryzja wynika z wieloletniego oderwania od roli pieszego w mieście, pospolitej buty, czy może działa tu zwykła zawiść? Może wypadałoby czasem wysiąść z auta i czasem po mieście się przejść, zamiast stać w tak przez autora znienawidzonych korkach?

Wracając do tezy postawionej w tytule - czytelniku, odpowiedz sobie szczerze, kto tu jest idiotą?

czwartek, 3 września 2015

Bydgoski wrzesień 1939 roku, pierwsze dni okupacji.

Dokładnie rok temu pisałem o wydarzeniach zapisanych ręką Barbary Kwiecińskiej (z domu Szyperska), które to miały miejsce między pierwszym i czwartym września 1939 roku. Dzisiaj, dokładnie rok od ukazania się tamtego tekstu, chciałbym uzupełnić tę historię o kilka kolejnych fragmentów i kilka kolejnych dni wraz z moim autorskim komentarzem. Mam nadzieję, że zachęcę Was do wydania niewielkiej kwoty z budżetu na unikatową publikację, która do nabycia jest w Pracowni Dziedzictwa Kulturowego Kujawsko-Pomorskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy pod tytułem "Materiały do dziejów kultury i sztuki Bydgoszczy i regionu, zeszyt 18" (więcej szczegółów znajdziecie na końcu wpisu). Przy okazji też chciałbym ponownie przypomnieć Wam jak ważne jest, żebyśmy pamiętali o historii Bydgoszczy i całego kraju. Tylko w ten sposób będziemy w stanie wspólnymi siłami zbudować i podtrzymać naszą tożsamość bydgoszczan, Kujawiaków i co najważniejsze Polaków.



Poprzedni wpis zakończyłem fragmentem z dnia czwartego września, wspomnieniem prawdopodobnie ostatniej akcji Wojska Polskiego w Bydgoszczy. Słowa, które stanowią ostatni fragment, czyli "Polscy żołnierze pojechali i w krótkim czasie zrobili porządek a Szwabów narżnęli jak świń" robią tym większe wrażenie, kiedy zdamy sobie sprawię, iż zapisała je nastoletnia dziewczyna. Trudno mi powiedzieć, czy żołnierze zdawali sobie sprawę z tego jak może się taka akcja odbić na ludności cywilnej, która zostanie w mieście, kiedy oni już wycofają się w kierunku stolicy. Prawdopodobnie tak, ale równie możliwe jest, że nikt nie dopuszczał do siebie tej myśli. 



Pierwsze dni pod rządami Niemców



Piąty września. W Bydgoszczy był to dzień, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że nasze wojska już nie wrócą w kolejnym kontrataku i szansa na wyparcie żołnierzy rzeszy już nie istnieje. W mieście dopiero zaczynano zdawać sobie sprawę z ogromu strat i ponurej rzeczywistości, która miała nadejść. W zdobytym mieście zwycięskie wojska Hitlera rozpoczęły pełen przegląd miasta. Wystawiono patrole, a każdy budynek sprawdzany był kolejno by upewnić się, że po samosądach na ludności niemieckiej nie zostanie w mieście już żadna broń, która mogłaby zostać skierowana na Niemca. W pamiętniku przeczytać możemy (pisownia oryginalna):

"Wtorek 5 września 
Rano było spokojnie do 11-tej. Poniosłam wielką ofiarę. Tatuś zabił wszystkie gołębie oprócz 4. Naraz Mania krzyknęła że żołnierze niemieccy stoją na rogu. Wszyscy poszliśmy do piwnicy. Już rzeczywiście patrol niemiecki stał na rogu. Siedzieliśmy cicho aż naraz ktoś zaczął się dobijać do drzwi i krzyknął otworzyć. Tata poszedł ale nikogo nie było. Ktoś chodził po ogrodzie i w końcu poszedł. Siedzieliśmy 3 godziny aż raz ktoś zadzwonił i przyszła jedna pani powiedzieć że u niej byli Niemcy i nic nie zrobili tylko zabierają mężczyzn a kobietom nic nie robią. I wyszliśmy do mieszkania. Piekliśmy bułki bo u piekarza nic nie było. Wojsko zajęło koszary. W mieście pełno Niemców. Na razie spokój. Niemcy spacerują na rogu. Przez popołudnie był spokój w nocy też było cicho."
Taki widok zastał Niemiec, który zajrzał do ogrodu domu, w którym mieszkała Pani Barbara, autorka tego wyjątkowego dziennika. Na drzewach co prawda były jeszcze liście, ale sam widok niewiele się różnił od tego właśnie zdjęcia.
- fot. z archiwum domowego pani Katarzyny Milczarek-Kozak
Wspomniane gołębie i pieczenie bułek były wyraźnym sygnałem, że większość żywności w mieście została zarekwirowana na zaopatrzenie wojsk dokładnie tak samo, jak zajęto budynki potrzebne do zakwaterowania żołnierzy. Później okaże się, że to tylko wierzchołek całej "góry lodowej", gdyż w mieście o wiele więcej majątków zostanie albo zajętych, albo kompletnie porzuconych przez osoby, które uciekły, lub zostały rozstrzelane w pierwszych dniach konfliktu. Całość zaczynała składać się na pogłębiający się chaos. Nie był to jednak ten sam rodzaj "chaosu", jaki niosą ze sobą walki, a cicha dezorganizacja i trwający gdzieś w tle upadek dotychczas znanego stanu rzeczy. Wśród porzuconego "mienia" były także zwierzęta gospodarskie, o czym przeczytać możemy we wspomnieniu z kolejnego dnia:
"Środa 6 września

