piątek, 30 października 2015

Bydgoskie miejsca pamięci na Zaduszki.

Lada dzień czekają nas Zaduszki, czyli dzień wspominania zmarłych. Tradycyjnie obchodzone jako Dziady, jeszcze nim nasi przodkowie przyjęli chrześcijaństwo i nim wprowadzili do niego Dziady pod nową postacią dnia zadusznego. Chociaż często mylone są z Dniem Wszystkich Świętych, wypadające na przełom października i listopada Zaduszki są bardzo ważnym elementem życia wszystkich Polaków. Tutaj, na Kujawach mamy swoje zwyczaje, a że Bydgoszcz stanowi północny skraj Kujaw właśnie, warto pamiętać, że na groby składano dawniej nie znicze i lampki, a skromne palmy przypominające te wielkanocne. Tradycyjne palmy Kujawskie wykonywano z gałązek wierzby z baziami, dodając do nich "wiecznie żywe" borówki, barwinek, bukszpan, a nawet gałązki trzciny, wszystko to uzupełniając kolorową wstążką. Podejrzewam, że te przygotowywane jesienią mogły wyglądać odrobinę inaczej, choćby przez brak dostępnych bazi, a ich miejsce najprawdopodobniej zajmowały kłosy i podobne materiały. Dzisiaj ten obyczaj jest niemal całkiem martwy, ale o wszystkich zmarłych pamiętamy nadal i wciąż początek jesieni wybieramy jako moment czczenia ich pamięci. 

Dolina Śmierci w Fordonie. Obecnie miejsce pamięci, w którym pomordowano (według niektórych szacunków) nawet do 3000 osób w rezultacie hitlerowskich czystek.
- fot. Łukasz 'Din Sevenn'
W ramach współpracy ze stroną Bydgoskie Miejsca Pamięci chciałbym zaprosić Was do włączenia się w akcję kierowaną do wszystkich bydgoszczan. Prócz naszych najbliższych, rodziny i przyjaciół, warto pamiętać o ludziach zasłużonych dla naszego miasta i kraju. To im dedykowane są miejsca pamięci, jak znajdująca się w Fordonie Dolina Śmierci, czy Cmentarz Bohaterów Bydgoszczy ulokowany na Wzgórzu Wolności. To tylko przykłady najbardziej znanych miejsc, ale jest ich w naszym mieście o wiele, wiele więcej i właśnie dlatego przygotowana została dla Was mapka, na której znajdziecie najbliższy punkt poświęcony tym, których pamięć należy szczególnie pielęgnować. Jeśli w nadchodzącym okresie Zaduszek i obchodzonego zamiennie z nimi Dnia Wszystkich Świętych znajdziecie chwilę na spacer w otoczeniu naszej "złotej polskiej jesieni", to wybierzcie swoją trasę tak, aby znalazło się na niej jedno z tych miejsc. Zapalcie na pamiątkę lampkę (chyba że jest ryzyko zapalenia się liści itd., wtedy bezpieczeństwo przede wszystkim!), zatrzymajcie się na chwilę i chociaż kilka myśli skierujcie do tych, którzy poświecili się dla nas.


Sam chciałbym zwrócić Waszą uwagę na kilka szczególnych miejsc pamięci, które osobiście uważam za absolutne minimum, które każdy bydgoszczanin powinien chociaż raz odwiedzić i poświęcić im chwilę ze swojego cennego czasu. Każde z nich samo w sobie jest godne wyjścia i bez problemu można swoje odwiedziny zaplanować wraz z przyjemnym spacerem. 

Ulokowany na Wzgórzu Wolności jest miejscem pochówku ponad tysiąca zasłużonych bydgoszczan i mieszkańców regionu, którzy oddali życie za Bydgoszcz i region bydgoski za czasów hitlerowskiej okupacji. Najważniejszym miejscem jest grób Leona Barciszewskiego, prezydenta Bydgoszczy w latach 1932-1939, uznawanego za jednego z najlepszych włodarzy grodu nad Brdą.

Nie wszyscy bydgoszczanie wiedzą, że na terenie obecnej Bydgoszczy znajdują się pozostałości po hitlerowskim obozie przejściowym. Stąd ludzie trafiali do obozów pracy oraz do obozów koncentracyjnych w innych miejscach, jednak nie oznacza to wcale, iż nie zebrał on swojego krwawego żniwa. Wskutek morderczych warunków i bicia śmierć poniosło tu ponad 800 osób, z czego ponad połowę stanowiły dzieci! Właśnie z tego powodu, miejscu temu należy się szczególna uwaga i pamięć bydgoszczan.

W przeciwieństwie do wcześniej wymienionego obozu, o Dolinie Śmierci w Bydgoszczy wie chyba każdy. To tutaj w październiku i listopadzie 1939 roku doszło do masowych egzekucji elit polskich. Przed lufy niemieckich żołnierzy trafili artyści, nauczyciele, księża, członkowie organizacji narodowych i patriotycznych oraz żydzi. Do dzisiaj nie udało się ustalić, ile osób poniosło tutaj śmierć, a szacunki sięgają nawet trzech tysięcy osób (chociaż za najbardziej prawdopodobne uznaje się liczby o połowę mniejsze). Nieme rzędy grobów rozstawione w zielonej obecnie dolinie robią oszałamiające wrażenie.

To najbardziej znany pomnik naszego miasta. Upamiętniający wszystkich, którzy spoczęli na wymienionym wyżej Cmentarzu Bohaterów Bydgoszczy. To przed tym pomnikiem odbywają się uroczystości z okazji świąt narodowych i właśnie tutaj płonie znicz poświęcony pamięci ofiar hitleryzmu. Chociaż w mieście trwa dyskusja czy powinien on dołączyć do osób, które ma uczcić i stanąć na postumencie, gdzie kiedyś stała Wieża Bismarcka (na jej fundamencie do dzisiaj stoi pomnik na cmentarzu), jego znaczenie i symbolika żadnej dyskusji nie podlegają.

Ulokowany na centralnym placu naszej "małej starówki" pomnik upamiętnia mieszkańców Fordonu, którzy zostali pomordowani w czasie niemieckiej okupacji. W bezpośrednim pobliżu znajduje się zakład karny, z którego w czasie okupacji wiele więźniarek trafiło do obozów koncentracyjnych, Trudno oszacować z jak wielką liczbą ofiar spośród 6500 uwięzionych tu kobiet mamy do czynienia, ale każdej należy się pamięć, także anonimowa.
PS:
Pamiętajcie, żeby po pewnym czasie powtórzyć swój spacer i posprzątać wypalony znicz, jeśli nikt przed Wami tego nie zrobi. W pamiętaniu chodzi przede wszystkim o szacunek, więc nie zostawiajmy po sobie bałaganu w tych szczególnie ważnych miejscach! 


- Przemek

niedziela, 25 października 2015

O tym, czemu kocham Bydgoszcz na starych fotografiach i w opowieściach.

Najwyższy czas przeprosić się z tekstami o pozytywnym wydźwięku i cisza wyborcza, która właśnie trwa, bardzo mi w tym wszystkim pomaga. Mogę spokojnie zająć się pisaniem o tym, o czym od samego początku miał być ten blog - Bydgoszczy, która jest po prostu cudownym miastem! Zapraszam Was szczególnie gorąco na krótką opowieść o tym, jak "fotki z dawnych lat" przestały być dla mnie tylko fotografiami miasta, a opowieści z naszego miasta stały się dla mnie tak samo ważną jego częścią, jak Brda przecinająca nasz "gród" na pół.

