czwartek, 3 września 2015

Bydgoski wrzesień 1939 roku, pierwsze dni okupacji.

Dokładnie rok temu pisałem o wydarzeniach zapisanych ręką Barbary Kwiecińskiej (z domu Szyperska), które to miały miejsce między pierwszym i czwartym września 1939 roku. Dzisiaj, dokładnie rok od ukazania się tamtego tekstu, chciałbym uzupełnić tę historię o kilka kolejnych fragmentów i kilka kolejnych dni wraz z moim autorskim komentarzem. Mam nadzieję, że zachęcę Was do wydania niewielkiej kwoty z budżetu na unikatową publikację, która do nabycia jest w Pracowni Dziedzictwa Kulturowego Kujawsko-Pomorskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy pod tytułem "Materiały do dziejów kultury i sztuki Bydgoszczy i regionu, zeszyt 18" (więcej szczegółów znajdziecie na końcu wpisu). Przy okazji też chciałbym ponownie przypomnieć Wam jak ważne jest, żebyśmy pamiętali o historii Bydgoszczy i całego kraju. Tylko w ten sposób będziemy w stanie wspólnymi siłami zbudować i podtrzymać naszą tożsamość bydgoszczan, Kujawiaków i co najważniejsze Polaków.



Poprzedni wpis zakończyłem fragmentem z dnia czwartego września, wspomnieniem prawdopodobnie ostatniej akcji Wojska Polskiego w Bydgoszczy. Słowa, które stanowią ostatni fragment, czyli "Polscy żołnierze pojechali i w krótkim czasie zrobili porządek a Szwabów narżnęli jak świń" robią tym większe wrażenie, kiedy zdamy sobie sprawię, iż zapisała je nastoletnia dziewczyna. Trudno mi powiedzieć, czy żołnierze zdawali sobie sprawę z tego jak może się taka akcja odbić na ludności cywilnej, która zostanie w mieście, kiedy oni już wycofają się w kierunku stolicy. Prawdopodobnie tak, ale równie możliwe jest, że nikt nie dopuszczał do siebie tej myśli. 



Pierwsze dni pod rządami Niemców



Piąty września. W Bydgoszczy był to dzień, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że nasze wojska już nie wrócą w kolejnym kontrataku i szansa na wyparcie żołnierzy rzeszy już nie istnieje. W mieście dopiero zaczynano zdawać sobie sprawę z ogromu strat i ponurej rzeczywistości, która miała nadejść. W zdobytym mieście zwycięskie wojska Hitlera rozpoczęły pełen przegląd miasta. Wystawiono patrole, a każdy budynek sprawdzany był kolejno by upewnić się, że po samosądach na ludności niemieckiej nie zostanie w mieście już żadna broń, która mogłaby zostać skierowana na Niemca. W pamiętniku przeczytać możemy (pisownia oryginalna):

"Wtorek 5 września 
Rano było spokojnie do 11-tej. Poniosłam wielką ofiarę. Tatuś zabił wszystkie gołębie oprócz 4. Naraz Mania krzyknęła że żołnierze niemieccy stoją na rogu. Wszyscy poszliśmy do piwnicy. Już rzeczywiście patrol niemiecki stał na rogu. Siedzieliśmy cicho aż naraz ktoś zaczął się dobijać do drzwi i krzyknął otworzyć. Tata poszedł ale nikogo nie było. Ktoś chodził po ogrodzie i w końcu poszedł. Siedzieliśmy 3 godziny aż raz ktoś zadzwonił i przyszła jedna pani powiedzieć że u niej byli Niemcy i nic nie zrobili tylko zabierają mężczyzn a kobietom nic nie robią. I wyszliśmy do mieszkania. Piekliśmy bułki bo u piekarza nic nie było. Wojsko zajęło koszary. W mieście pełno Niemców. Na razie spokój. Niemcy spacerują na rogu. Przez popołudnie był spokój w nocy też było cicho."
Taki widok zastał Niemiec, który zajrzał do ogrodu domu, w którym mieszkała Pani Barbara, autorka tego wyjątkowego dziennika. Na drzewach co prawda były jeszcze liście, ale sam widok niewiele się różnił od tego właśnie zdjęcia.
- fot. z archiwum domowego pani Katarzyny Milczarek-Kozak
Wspomniane gołębie i pieczenie bułek były wyraźnym sygnałem, że większość żywności w mieście została zarekwirowana na zaopatrzenie wojsk dokładnie tak samo, jak zajęto budynki potrzebne do zakwaterowania żołnierzy. Później okaże się, że to tylko wierzchołek całej "góry lodowej", gdyż w mieście o wiele więcej majątków zostanie albo zajętych, albo kompletnie porzuconych przez osoby, które uciekły, lub zostały rozstrzelane w pierwszych dniach konfliktu. Całość zaczynała składać się na pogłębiający się chaos. Nie był to jednak ten sam rodzaj "chaosu", jaki niosą ze sobą walki, a cicha dezorganizacja i trwający gdzieś w tle upadek dotychczas znanego stanu rzeczy. Wśród porzuconego "mienia" były także zwierzęta gospodarskie, o czym przeczytać możemy we wspomnieniu z kolejnego dnia:
"Środa 6 września