Rano cicho. Poszliśmy po mleko na pole. Krowy chodziły bezpańskie i ludzie je dojili. Niemcy spacerują po ulicach. Nic nie robią tylko się uśmiechają. Sanitarki, motocykle i samoloty niemieckie jeżdżą bez obawy. (...) Niemcy spokojnie chodzą a w 2 punktach wiszą flagi niemieckie. Rewizja była w niektórych domach. Nic nie robili tylko szukali czy nie ma broni i brali ludzi od 16- do 60 lat do wojska (niektórych odsyłali spowrotem). W mieście są rozwieszone plakaty z rozporządzeniami niemieckimi. Pełno w nich błędów (wódc, zpacerować, zamochód ).

(...)"
Flagi. Ostateczny symbol zdobywcy i jasny znak dominacji niemieckiej, które dodatkowo jeszcze nabierały głębszego wyrazu z każdym widzianym na ulicy uśmiechniętym żołnierzem wermachtu. Niemcy już byli "u siebie", a cała ludność miasta została uznana za ludność podległą Trzeciej Rzeszy, przez co stała się też podmiotem obowiązkowej służby wojskowej. To właśnie takie przymusowe wcielenia, jak opisane powyżej łapanki, stały się źródłem bardzo głośnej sprawy "dziadka z wermachtu". Chociaż bardzo silnie próbowano zrobić z tego sprawę polityczną, to warto tutaj zaznaczyć, że dziadek Donalda Tuska przeszedł w trójmieście to samo, co działo się z mężczyznami w Bydgoszczy. Niektórzy po prostu nie wracali do domów i trafiali do służby w armii zaborcy.
"(...)Polskiego wojska reszta uciekła za Brdę. W mieście podobno są wszystkie mosty powysadzane. Wody niema. We Fordonie też mostku niema.(...)"
Mosty, ale także linie kolejowe, infrastruktura drogowa i inne zniszczenia docierały do ludzi stopniowo. O zniszczeniu mostu w Fordonie pisałem już jakiś czas temu, a potem o kolejnym i kolejnym (oj nie miał fordoński most szczęścia). Jednocześnie też docierały informacje o ogromie innych strat, tych liczonych w ludzkich życiach, które również były ogromne. W czasie samej tylko "krwawej niedzieli" życie straciły setki osób, w czasie walk i wycofania z miasta straty liczone były już w tysiącach. Mimo to warto zwrócić uwagę, że Niemcy trzymali się zasad właściwego traktowania jeńców (czego nie można powiedzieć o mniejszościach rasowych i etnicznych). Także i Polakom zapewniono niezbędne minimum opieki medycznej.
"(...) Byłyśmy potem u p. Budzbanowskiej po owoc dla polskich żołnierzy do szpitala. Dostałyśmy kosz z jabłkami, pomidorami i gruszkami, z mamusią i Ulą poszłyśmy z tym do szpitala. (...) Koło szpitala stała niemiecka warta. Do szpitala jeździło pełno niemieckich sanitarek. Warta puściłą nas. Ale w środku zatrzymał nas oficer niemiecki. Pełno Niemców się kręciło. Rannych cała masa. (...)"
Jak łatwo się domyśleć, nie obyło się bez nieprzyjemności i przytyków ze strony żołnierzy pilnujących szpitala, zaś sama wizyta okazała się na tyle nieprzyjemna, że stopa Pani (FSDFADF) ani jej matki nigdy więcej w placówce nie stanęła. Możemy się tylko domyślać, co przeważyło szalę - widok wszystkich poranionych i okaleczonych ludzi, czy może zachowanie niemieckich żołnierzy.