Od pewnego czasu w profilu facebookowym Po Bydgosku stopniowo zapełniam zdjęciami album pełen starych pocztówek z naszego miasta. Większość z nich ma przynajmniej pół wieku, a wydaje mi się, że spora część może być nawet starsza (sądząc głównie po tym, co na samych fotografiach się znajduje). To nie jedyne stare kadry z naszego miasta, które trafiły do mnie. Już po kilku tygodniach funkcjonowania bloga otrzymałem wyjątkowo ciekawe zestawienie dwóch fotografii, nadesłane przez panią Hannę Zofię Kurkiewicz. Para zdjęć jest bardzo prostym połączeniem "kiedyś i dziś", ale z jakiegoś powodu mocno wyryła mi się w pamięci i do pewnego stopnia nadała mi też kierunek działania, gdy tylko mam dostęp do jakiejś starej fotki z Bydgoszczy. Większość z Was pewnie nigdy nie widziała tego dyptyku, więc zamiast pisać, pozwolę sobie przypiąć tutaj tę fotografię (koniecznie przeczytajcie też pełny opis):

To niesamowite zestawienie zdjęć podesłała pani Hanna Zofia Kurkiewicz, która (na prawym zdjęciu) wraz z rodziną pozuje...
Posted by Po Bydgosku on 11 lipca 2014

Zdaje się, że to właśnie wtedy pierwszy raz zdałem sobie sprawę, jak wiele niesamowitych historii kryje w sobie Bydgoszcz i jej mieszkańcy. Każda z tych fotografii osobno to po prostu kolejne zdjęcie, ale kiedy za każdą "połową" znajdzie się prawdziwa historia, w dodatku na swój sposób romantyczna i pełna uroku, te dwie fotgrafie stają się małą kroniką, która mieści się cała na ekranie komputera. Wtedy jeszcze tak blog, jak i sama strona w serwisie Facebook, raczkowały i nie śledziło moich tekstów zbyt wielu użytkowników, ale z biegiem czasu coraz więcej i więcej osób się pojawiało, a w raz z nimi także i wyjątkowe historie. Jedną z takich osób była moja koleżanka Katarzyna Milczarek-Kozak, z którą znamy się od dobrych kilkunastu lat. Szczęśliwym trafem znalazła ona w domowych szpargałach pamiętnik swojej babki, a w nim cały szereg zapisków z pierwszych tygodni drugiej wojny światowej. Wtedy zaowocowało to wpisem o bydgoskich wydarzeniach trzeciego września 1939 roku, a dokładnie rok później drugim wpisem o pierwszych dniach okupacji oraz, co ważniejsze, publikacją pełnej treści tego dziennika. Nadal nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo jestem jej wdzięczny za tę publikację i prawdopodobnie jest w Bydgoszczy cały szereg osób, które myślą dokładnie tak samo.

Materiały z zamierzchłych czasów i bliżej nieokreślonej przeszłości, to nie zawsze zdjęcia czy skany bezpośrednio wysłane do mnie. Czasem, bardzo rzadko, zdarzało mi się mieć dość szczęścia, żeby znaleźć w sieci coś ciekawego. Jednym z takich właśnie przypadkowych trafów był zestaw kilku fotek, które na swoim profilu opublikował pan Jarek Woźny. Pochodzące z rodzinnych zbiorów fotografie Fordonu pokazały samodzielne wówczas miasteczko zmagające się ze zniszczeniami wojennymi. Mieszkałem w Fordonie wiele lat, a w czasie okupacji przez wiele długich miesięcy gestapowski wyrok odsiadywała moja prababcia, którą gestapo aresztowało za nielegalny handel mięsem. Sam, będąc od dawna już miłośnikiem militariów, zainteresowałem się jednak przede wszystkim sowieckim czołgiem T-34-85, który widoczny jest na jednym ze zdjęć. Przez dobre kilka tygodni starałem się ustalić losy tej maszyny, ale niestety ostatecznie zakończyłem swoje "śledztwo" jedynie z garścią bardzo ogólnych informacji, które w większości nie dotyczyły żadnej konkretnej maszyny. Na szczęście, zdjęcia opublikowane przez pana Jarka nadal są dostępne i wciąż możemy dzięki nim składać sobie w głowach kolejne elementy układanki, jaką jest przeszłość naszego miasta.

Kilka zdjęć Starego Fordonu ze zbiorów rodzinnych Anny i Andrzeja Woźnych. Na zdjęciu 1. Zniszczony czołg T34. Zdjęcie...
Posted by Jarek Woźny on 30 marca 2015

Obecnie w centrum mojego zainteresowania są dziesiątki pocztówek, które pokazują Bydgoszcz sprzed zaledwie kilku dekad. Dzięki współpracy z Dawidem Sobiechem, prowadzącym antykwariat przy ulicy Nakielskiej 39, mam dostęp do ogromnego zbioru ujęć z lat 50 i 60 XX wieku, które utrwalone zostały na kartkach pocztowych i zachowały się do dziś. Zależnie od ujęcia, niektóre elementy zmieniają się z jednej kartki na drugą. Raz widzimy odbudowany już most staromiejski, innym razem na zdjęciu jest jeszcze konstrukcja tymczasowa, która zbudowana została jeszcze przez saperów wojsk radzieckich. Wszystkie trafiają stopniowo do galerii ze starymi pocztówkami, którą wspomniałem na samym początku tego wpisu. Jest jednak pewna para pocztówek, która nie trafiła tam jeszcze, a którą bardzo chciałbym Wam pokazać, bo to "historia, która dzieje się na naszych oczach". Przedstawia ona budynek obecnego Urzędu Wojewódzkiego w latach przed 1960 i po 1963 roku, kiedy to do zabytkowego gmachu dobudowano salę konferencyjną, a całość elewacji odświeżono, niszcząc jednocześnie efektownie zarastający go bluszcz (efekt przypominać musiał ten, który mamy obecnie na budynku I LO w Bydgoszczy).

Zdjęcie sprzed, lub dokładnie z 1960 roku, przed remontem i rozbudową urzędu.
Fotografia wykonana już po remoncie budynku urzędu, rok 1963 lub późniejszy.
Świetną zabawą jest dla mnie szacowanie jak wiele czasu upłynęło na podstawie małych detali. Jednym z takich właśnie szczegółów jest rosnący przed budynkiem urzędu bożodrzew gruczołowaty. Dzisiaj jest to ogromne drzewo o pomnikowych rozmiarach, rzucające cień niemal na całą okolicę. Na zdjęciach powyżej jest to małe (a na drugim średnie) drzewko. Grzebiąc w sieci bardzo szybko określiłem, że te drzewa rzadko żyją dłużej, niż 50 lat. To tylko potwierdza wiek zdjęć i powoli umierające drzewo o usychających gałęziach pasuje tutaj idealnie do okresu lat 60. Teraz, kiedy mam w pamięci niemal cały cykl życia tej rośliny trudno mi będzie sobie wyobrazić okolice urzędu bez niego. Podobnie uwagę zwracają bardzo charakterystyczne dla PRL-owskiej myśli estetycznej kule, które "między zdjęciami" zostały dodane przed wejściem do obiektu, czy też przemalowana na idealną biel elewacja, która kiedyś tak jednolita nie była. Teraz kule, w zupełnym kontraście do elewacji, giną między dwiema kompletnie zbędnymi "choineczkami" i dorobionymi z jakiegoś powodu poręczami. 

Co zmieni się w kolejnych latach? Nie wiem, ale już nie mogę się doczekać obserwowania zmian. Już teraz ujęcia szerokiej ulicy Mostowej zastąpiły ujęcia nowej zabudowy, która przywraca proporcje północnej pierzei i wylotu tejże ulicy na Stary Rynek. Okolice dworca zmieniły się nie do poznania i nie przypominają nawet odrobinę tych, które oglądali nasi dziadkowie. Dlatego też z chęcią za jakiś czas znów usiądę i porównam krajobraz miasta dzisiaj i za te kilka, może kilkanaście, lat. Oby w parze do tych zmian znalazły się też ciekawe historie do opowiedzenia! :)

- Przemek

piątek, 23 października 2015

Miasto pełne szmat...