Rano cicho. Poszliśmy po mleko na pole. Krowy chodziły bezpańskie i ludzie je dojili. Niemcy spacerują po ulicach. Nic nie robią tylko się uśmiechają. Sanitarki, motocykle i samoloty niemieckie jeżdżą bez obawy. (...) Niemcy spokojnie chodzą a w 2 punktach wiszą flagi niemieckie. Rewizja była w niektórych domach. Nic nie robili tylko szukali czy nie ma broni i brali ludzi od 16- do 60 lat do wojska (niektórych odsyłali spowrotem). W mieście są rozwieszone plakaty z rozporządzeniami niemieckimi. Pełno w nich błędów (wódc, zpacerować, zamochód ).

(...)"
Flagi. Ostateczny symbol zdobywcy i jasny znak dominacji niemieckiej, które dodatkowo jeszcze nabierały głębszego wyrazu z każdym widzianym na ulicy uśmiechniętym żołnierzem wermachtu. Niemcy już byli "u siebie", a cała ludność miasta została uznana za ludność podległą Trzeciej Rzeszy, przez co stała się też podmiotem obowiązkowej służby wojskowej. To właśnie takie przymusowe wcielenia, jak opisane powyżej łapanki, stały się źródłem bardzo głośnej sprawy "dziadka z wermachtu". Chociaż bardzo silnie próbowano zrobić z tego sprawę polityczną, to warto tutaj zaznaczyć, że dziadek Donalda Tuska przeszedł w trójmieście to samo, co działo się z mężczyznami w Bydgoszczy. Niektórzy po prostu nie wracali do domów i trafiali do służby w armii zaborcy.
"(...)Polskiego wojska reszta uciekła za Brdę. W mieście podobno są wszystkie mosty powysadzane. Wody niema. We Fordonie też mostku niema.(...)"
Mosty, ale także linie kolejowe, infrastruktura drogowa i inne zniszczenia docierały do ludzi stopniowo. O zniszczeniu mostu w Fordonie pisałem już jakiś czas temu, a potem o kolejnym i kolejnym (oj nie miał fordoński most szczęścia). Jednocześnie też docierały informacje o ogromie innych strat, tych liczonych w ludzkich życiach, które również były ogromne. W czasie samej tylko "krwawej niedzieli" życie straciły setki osób, w czasie walk i wycofania z miasta straty liczone były już w tysiącach. Mimo to warto zwrócić uwagę, że Niemcy trzymali się zasad właściwego traktowania jeńców (czego nie można powiedzieć o mniejszościach rasowych i etnicznych). Także i Polakom zapewniono niezbędne minimum opieki medycznej.
"(...) Byłyśmy potem u p. Budzbanowskiej po owoc dla polskich żołnierzy do szpitala. Dostałyśmy kosz z jabłkami, pomidorami i gruszkami, z mamusią i Ulą poszłyśmy z tym do szpitala. (...) Koło szpitala stała niemiecka warta. Do szpitala jeździło pełno niemieckich sanitarek. Warta puściłą nas. Ale w środku zatrzymał nas oficer niemiecki. Pełno Niemców się kręciło. Rannych cała masa. (...)"
Jak łatwo się domyśleć, nie obyło się bez nieprzyjemności i przytyków ze strony żołnierzy pilnujących szpitala, zaś sama wizyta okazała się na tyle nieprzyjemna, że stopa Pani (FSDFADF) ani jej matki nigdy więcej w placówce nie stanęła. Możemy się tylko domyślać, co przeważyło szalę - widok wszystkich poranionych i okaleczonych ludzi, czy może zachowanie niemieckich żołnierzy.


Powolna stabilizacja



Zniszczony most staromiejski. Jedna z pierwszych przepraw tymczasowo odtworzonych przez niemieckich saperów. Na zdjęciu widoczna jest także jedna z charakterystycznych latarni, które niedawno odtworzono na obecnej przeprawie.