Powolna stabilizacja



Zniszczony most staromiejski. Jedna z pierwszych przepraw tymczasowo odtworzonych przez niemieckich saperów. Na zdjęciu widoczna jest także jedna z charakterystycznych latarni, które niedawno odtworzono na obecnej przeprawie.


Siódmy i ósmy dzień września opisane są zdawkowo. W mieście przybyło swastyk na rozwieszanych wszędzie chorągwiach niemieckich, wprowadzono godzinę policyjną i rozpoczęto racjonowanie żywności, a nawet soli. Saperzy Wermachtu zaczęli prowizoryczną naprawę mostu staromiejskiego. Co szczególnie rzuca się w oczy, to zakończenie każdego wpisu. Niby proste stwierdzenie faktu, ale zapisane trzy słowa "Noc była spokojna" wyraża więcej, niż tysiąc stron maszynopisu historyków. Dopiero dziewiątego września znów pojawiła się kolejna fala strachu, ale też i iskierka nadziei.
"Sobota 9 września 
Już tydzień jak trwa wojna. A 5 dzień jak Niemcy zajęli Bydgoszcz. Byłyśmy rano w kościele pierwszy raz od 2 tygodni (bo w niedzielę nie byłyśmy z powodu stałych ataków lotniczych). Potem wybrałyśmy się na rynek. Ale po drodze nas zatrzymano i nikt nie radził iść do miasta bo strzelają znów. Męższczyzny jak poszli wczoraj do rejestracji to jeszcze do dziś ni wrócili. Niewiadomo gdzie się podziali. Tatuś też poszedł o 9-tej do rejestracji. Czekamy w napięciu kiedy wróci. Tatuś wrócił o 12-tej. Nie był w rejestracji bo w tym tygodniu tylko są ci ludzie do 45 lat a od 45 do 60 lat dopiero na przyszły tydzień. Radjo nadawało w dzienniku południowym że Warszawa jest nasza a wojska niemieckie są pod Warszawą i zajęli stację radjową raszyńską i nadawali stamtąd kłamliwe informacje że wojska niemieckie wkroczyły do stolicy. Wojska angielskie już biorą udział w czynnej walce, samoloty angielskie też."
Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuje rodzina, która żegna ojca nie wiedząc, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczą. Podobną historię, o tym jak to moją prababkę gestapo osadziło w więzieniu aż do samego 1945 roku, opowiedział także mój tata na prowadzonym przez siebie blogu, którą to relację bardzo gorąco Wam polecam. W obu tych przypadkach mogę jedynie zgadywać, co działo się wtedy w głowach rodzin i tylko jednego jestem absolutnie pewien - nigdy nie chciałbym być na ich miejscu. Czy wieść, że sojusznicy zaczęli walczyć z Niemcami podniosłaby mnie na duchu? Chyba nie, kiedy byłbym w sytuacji, gdy właśnie wezwano kogoś mi bliskiego na rekrutację, z której mało kto wracał. Mimo to, wielu osobom dawała ta wiadomość nadzieję, której można się było złapać. Gdzieś tam, po drugiej stronie terytorium wroga, ktoś jeszcze walczył. Polacy nie byli już sami w tej wojnie. 


Kilka słów zakończenia.


Tutaj zakończę swój wpis, a przynajmniej jego historyczną opowieść. Wszystkich z Was, którzy ciekawi są, jakie to fragmenty pominąłem, albo którzy chcieliby czytać dalej (a dziennik ciągnie się aż do dnia 15 listopada 1939 roku) zapraszam do zakupu własnego egzemplarza "Materiałów do dziejów kultury i sztuki Bydgoszczy i regionu" bezpośrednio w Kujawsko-Pomorskim Centrum Kultury przy Placu Kościeleckich 6. Nie potrafię niestety powiedzieć, czy uda Wam się zdobyć osiemnasty zeszyt, gdyż nakład to jedynie 400 egzemplarzy, ale zapewniam Was, że warto się o nie ścigać. Cena to zaledwie 15 złotych.


Jednocześnie pragnę też ponownie podziękować Katarzynie Milczarek-Kozak, która zdecydowała się udostępnić mi fragmenty pamiętnika swojej babci już rok temu, kiedy wciąż niepewna była kwestia publikacji. Cieszę się, że mogłem podzielić się nimi z wszystkimi czytelnikami tego bloga i przedstawić tę niesamowitą historię, która wtedy jeszcze była bliska zapomnienia. Na szczęście dzięki staraniom Pani Kasi i pracy włożonej w spisanie odręcznego pisma babci, teraz mamy możliwość wejścia "w buty" osoby żyjącej w czasie wybuchu największej wojny w dotychczasowej historii świata. Dziękuję!