W dniu 24 kwietnia 2015 roku uchwalona została, po poprawkach senatu, tak zwana ustawa krajobrazowa (podpisana przez prezydenta trzy tygodnie później). Teraz, z oczywistych przyczyn, całe miasto obwieszone jest wzdłuż i wszerz plakatami i wielkoformatowymi szmatami mocowanymi do elewacji budynków. To dobry moment, żeby głośno zapytać, gdzie jest teraz plastyk miejski, kiedy miasto wręcz tonie w setkach znienawidzonych szmat? Jeszcze przed uchwaleniem ustawy, o której mowa na początku mojego tekstu, pan Marek Iwiński, plastyk miasta Bydgoszczy, odniósł jeden z pierwszych sukcesów w walce ze szpecącymi naszą przestrzeń publiczną reklamami. Z ulicy dworcowej zniknęła jedna ze "ścian wstydu", która od lat atakowała oczy przechodniów. Z całego serca gratuluję, nawet po tak długim czasie, tego sukcesu i trzymam kciuki za kolejne kroki stawiane w walce z miejską szpetotą. Wtedy wyglądało to tak:




Dzisiaj jest w tym miejscu jest już całkiem przyzwoicie wyglądająca ściana, która (mam nadzieję) nieprędko wróci do poprzedniego stanu i jeszcze przez pewien czas pozostanie wyznacznikiem jakości przestrzeni publicznej w Bydgoszczy. Efekty interwencji możecie porównać z powyższym kadrem pod TYM linkiem. Podobnych miejsc jest w naszym mieście o wiele więcej, ale to tylko część problemu i co ważniejsze, rzadko wychodzą one ponad parter budynku. Znacznie gorzej ma się sprawa z billboardami i przede wszystkim wielkoformatowymi szmatami marketingowymi, które od lat są zmorą naszych miast. Zasłaniają całe elewacje (także zabytków), ograniczają i nierzadko też całkowicie blokują dostęp światła dziennego do mieszkań za dnia, a nocą swoim intensywnym podświetleniem nie dają zasnąć lokatorom. Problem w pewnym momencie osiągnął punkt, w którym zamiast remontować budynki w skandalicznym stanie technicznym, zaczęto zasłaniać je wielkoformatowymi reklamami w imię estetyki i zysku właściciela takiego obiektu.

Dzisiaj, za sprawą ustawy o ochronie krajobrazu, miasta mają już narzędzia, by walczyć z takimi reklamami. Niestety, chociaż za nielegalne i szpetne reklamy w ustawie nałożyć można karę pieniężną, w Bydgoszczy kompletnie zabrakło zdecydowania, moim skromnym zdaniem. Jak mogliśmy przeczytać na łamach Expressu Bydgoskiego w maju tego roku, kary pozostaną w grodzie nad Brdą tylko teoretycznym narzędziem. Czytując wypowiedź Marka Iwińskiego dla Expressu:
"To nie jest ustawa przeznaczona do walki z reklamami, tylko mająca pozwolić samorządom zapanować nad wyglądem miasta. Jestem przeciwnikiem nakładania kar finansowych i nie będziemy tego robić. Najlepszym wyjściem z takich sytuacji jest negocjowanie."
Jedne z wielu wielkoformatowych plakatów
rozwieszonych obecnie w Bydgoszczy.
- fot. jacek_73 ©2015, SkyscraperCity.com
Czy aby na pewno o to chodzi? Czy walka o zachowanie status quo nie jest przypadkiem zbyt biernym podejściem, kiedy miasto dosłownie TONIE w agresywnych reklamach każdej barwy i w każdym niemal formacie? Szczególnie teraz, kiedy trwa kampania wyborcza i w całym mieście wielkopowierzchniowe materiały pokrywają często niemal całe budynki, powinniśmy zadać sobie pytanie, czy Bydgoszcz dalej może się na to godzić. Nie mam zamiaru piętnować żadnego konkretnego kandydata, ani żadnego komitetu, gdyż materiały tego typu atakują nas niemal z każdej strony i za sprawą dokładnie każdego "obozu politycznego" (chociaż nie da się ukryć, że jest kilka osób, które szczególnie wysoko niosą sztandar "kampanii na szmatach"). Ważnym jednak jest, żeby wymagać pewnej odpowiedzialności od startujących, którzy rzekomo dbać mają o interes naszego miasta i regionu w sejmie. Czy ktoś, kto świadomie szpeci przestrzeń publiczną i wykłada pieniądze na najbardziej znienawidzoną w polskich miastach formę reklamy, na pewno będzie wiedział czego potrzebuje nasze, albo jakiekolwiek inne miasto? Warto przy tym pochwalić ugrupowanie Razem*, które jako jeden z punktów honoru przyjęło sobie nie zaśmiecać swoimi plakatami przestrzeni publicznej, nie korzystać w ogóle z reklam wielkoformatowych i nie dokładać od siebie jeszcze więcej do marketingowego chaosu. Brawo, aż szkoda, że pozostali nie czują takiej odpowiedzialności za miasto!

Ta płachta reklamowa, na szczęście, niedługo zastąpiona zostanie muralem!
- fot. własne
Na początku tego miesiąca pisałem o problemie bieżącego utrzymania miasta i tym, jak wielki wpływ ma to na przestrzeń publiczną w Bydgoszczy. Od tego czasu trochę się zmieniło (iluminacja wieży znów jest kolorowa!), ale jakość przestrzeni publicznej i ogólnie rozumiana uroda miasta, to nie tylko sprzątanie i naprawa tego, co zniszczone. Brak społecznego i urzędniczego przyzwolenia na brzydkie i agresywne reklamy, prowizoryczne budki i ukrywanie niszczejących budynków za "szmatami" jest równie ważny. W dodatku nie możemy mieć pretensji, tylko i wyłącznie do tych, którzy w takie reklamy inwestują, kiedy równie wielka wina leży po stronie tych wszystkich, którzy na taki stan rzeczy pozwalają. To właściciele budynków, władze miejskie i sami mieszkańcy, którzy nie zgłaszają zbyt często publicznego sprzeciwu wobec absolutnie niedopuszczalnych form reklamy.

Na szczęście to nie tak, że nie możemy absolutnie nic zrobić. My sami, mieszkańcy Bydgoszczy, możemy pisać właśnie do pana Marka Iwińskiego (a dokładniej TUTAJ, na oficjalny adres mailowy) uwagi i protesty w sprawie szczególnie rażących reklam. Jakie by nie było stanowisko plastyka w sprawie reklam i karania za nie, przy odpowiedniej liczbie naszych zgłoszeń i protestów po pewne narzędzia trzeba będzie sięgnąć, by wymusić zaprowadzenie porządku. Nie bójmy się pokazywać naszego niezadowolenia i piszmy, bo tylko w ten sposób możemy przyspieszyć zmiany i doprowadzić do bardziej agresywnej polityki porządkowania przestrzeni publicznej w Bydgoszczy.

- Przemek


BONUS!
Szmaty reklamowe zostały wyśmiane także na forum SkyscraperCity.com w wątku poświęconym polskiemu wkładowi w przestrzeń miejską. Polecam TEN WPIS oraz cały wątek!


*Pochwała to pochwała, nie mam zamiaru nikogo do niczego namawiać, po prostu warto zwracać uwagę na dobre praktyki, tak samo, jak z pełną premedytacją przyklaskuję wszystkim firmom, które zdecydowały się korzystać z reklam w postaci retro murali zamiast billboardów i "szmat". Ciekawym polecam swoją rozmowę z Dawidem Sobiechem, który stworzył w Bydgoszczy pierwsze takie powierzchnie reklamowe.

czwartek, 15 października 2015

Bydgoski Budżet Obywatelski - podsumowanie tegorocznej edycji.