Siódmy i ósmy dzień września opisane są zdawkowo. W mieście przybyło swastyk na rozwieszanych wszędzie chorągwiach niemieckich, wprowadzono godzinę policyjną i rozpoczęto racjonowanie żywności, a nawet soli. Saperzy Wermachtu zaczęli prowizoryczną naprawę mostu staromiejskiego. Co szczególnie rzuca się w oczy, to zakończenie każdego wpisu. Niby proste stwierdzenie faktu, ale zapisane trzy słowa "Noc była spokojna" wyraża więcej, niż tysiąc stron maszynopisu historyków. Dopiero dziewiątego września znów pojawiła się kolejna fala strachu, ale też i iskierka nadziei.
"Sobota 9 września 
Już tydzień jak trwa wojna. A 5 dzień jak Niemcy zajęli Bydgoszcz. Byłyśmy rano w kościele pierwszy raz od 2 tygodni (bo w niedzielę nie byłyśmy z powodu stałych ataków lotniczych). Potem wybrałyśmy się na rynek. Ale po drodze nas zatrzymano i nikt nie radził iść do miasta bo strzelają znów. Męższczyzny jak poszli wczoraj do rejestracji to jeszcze do dziś ni wrócili. Niewiadomo gdzie się podziali. Tatuś też poszedł o 9-tej do rejestracji. Czekamy w napięciu kiedy wróci. Tatuś wrócił o 12-tej. Nie był w rejestracji bo w tym tygodniu tylko są ci ludzie do 45 lat a od 45 do 60 lat dopiero na przyszły tydzień. Radjo nadawało w dzienniku południowym że Warszawa jest nasza a wojska niemieckie są pod Warszawą i zajęli stację radjową raszyńską i nadawali stamtąd kłamliwe informacje że wojska niemieckie wkroczyły do stolicy. Wojska angielskie już biorą udział w czynnej walce, samoloty angielskie też."
Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuje rodzina, która żegna ojca nie wiedząc, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczą. Podobną historię, o tym jak to moją prababkę gestapo osadziło w więzieniu aż do samego 1945 roku, opowiedział także mój tata na prowadzonym przez siebie blogu, którą to relację bardzo gorąco Wam polecam. W obu tych przypadkach mogę jedynie zgadywać, co działo się wtedy w głowach rodzin i tylko jednego jestem absolutnie pewien - nigdy nie chciałbym być na ich miejscu. Czy wieść, że sojusznicy zaczęli walczyć z Niemcami podniosłaby mnie na duchu? Chyba nie, kiedy byłbym w sytuacji, gdy właśnie wezwano kogoś mi bliskiego na rekrutację, z której mało kto wracał. Mimo to, wielu osobom dawała ta wiadomość nadzieję, której można się było złapać. Gdzieś tam, po drugiej stronie terytorium wroga, ktoś jeszcze walczył. Polacy nie byli już sami w tej wojnie. 


Kilka słów zakończenia.


Tutaj zakończę swój wpis, a przynajmniej jego historyczną opowieść. Wszystkich z Was, którzy ciekawi są, jakie to fragmenty pominąłem, albo którzy chcieliby czytać dalej (a dziennik ciągnie się aż do dnia 15 listopada 1939 roku) zapraszam do zakupu własnego egzemplarza "Materiałów do dziejów kultury i sztuki Bydgoszczy i regionu" bezpośrednio w Kujawsko-Pomorskim Centrum Kultury przy Placu Kościeleckich 6. Nie potrafię niestety powiedzieć, czy uda Wam się zdobyć osiemnasty zeszyt, gdyż nakład to jedynie 400 egzemplarzy, ale zapewniam Was, że warto się o nie ścigać. Cena to zaledwie 15 złotych.


Jednocześnie pragnę też ponownie podziękować Katarzynie Milczarek-Kozak, która zdecydowała się udostępnić mi fragmenty pamiętnika swojej babci już rok temu, kiedy wciąż niepewna była kwestia publikacji. Cieszę się, że mogłem podzielić się nimi z wszystkimi czytelnikami tego bloga i przedstawić tę niesamowitą historię, która wtedy jeszcze była bliska zapomnienia. Na szczęście dzięki staraniom Pani Kasi i pracy włożonej w spisanie odręcznego pisma babci, teraz mamy możliwość wejścia "w buty" osoby żyjącej w czasie wybuchu największej wojny w dotychczasowej historii świata. Dziękuję!

2 komentarze:

  1. Kurcze, dzięki za info gdzie można dorwać ten dziennik. Lecę dzisiaj kupić! Mam nadzieję, że jeszcze będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia!
      Zdecydowanie polecam tę lekturę, więc tym bardziej - oby się tam jeszcze coś ostało.

      Usuń