środa, 2 września 2015

Na szybko. Zabawa w kotka i myszkę.

To będzie chyba rekordowo krótki wpis, ale też i temat jest dość dobrze znany większości bydgoszczan poruszających się komunikacją zbiorową. Mieszkając na Szwederowie, a pracując na Brdyujściu raczej nie mogę uniknąć przejazdów linią 69, obsługiwaną przez firmę KDD Trans z niedalekiego Niemcza. W zasadzie powinienem się cieszyć, bo nie dość, że firma pochodzi z powiatu bydgoskiego, to jeszcze do tego pojazdy do wożenia bydgoszczan także zamówiono od okolicznego producenta (pomijając jakość autobusów i sam upadek Solbusa, to bardzo fajny przejaw lokalnego patriotyzmu). Autobusy miały być super, hiper, klimatyzowane i wyposażone w wi-fi.


Nowiutki i błyszczący autobus linii 69, obsługiwanej przez firmę KDD Trans - fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie

No i tutaj zaczyna się moja zabawna opowieść o przejeździe sprzed paru dni. Początkowo miałem sobie darować, ale że sytuacja powtarza się regularnie, to i do samego tematu KDD Trans wróciłem. Jak większość osób wie, cała idea klimatyzacji w autobusach polega na tym, że okna zamyka się, a powietrze odchładza w zamkniętym obiegu by możliwie poprawić nam warunki podróży. Dlatego właśnie okna są zablokowane, a drzwi otwiera się na przycisk - niech ten zamknięty obieg będzie możliwie skuteczny. Praktyka pokazuje jednak, że nie wszyscy wiedzą, o co z tym całym chłodzeniem chodzi.


A oto zdjęcie, które udało mi się zrobić.
Wsiadając do autobusu przesunąłem się "w głąb", żeby nie stać w samym wejściu jak odźwierny cieć (a autobusowych odźwiernych w naszym mieście nie brakuje) i zrobić miejsce innym wsiadającym na kolejnych przystankach. Podszedłem do przodu i nad sobą usłyszałem głuche mlaśnięcie zamykanego okna w dachu. Ok, może kierowca się zapomniał i po postoju po prostu nie zamknął. Ledwie wyczuwalna klima dmuchała chłodem, więc nie było żadnych wątpliwości, że była włączona. Nie przejechaliśmy nawet przystanku, a mlaśnięcie powtórzyło się i okno ponownie zostało otwarte, wtłaczając masę bardzo nagrzanego powietrza do kabiny. Ponieważ w autobusach jest wi-fi, miałem w ręku telefon i uznałem, że trzeba zrobić fotkę. Niestety czujne oko kierowcy szybko mnie wypatrzyło (stałem "między kłami" z przodu pojazdu) i kiedy ja podnosiłem telefon do góry, okno opuszczało się. Trudno. Przystanek dalej - okno znów się otwiera. Ponownie przełączam się na aparat, celuję w okno, "mlask". Ciut za późno. Takie podchody z kierowcą powtarzały się jeszcze kilka razy, ale udało się!

Niestety zapomniałem spisać numeru pojazdu, bo mógłbym wysłać zapytanie do ZDMiKP lub KDD Trans, czy kierowcom w ogóle wytłumaczono, co to jest klimatyzacja. Jak się potem okazało, nic straconego. Od tamtego czasu zwracam na okna szczególną uwagę i wiem, że "coś tu nie gra". Ktoś nas tu robi w balona - i mieszkańców i miasto. Czyżby przewoźnik starał się ukryć, że klimatyzacja kompletnie nie działa, a w ramach oszczędności zamiast ją naprawiać kazano kierowcom uchylać okna? A może po prostu nikt nikogo porządnie nie przeszkolił przed wypuszczeniem w trasę? I czemu mam wrażenie, że gdyby trasę powierzono naszemu miejskiemu MZK, to takich absurdalnych problemów byśmy nie mieli?

- Przemek

PS:
Sprawa trafiła także do ZDMiKP, KDD oraz przekazana została do wiadomości Stowarzyszenia Na Rzecz Rozwoju Transportu publicznego w Bydgoszczy. Jeśli uda mi się ustalić, co jest nie tak, albo uzyskam odpowiedź od kogokolwiek, pojawi się odpowiednie uzupełnienie tego wpisu.

PPS:
Wszystko wskazuje na to, że to mimo wszystko awaria. Zagadką nadal pozostaje fakt, czemu ten pojazd mimo tego wypuszczono na trasę.