Zakończyła się tegoroczna (czyli 2016, z jakiegoś powodu) edycja Bydgoskiego Budżetu Obywatelskiego i czas na podsumowanie. Znaczna część wyborów budzi moje wielkie wątpliwości, czy też może po prostu jest dla mnie wielkim zawodem. Przy tym chciałbym od razu przypomnieć, że nie tak dawno temu, na jednym z czwartkowych spotkań, gościł doradca prezydenta Michał Sztybel, który zapowiedział spore zmiany i usprawnienia w samej formule BBO, więc moje tegoroczne zarzuty z całą pewnością będą w większości nieaktualne do przyszłorocznej edycji, która odbyć się może już na wiosnę!

Ratusz w Bydgoszczy przy ul. Jezuickiej / Starym Rynku. - fot. Pit1233, Wikimedia Commons
  Nie tracąc czasu, zaczynamy przegląd wybranych projektów, dostępny TUTAJ. Ponieważ kilka punktów jest całkiem ciekawych, pozwolę sobie zacząć od pozytywnej części BBO i kilka słów poświęcić mocnym stronom tegorocznego głosowania.

Po pierwsze - rady osiedla nie miały za wiele do powiedzenia!
Z projektów, które ostatecznie wygrały w tegorocznej edycji BBO, równie wiele miało negatywną opinię rady osiedla, co jej aprobatę. Przyznam szczerze, że bardzo obawiałem się władzy "leśnych dziadków", którzy najchętniej widzieliby tylko parkingi pod własnymi blokami, ale teraz już mogę powiedzieć wprost - nie tylko opinie rad osiedli nie okazały się wcale tak ważne dla głosowania, ale też wiele rad osiedli bardzo rozsądnie podeszło do projektu. W zasadzie wszystko na plus w tej kwestii wyszło.
Po drugie - warunkowo dopuszcza się przekroczenie puli pieniędzy.
To bardzo ważny punkt, moim zdaniem, bo pozwala on realizować co bardziej ambitne projekty. Trzeba uczciwie przyznać, że są w Bydgoszczy osiedla zasługujące na większe inwestycje i kwoty BBO wyznaczone dla nich często nie wystarczają na takie projekty, które w pełni odpowiedziałyby na potrzeby tych rejonów. Niestety, nie ma róży bez kolców i możliwość przekroczenia budżetu ma też swoją wadę, o czym napiszę trochę później.
Po trzecie - garść ciekawych projektów.
Chociaż brzmi to smutno, że w całym budżecie obywatelskim znalazło się zaledwie kilka naprawdę ciekawych projektów, to jednocześnie bardzo mnie cieszy podejście mieszkańców, którzy potrafią wykroczyć poza "własne podwórko" i zaproponować nowoczesne i przede wszystkim ważne inwestycje. Z tych zaakceptowanych, na szczególne wyróżnienie zasługują dotykowe tablice dla niewidomych na Wyspie Młyńskiej, czy kolejny plac do kalisteniki sportowej. Z odrzuconych propozycji, szczególnie cenne wydają mi się takie projekty, jak orlik lekkoatletyczny, czy też budowa stacji zasilających przy parku nad starym kanałem (ładowanie pojazdów).
Po czwarte - zapisanie projektów bezpośrednio w budżecie miasta.
Ta zmiana jest jedną z najważniejszych. Obliguje miasto bardziej bezpośrednio do wykonania przegłosowanych projektów i znacząco utrudnia wycofanie się z nich "rakiem" pod byle pozorem. Do tego warto pochwalić jasne sformułowanie "listy rezerwowych projektów", która zawiera inwestycje mogące trafić do realizacji, jeśli tylko uda się skorygować ich koszty.
Po piąte - bieżący monitoring postępów realizacji.
To już tylko mała wisienka na torcie, ale jakże miła. Po uchwaleniu budżetu i "przyklepaniu" wszystkich projektów urzędowo, postępy ich realizacji śledzić będziemy mogli na stronie http://www.bydgoszcz.pl/budzetobywatelski/. Na pewno pomaga to stworzyć atmosferę uczciwości i "gry w otwarte karty" ze strony urzędu. Każdy taki krok ratusza trzeba chwalić, bo tylko tym sposobem jesteśmy w stanie zbudować jakiekolwiek zaufanie na linii obywatel-miasto. Brawo!
Wyspa Młyńska widziana z przystani miejskiej.
To tutaj realizowany będzie jeden z najciekawszych projektów
tegorocznej edycji BBO.
- fot. Pit1233, Wikimedia Commons
No ale co z minusami i niedociągnięciami tegorocznego BBO? Przede wszystkim rzuca mi się w oczy, że wszelkie projekty dotyczące "remontu chodników" przeszły do fazy głosowania bez żadnego problemu. Wszystkie przykłady takich projektów powinny z miejsca być odrzucane, a sam fakt, że obywatele są tak zdesperowani by "własne" (obywatelskie) fundusze na to przeznaczać, powinien być sygnałem do wezwania na dywanik dyrektora drogowców. Bardzo podobnie odebrałem kwestię budowy kanalizacji deszczowej, którą miasto powinno budować nie z budżetu obywatelskiego, a zupełnie poza nim. Łącznie, na listach głównej i tej "rezerwowej" znalazło się aż 13 projektów, które powinny być wykonane obowiązkowo przez naszych drogowców! Pozwolenie, by w ogóle wykonane zostały one za pieniądze "obywatelskie", to pozbawienie mieszkańców funduszy na podnoszenie jakości ich życia oraz przestrzeni, która ich otacza. W zamian pieniądze płyną na łatanie tego, co miasto powinno już dawno wykonać w ramach zapewnienia pewnego absolutnego minimum warunków do życia. Już przedtem pisałem o tym problemie - bieżące utrzymanie, to obowiązek miasta, a nie wspaniałomyślna inwestycja!

Druga sprawa to wielkość budżetu. W Fordonie zaproponowano wyjątkowo ciekawy projekt, który zebrał niemal tyle samo głosów, co zwycięska propozycja. Chodzi tutaj o orlik lekkoatletyczny, który idealnie wpisuje się w wizerunek Bydgoszczy, jako miasta sportu. Kto wie, czy gdyby nie ratowano budżetu bydgoskich drogowców pod osłoną tego "obywatelskiego", to na realizację fordońskiego projektu też nie znalazłyby się pieniądze. W obecnej formie realizować możemy tylko niewielkie inwestycje, a z powodu braku funduszy nie starcza nawet na takie projekty, jak montaż ławek za kilka tysięcy złotych, czy budek lęgowych dla ptaków za marne 2500 zł! W dodatku wspomniane przeze mnie możliwości przekroczenia budżetu oznaczają ograniczenie go w następnych latach, co na dłuższą metę doprowadzić może nawet do uszczuplenia całości do poziomu finansowania godnego raczej miasteczka powiatowego, niż stolicy województwa. Może jakimś rozwiązaniem byłoby włączenie do projektu lokalnych przedsiębiorców? Jeśli miasta nie stać na kilka ławek, na pewno jest cała masa przedsiębiorców chętnych do wsparcia społecznych inicjatyw, w zamian za publiczne podziękowanie i umieszczenie gdzieś (w widocznym) miejscu ich logo. Wystarczy tylko ich zapytać, zaproponować współpracę i nie bać się wchodzić w partnerstwo publiczno-prywatne.

Już niedługo możemy się spodziewać konsultacji społecznych, dotyczących właśnie działania Bydgoskiego Budżetu Obywatelskiego i wszystkie powyższe uwagi mam zamiar tam uwzględnić. To bardzo dobry krok miasta i tym bardziej ważne jest, żeby w te konsultacje zaangażowanych było równie wiele osób, jak w sam budżet obywatelski. Nim jednak one ruszą, musimy rozpocząć publiczną debatę i już teraz poważnie zacząć rozmawiać, co najbardziej trzeba zmienić i co usprawnić w funkcjonowaniu BBO.

PS: Zostawcie swoje uwagi w komentarzach! Jestem w zasadzie pewien, że sam pewne rzeczy przeoczyłem i każda Wasza uwaga jest tu na wagę złota. Kiedy przyjdzie powiedzieć miastu czego chcemy, bądźmy przygotowani! :)


- Przemek

wtorek, 13 października 2015

Na szybko. Wielka bydgoska komedia wyjazdowa - odcinek Duda!

Tydzień temu do naszego miasta przyjechała Premier Ewa Kopacz wraz z całym rządem (o czym pisałem 6 października - klik), posiedzieli, pogadali, zrobili sobie zdjęcia na tle "co tylko nowe i ładne", następnie lekko skompromitowali się i pojechali w długą, zostawiając poczucie pewnego niedosytu i niesmak. Cała wizyta zajęła dwa dni, a w tym czasie ministrowie odpowiednich dla siebie dziedzin skorzystali z pretekstu, by pokazać się na tle zakładów lotniczych, największego ośrodka onkologicznego w kraju, czy też największej w Polsce fabryki taboru kolejowego. Fotki, uśmiechy i zachwyty, ale prócz kwestii prestiżowej dla miasta nie wynikło z tego nic.

Za kilka dni, w czwartek, pojawić ma się w naszym mieście Prezydent Andrzej Duda. Co prawda wizyta potrwa tylko chwilę, w porównaniu z wizytą rządu, a niecałe dwie godziny później prezydent na mównicę wejdzie już w Szubinie (gdzie sam dojazd trwa minimum pół godziny), ale to nadal jakaś wizyta. Ciekawostką jest, że wzorem Ewy Kopacz, głowa naszego państwa na miejsce swojego wystąpienia wybrał oddział geriatryczny. Co prawda w innym szpitalu, ale to nadal ciekawa zbieżność miejsc i bardzo jestem ciekaw, czy nie padnie tu "kontra" na słowa sprzed tygodnia. Niestety, tak krótka wizyta, która pewnie połączona zostanie z przecinaniem wstęg i uroczystą lampką szampana "na otwarcie", nie zostawia za wiele miejsca na pytania od dziennikarzy. Wielka szkoda, bo gdyby Bydgoszcz została potraktowana trochę poważniej, niż pretekst do pozowania z nożyczkami, to byłaby okazja zapytać naszego nowego prezydenta o odniesienie się do jego listu, który skierował do nas, mieszkańców regionu, w czasie swojej kampanii wyborczej. Niemal połowę całego listu poświecił on wtedy upadkowi Zachemu i konsekwencjom tego zdarzenia dla naszego regionu, o czym możecie przeczytać TUTAJ.

Szpital Uniwersytecki im. dr. Antoniego Jurasza. To właśnie tutaj w uroczystościach otwarcia nowego oddziału udział Weźmie prezydent Andrzej Duda. - fot. Przemysław Jahr, Wikimedia Commons
Czy dowiemy się od prezydenta, co zamierza zrobić w sprawie zarządu dorzecza Wisły i czy wesprze podtrzymanie decyzji o ulokowaniu tej instytucji w grodzie nad Brdą, nawet jeśli jego partia zabierze się za kompletne przebudowywanie ustawy po wyborach? Czy będzie wspierać miasto w kwestiach dążenia do stworzenia w naszym mieście intermodalnego węzła przeładunkowego? Wreszcie też, czy będąc w szpitalu uniwersyteckim, odniesie się on do kontrowersyjnej sprawy wydzielenia samodzielnego Uniwersytetu Medycznego w Bydgoszczy ze struktur UMK? To tylko przykładowe tematy, które można poruszyć, a przecież jest ich o wiele więcej. Obawiam się jednak, że możemy usłyszeć tylko kilka ładnych ogólników, kilka pochwał rozwoju i niewiele znaczących fraz, a sama wizyta będzie, dokładnie jak wizyta Kopacz i rządu, jedynie pretekstem do pokazania się reporterom i ładnego uśmiechnięcia do kamer. Chociaż raz chciałbym przekonać się, że to nieprawda, że gdzie prezes nie może, tam Dudę pośle i usłyszeć jakieś konkrety. Pani premier nie potrafiła powiedzieć w Bydgoszczy niczego konkretnego, czy to samo czeka nas ze strony obecnego prezydenta?

Nie wiem, czy ktoś z działaczy lokalnych czyta moje teksty, ale jeśli tak, to panie i panowie: warto zrobić głowie państwa briefing i podpowiedzieć, że Bydgoszcz i mieszkańcy tego miasta, czekają na konkrety. Żadne zdjęcia, żadne uroczyste wyrażanie aprobaty i żadne pochwały nie są w stanie zastąpić, chociaż minimum, zainteresowania sprawami miasta.

środa, 7 października 2015

A może by tak... przyjąć "imigrantów"?

Budynek Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy.
To właśnie w tym pięknym budynku repatrianci
musieliby załatwiać sprawy urzędowe.
- fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Zanim ktokolwiek zacznie się oburzać i nim jeszcze pojawią się głosy sprzeciwu, pozwolę sobie sprostować - nie chodzi mi tutaj wcale o "wojnę na kwoty" przyjętych migrantów, którą prowadzi wewnętrznie UE, ale o zaszczepienie w Bydgoszczy pomysłów zaczerpniętych z Poznania i Wrocławia. Te dwa miasta pokazały, że nawet bez rządowego programu repatriacji, można robić coś dla naszych rodaków i/lub ich potomków, którzy jeszcze od czasów II Wojny Światowej tkwią gdzieś w byłych republikach radzieckich i innych krajach świata. Można przy tym połączyć "dobre z pożytecznym", bo chociaż nie mówi się o tym otwarcie, to właśnie wyżej wymienione miasta borykają się z problemem kompletnego wydrenowania rynku pracy i bezrobociem na poziomie zaledwie kilku procent (w Poznaniu było to nawet mniej, niż 3% na sierpień b.r.!). Nic dziwnego, że miasta te ogłosiły chęć przyjęcia garstki rodzin ze Wschodu, skoro nie tylko mogą zrobić coś dobrego dla naszych rodaków, ale też na dłuższą metę przekonają się, czy można w ten sposób podtrzymać gasnącą podaż pracowników na lokalnym rynku. Pomaga tutaj fakt, że istnieją programy rządowe dotujące takie działania i wspierające tworzenie warunków do przyjęcia repatriantów. Dzięki takiemu wsparciu centralnemu Wrocław zdołał pozyskać 30 milionów złotych, a podobna pula pieniędzy najpewniej trafi też do Poznania. Oczywiście to dwa "największe" przykłady działań, ale nawet podpoznańska gmina Tarnowo Podgórne, gdzie dynamicznie rozwija się suburbanizacja gospodarcza (w praktyce gmina jest jednym wielkim parkiem przemysłowo-gospodarczym) ściągnęła w ostatnich latach Polaków z samego Kazachstanu!

Tak rysuje się sprawa działań repatriacyjnych w kraju. Jak przekłada się to na nasz lokalny grunt? W Bydgoszczy mamy bardzo dużą grupę osób pochodzących z Ukrainy, ale są to głównie studenci WSG, które bardzo aktywnie rekrutuje u naszych wschodnich sąsiadów (na chwilę obecną z Ukrainy pochodzi co dziesiąty student tej uczelni!). Problem w tym, że to nie zawsze pokrywa się z potrzebami naszych rodaków, którzy na wschodzie tkwią często od lat i szukają innego sposobu powrotu do kraju. Tutaj nie ma już szans na wyjazdy na studia, szczególnie osób już wykształconych i z doświadczeniem zawodowym, ale to właśnie to ostatnie może okazać się tym, czego potrzeba. Całkiem niedawno bydgoska firma Mobica ogłosiła, że zatrudni od ręki stu programistów. Niestety jest z tym problem (tak lokalnie, jak i ogólnie w całym kraju) i chociaż planowali już do końca 2014 roku osiągnąć poziom zatrudnienia wysokości 200 osób, nie zdołali go osiągnąć do połowy września bieżącego roku. To oczywiście przykład z branży o wysokiej specjalizacji i wymogu znacznych umiejętności technicznych u pracowników, ale przy dynamicznie rosnącym Bydgoskim Parku Przemysłowo-Technologicznym, gdzie niemal co miesiąc pojawia się trzycyfrowa pula miejsc pracy, pracowników zacznie brakować nawet na tych stanowiskach, które nie wymagają tak wysokich kwalifikacji. Przez pewien czas ten popyt zaspokoi nasz region (np. powiat Toruński nadal boryka się z kilkunastoprocentowym bezrobociem!), ale przy utrzymaniu koniunktury i ta pula pracowników szybko się wyczerpie.

Biurowiec będący siedzibą administracji Bydgoskiego
Parku Przemysłowo-Technologicznego. - fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Warto już teraz zastanowić się, czy wzorem innych miejscowości nie warto by było uruchomić zorganizowanej akcji ściągania do Bydgoszczy specjalistów z najbardziej potrzebujących branż. Powołanie silnie współpracującej z BPPT i Urzędem Pracy agencji zajmującej się repatriacją pracowników mogłoby zaowocować utrzymaniem tempa wzrostu, które obecnie pozwala nam marzyć o "gonieniu" największych ośrodków w kraju. Niestety, wymaga to dobrego programu, woli urzędników i przede wszystkim sporej ilości pracy, którą włożyć będzie trzeba w odpowiednie opracowanie wszystkich spraw urzędowych i organizacyjnych. Czy takowe znajdą się w Bydgoszczy? Programy, jak stworzony przez UP "wynoś się stąd i nie wracaj" (nazwę nadałem od siebie, ale chyba całkiem trafnie), budzą we mnie bardzo wiele wątpliwości.

W naszym kraju już teraz pracuje kilkaset tysięcy osób, które do Polski przyjechały ze wschodu w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. To w większości młodzi, którzy przyjechali tutaj na studia i już zostali, albo wzorem naszych rodaków uciekających na Wyspy Brytyjskie wynieśli się z kraju nim związały ich z nim na stałe kredyty i rodzina. W programach repatriacji właśnie o pokonanie tych barier chodzi i pomoc powrotu do ojczyzny nie pojedynczym pracownikom, a całym rodzinom. Właśnie dlatego współpraca miasta, urzędów i przedsiębiorców jest tak potrzebna. Ściągnąć do kraju pracownika jest bardzo łatwo, ale przemieść do "nas" całe rodziny to już prawdziwe wyzwanie, którego nie można zrzucać na barki samych pracodawców, czy nawet tych, którzy przyjechali tu za chlebem. W zeszłym roku na samym tylko Podkarpaciu o pobyt czasowy starało się aż siedemset osób. Gdyby w skali kraju było to nie siedemset osób, a siedemset polskich rodzin ze wschodu (i nie tylko), moglibyśmy mówić o prawdziwej repatriacji. Najważniejsze jednak, to robić to z głową i zacząć od tych, których z dnia na dzień można przyjąć do pracy zasilając tym samym gospodarkę.

- Przemek

wtorek, 6 października 2015

Przyjechała Kopacz "posiedzieć" w Bydgoszczy...

Zawsze staram się unikać tematów politycznych innych niż sprawy dotyczące bezpośrednio Bydgoszczy i regionu. Tym razem mamy bezprecedensowe wydarzenie w Bydgoszczy, które siłą rzeczy wymaga wyłamania się z tej dyscypliny i mogę jedynie trzymać mocno kciuki, żeby ten wpis wyszedł mi tak neutralnie, jak tylko się da. Chociaż swoje sympatie i antypatie polityczne zachowam dla siebie, to pozwolę sobie na ocenę wizyty z perspektywy osoby, która w wyborach widziałaby raczej sukcesy organizacji lokalnych i wspólnych komitetów społeczników, niż ogólnopolskich partii.

Oceniając tę wizytę, trzeba najpierw uświadomić sobie szerszy rys sytuacji politycznej naszego regionu. W województwie i w samym mieście u władzy są reprezentanci partii, z której pochodzi i sama Premier Kopacz. Mogłoby się wydawać, że to cieplarniane warunki dla całej wizyty, ale w praktyce wszyscy ze sobą walczą, a marszałek naszego województwa jest w Bydgoszczy niemal wrogiem publicznym numer 1, który odpowiedzialny jest za każdą krzywdę i niesprawiedliwość, która spotkała Bydgoszcz (a przynajmniej takie panują nastroje). Przejazd z Warszawy tym razem odbyć miał się pociągiem, co siłą rzeczy prowadziło całą wizytę z przystankiem w Toruniu. Mając w pamięci poprzednie "wyjazdowe posiedzenie" zastanawiałem się, czy delegacja przyjedzie do nas ze swoimi krzesłami i na złość firmie PESA podjadą tutaj Pendolino (chociaż pewnie nie uciągnąłby dodatkowego, towarowego wagonu, pełnego krzeseł). Nie było ani krzeseł, ani Pendolino. Trudno powiedzieć czy wynikało to z uprzejmości wobec PESY, czy może powodem był kompletny brak połączeń tym typem pociągów, które przebiegałyby przez Bydgoszcz. Co warto przypomnieć, to fragmenty artykułu, który pojawił się w zeszłym roku na łamach "Rynku Kolejowego". W przytoczonym tekście przeczytać możemy, że:
"Bydgoszcz będzie jednym z najbardziej pokrzywdzonych polskich ośrodków w związku z uruchomieniem Pendolino. Zlikwidowane mają być trzy pociągi EIC kursujące obecnie z Warszawy do Trójmiasta przez Bydgoszcz („Kaszub”, „Neptun” i „Artus”), jednocześnie pociągi Pendolino kursujące z Warszawy do Trójmiasta ominą Bydgoszcz (wszystkie kursować będą przez Iławę). W zamian, w nowym rozkładzie ma zostać uruchomiony pociąg TLK „Kujawiak” w relacji Terespol – Warszawa – Bydgoszcz – Piła, kursujący pomiędzy Warszawą i Bydgoszczą w podobnych godzinach co EIC „Kaszub”. „Kujawiak” będzie zestawiony z jednostek ED74."
Składy oznaczone ED74, to pociągi Bydgostia, które PESA wyprodukowała jako jeden z pierwszych własnych zespołów trakcyjnych. Brzmi to dumnie, że przez nasze miasto przejeżdżać ma pociąg nazwany na jego cześć, ale jak dowiedzieliśmy się podczas wizyty w zakładach PESA przy okazji tegorocznego zlotu forum SSC, są to pociągi zaprojektowane pod krótkie przejazdy międzyregionalne, które nie są w stanie zagwarantować żadnego komfortu na długich przejazdach. Czy to dlatego, by uniknąć składów ED74, delegacja oficjeli musiała jechać z przesiadką i kilkugodzinną przerwą w Toruniu? W czasie tej przerwy nie mogło oczywiście zabraknąć reprezentacji Urzędu Marszałkowskiego i lokalnych działaczy, a jedynie przypuszczać możemy, jak nastawili oni Panią Premier na przyjazd do naszego miasta. Trzeba szefowej naszego rządu współczuć, bo podejrzewam, że w ogóle nie dali jej spokoju, przeciągając polityczną linę jak najdalej na swoją stronę Wisły, a na pewno to samo czeka ją w Bydgoszczy od samego momentu opuszczenia pociągu. 

Dworzec Bydgoszcz Główna pod koniec prac budowlanych. W podobnym stanie zobaczyła go wyjazdowa delegacja rządu, która przyjechała na posiedzenie w Bydgoszczy. - fot. Krystian Dobosz, Bydgoszcz w budowie

Jedną z pierwszych osób, które zdołały skupić uwagę Ewy Kopacz, był prezes naszych zakładów produkcji taboru kolejowego, Tomasz Zaboklicki, który zaprosił do nieplanowanego wcześniej oglądania składu typu Dart. Tutaj należą się dla pana Zaboklickiego brawa. Właśnie TAKIM składem powinniście, drodzy politycy, jeździć z Warszawy do Bydgoszczy! Nie składem przeznaczonym do małych dystansów i trochę na siłę dostosowanym do obsługi "Kujawiaka", a prawdziwie długodystansowym pociągiem, który przecież od wielu miesięcy chwalą jako "dumę narodową" politycy wszystkich partii. Obyśmy się tego wszyscy doczekali, czego życzę tak sobie, jak i bydgoszczanom, warszawiakom i samemu producentowi Darta.

Później w planie wizyty znalazły się typowe odwiedziny na dobiegającej końca budowie, które przyjęły postać krótkiego przemówienia przy nowo wybudowanym oddziale geriatrycznym szpitala MSW. I niby wszystko pięknie, ale znów poczułem małą igiełkę zawodu, kiedy padła zapowiedź otwarcia Instytutu Geriatrii. Można by się spodziewać, że taka wiadomość wygłoszona w Bydgoszczy, gdzie ambicje lokalnych działaczy sięgają przekształcenia Collegium Medicum UMK w samodzielny uniwersytet medyczny, dotyczyć będzie właśnie tej instytucji. Zamiast tego usłyszeliśmy, że tak, instytut powstanie, ale lepiej udawajmy, że w Bydgoszczy nie ma uczelni medycznej. Nie wiem, czy nikt z kancelarii nie ostrzegł Premier Kopacz przed nastrojami u nas panującymi, czy po prostu uznano, że kiedy nie ma się czym chwalić, to chwalić trzeba się osiągnięciami Warszawy. W ostatecznym rozrachunku wyszło to po prostu niezręcznie.


Biblioteka główna UKW w Bydgoszczy - to właśnie ten budynek stał się miejscem wyjazdowego posiedzenia rządu Ewy Kopacz. - fot. Bosyantek, Wikimedia Commons
Ostatnim punktem wizyty miało być posiedzenie rządu w budynku biblioteki UKW oraz konferencja prasowa z nim związana. Może lepiej byłoby wybrać budynek, który miasto przeznaczyło dla Zarządu Dorzecza Wisły? Usadzić naszych polityków w pustych salach, do których prowadzą martwe korytarze bez żadnej żywej duszy w pobliżu, chociaż pracować miało tam ponad dwieście osób. Czy taka aluzja byłaby wystarczająca, by uświadomić rządowi, jak bardzo rządzący zawiedli Bydgoszcz? A może, zamiast wyremontowanym odcinkiem torów dla BiT City, trzeba było przewieźć wszystkich z Torunia drogą krajową numer 10 i drogami na terenach po dawnych zakładach Zachem, gdzie większość zabudowy stanowią niszczejące budynki, w których pracował niegdyś znacznie ponad tysiąc ludzi?

Pocieszająca jest zapowiedź budowy w Bydgoszczy centrum paraolimpijskiego, które bardzo pozytywnie ocenił minister sportu, Adam Korol. Tylko co z tego, jeśli jego kadencja kończy się już za kilka tygodni, a nikt nie gwarantuje przedłużenia rządów obecnego gabinetu? Perspektywa rozpoczęcia budowy to dwa lata, po których wszystkie plany pozostawione przez obecnie rządzących zostaną najprawdopodobniej zmienione i schowane do najgłębszych czeluści archiwów państwowych. 

Podsumowując


Wyjątkowo słabo wyszła ta wizyta. Premier Ewa Kopacz przyjechała z rządem do miasta, które od 2012 roku miało być spięte S5 z trójmiastem i Poznaniem, chociaż do dzisiaj nie wbito nawet pierwszej łopaty. W czasie tej wizyty opowiedziano nam o sukcesie Warszawy, kiedy tutaj przez nie do końca uczciwą prywatyzację z dnia na dzień pracę straciły tysiące osób, nie tylko w Zachemie, ale i wszystkich firmach obsługujących te zakłady. Na koniec poprowadzono szalenie optymistyczne obrady, chociaż Bydgoszcz, znajdując się na skrzyżowaniu transeuropejskich szlaków żeglugi śródlądowej, dowiedziała się, że siedziba Zarządu Dorzecza Wisły jest równie realna, jak budowa baz na księżycu.

PS: Lekcje języka od pana Rostowskiego też nie były najlepszym pomysłem! ;)

- Przemek

piątek, 2 października 2015

Na szybko. Cotygodniowe spotkania - pisma, wnioski i budżet obywatelski.

Za nami już dwa miesiące regularnych spotkań poświęconych Bydgoszczy, które w czwartki (dawniej w środy) organizujemy w klubie Eljazz. Prócz zamkniętej grupy pasjonatów z Forum Polskich Wieżowców, z wielką przyjemnością witam na spotkaniach też wszystkich, którzy korzystają z zaproszeń pojawiających się pod postacią "wydarzenia" w profilu Po Bydgosku w serwisie Facebook. Na dotychczasowych spotkaniach pojawiło się zaskakujące grono gości. Od reprezentantów bydgoskiego biznesu, przez osoby związane ze światem nauki, po zwykłych pasjonatów naszego miasta. W efekcie prowadzonych rozmów zawiązało się już kilka ciekawych inicjatyw - jedną z nich było moje pismo wysłane do miasta w sprawie nazewnictwa ulic na terenach przejętych od dawnego Zachemu. Niestety na przeszkodzie stoi tu nadal struktura własności terenów, po których biegnie cała infrastruktura drogowa, jednak kiedy już wszystkie te sprawy zostaną uregulowane i miasto zajmie się problemem nazw, moja propozycja trafi pod obrady i to chyba najważniejsza wiadomość w tej sprawie.

Eljazz, zdjęcie z 2013 roku, jeszcze przed dopełnieniem zabudowy ul. Mostowej.
- fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Na wczorajszym spotkaniu pojawił się wśród nas Michał Sztybel, doradca prezydenta miasta, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoim podejściem i otwartością. Dzięki temu spotkaniu mieliśmy okazję porozmawiać w luźnej atmosferze na temat Bydgoskiego Budżetu Obywatelskiego, który od kilku lat funkcjonuje w naszym mieście. Sama akcja jest jak najbardziej godna pochwały i miasto bardzo wysoko punktuje u mnie takimi inicjatywami. Niestety, jak każdy względnie nowy system, BBO ma swoje mankamenty i tutaj garść bardzo fajnych informacji. Sama forma przeprowadzania BBO zostanie prawdopodobnie zmieniona, a budżet obywatelski zostanie poddany konsultacjom społecznym. Chociaż nie mogę tego nazwać oficjalnymi informacjami, kierunki zmian rysują się na chwilę obecną następująco:
  • Sytuacje, w których zgłaszający nie otrzymał informacji, w których znajdzie się pełne uzasadnienie, czemu pomysł został odrzucony, mają być niedopuszczalne.
  • Możliwe jest wprowadzenie w przyszłych edycjach większej liczby projektów, które zaproponować będzie mogła jedna osoba, ALE niemal na pewno nie będzie jednoczesnego zwiększenia liczby przysługujących głosów.
  • Jest spora szansa, że do opinii "tak/nie" rady osiedli będą musiały dodać konstruktywne uzasadnienie negatywnej oceny, dzięki czemu może skończyć się sytuacja, w której RO przepuszczą same parkingi i place zabaw.
  • Znacząco skróci się czas realizacji zaakceptowanych i przegłosowanych w publicznym głosowaniu projektów, które teraz mają być wpisywane bezpośrednio w budżet miasta po zakończeniu etapu głosowania.
  • Jest bardzo możliwe, że termin zgłaszania i głosowania ze środka lata przesunięty zostanie na wiosnę, poza sezon urlopowy, kiedy znaczna część mieszkańców jest poza miastem. 
Wszystkie te zmiany byłyby bardzo dobre i cieszy mnie niezmiernie, że budżet zostanie lepiej dopasowany do oczekiwań mieszkańców we współpracy z nami samymi. To właśnie konsultacje są najważniejszą częścią zmian, bo wnoszą element zaangażowania mieszkańców w proces tworzenia zasad, na których opiera się funkcjonowanie miasta.

Tym bardziej zapraszam Was wszystkich na kolejne spotkania, które organizowane będą przez nasze grono pozytywnie nakręconych społeczników. Informacja o nich pojawiać się będzie w zakładce "Wydarzenia" facebookowego profilu Po Bydgosku wraz z informacjami o miejscu, godzinie i proponowanych tematach, które warto będzie omówić. Zapraszam każdego, w każdym wieku i niezależnie od zameldowania, bo tak naprawdę łączy nas samo zaangażowanie w życie tego miasta i więcej nam absolutnie do działania nie trzeba!



- Przemek.

czwartek, 1 października 2015

Czy radość przegrała u nas z ponurą księgowością?

Bydgoszcz od dłuższego czasu przeżywa ożywienie. Remontowane są kamienice, tworzone coraz dłuższe odcinki pięknych bulwarów, a Wyspa Młyńska z dziury zmieniła się w perełkę. Do tego dochodzą zupełnie odnowione parki, efektownie podświetlone fontanny i rzeźby - nowe i odnowione. To wszystko dzieło zaledwie kilku ostatnich lat i mogę śmiało powiedzieć, że w skali jednego miasta jest to zmiana niemal gwałtowna. Mimo wszystko coś nie gra, gdzieś wyłazi nasza polska "bylejakość", a powody do naszej miejskiej dumy bardzo szybko obracają się w smutny przykład braku wyobraźni i pomnik bezdusznej kalkulacji "dusigroszy". To oczywiście przypadłość wielu miast w naszym kraju i Bydgoszcz nie jest tu osamotnionym wyjątkiem, ale mieszkanie w jednym z miast dotkniętych problemem boli podwójnie, kiedy jest to nasze kochane miasto rodzinne. Przykładów jest sporo, więc pozwolę sobie po kolei przejść przez kilka. Na szczęście władze miasta, ale też spółki działające na terenie Bydgoszczy, coraz częściej reagują na głos mieszkańców i zabierają się do roboty, ale do tego wrócę w dalszej części swojego wpisu.

Utrzymanie? Bieżące naprawy? Nie!



Zaskakujące jest, jak często można pewne wojskowe terminy przenieść na działania miejskie. Podobnie, jak niektóre typy uzbrojenia, tak wiele miejskich inwestycji odbywa się zgodnie z zasadą "odpal i zapomnij". Liczy się tylko wyduszenie z siebie jak największego wkładu własnego do inwestycji dotowanych przez UE, a potem? Potem "jakoś to będzie", a przecież na horyzoncie jest następna inwestycja i następna pula pieniędzy do zgarnięcia, do których przecież trzeba dołożyć drugie tyle własnych funduszy. Szkoda by było, gdyby się "zmarnowały" na jakieś tam utrzymanie.


Zniszczona i kompletnie zaniedbana ławka przy miejskiej przystani na Wyspie Młyńskiej - fot. Krystian Dobosz, BWB
Temat, w szczególności skupiając się na Wyspie Młyńskiej, poruszany był już na blogu "Bydgoszcz w budowie", który prowadzi Krystian Dobosz (jego zdjęcia często ilustrują moje wpisy!). Całe szczęście udało się wtedy wywalczyć trochę napraw, więc tym bardziej warto o tym mówić i warto wysyłać pisma do instytucji odpowiedzialnych za utrzymanie przestrzeni publicznej. Więcej o działaniach Krystiana przeczytacie TUTAJ (spis usterek i zaniedbań) i TUTAJ (rezultaty interwencji).

Równie ciekawie rozwija się sprawa Doliny Śmierci w Fordonie, którą poruszył Błażej Bembnista, współprowadzący facebookowe profile "Fordon na co dzień" oraz "Bydgoskie miejsca pamięci". Miejsce to znane jest większości mieszkańców Fordonu i sporej części mieszkańców naszego miasta. Kiedyś był to cel licznych wycieczek szkolnych, a także jedna z niewielu namiastek parków w tej części Bydgoszczy. Niestety, chociaż w bezpośrednim sąsiedztwie prowadzi się wielomilionową inwestycję "Dom Jubileuszowy" (w bardzo dużym wsparciem pieniędzy miejskich i wojewódzkich), a na zboczach Fordońskich wzniesień za niemal pół miliona powstały stacje drogi krzyżowej, to na utrzymanie miejsca spoczynku tysięcy ofiar niemieckich nazistów już pieniędzy nie ma. Okazuje się, że do utrzymania tego obiektu nikt się nie poczuwa i ani na szczeblu miejskim, ani nawet wojewódzkim nie istnieje osoba za to odpowiedzialna. Zarząd nad całym obiektem rozbity jest między Wydział Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska Urzędu Miasta oraz Miejski Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Bydgoszczy, natomiast sam teren jest własnością skarbu państwa. Ja to mówi stare przysłowie: "Gdzie kucharek sześć ..." 

Zniszczone i zdemolowane elementy małej architektury, wymazane przystanki, parki i miejsca pamięci zarastające chwastami oraz wszelkie inne braki na ogół dałoby się skorygować z dnia na dzień. Można odnieść przerażająco smutne wrażenie, że są to obiekty porzucone przez miasto do czasu, aż rozpadną się ponownie do poziomu, który uzasadni wzięcie dotacji na "rewitalizację". Coraz częściej przekonujemy się, że przestrzeń miejska zmienia się w produkt jednorazowego użytku, który taniej (przez system dotacji) jest wyeksploatować i zbudować od nowa, niż utrzymywać w dobrym stanie technicznym.


Tylko cięcie kosztów i wyłączanie "bajerów"!



Przystań miejska z włączoną iluminacją wnęki.
- fot. Pit1233, Wikimedia Commons
A co z inwestycjami miasta, które miały być "na lata"? Mogłoby się wydawać, że takie miejsca, jak muzea i inne reprezentacyjne budynki będą w Bydgoszczy przez długi czas stanowić ozdobę miasta, nie tylko ściągając wzrok turystów, ale też sprawiając, że codzienne funkcjonowanie w Bydgoszczy będzie milsze dla mieszkańców. Świetnym przykładem jest Przystań Miejska, czyli popularnie "marina" na Wyspie Młyńskiej. Pomijając kwestie koloru drewna, które miało się ładnie zestarzeć, charakterystycznym elementem budynku była (i w zasadzie nadal jest) wnęka podświetlona nocą na zmieniające się kolory. Od czerwieni po zieleń, diodowa iluminacja sprawiała, że nocny krajobraz miasta wyrywał się trochę z pomarańczowej monotonii sodowego oświetlenia ulicznego. Przez pewien czas pięknie to działało i spacerując bulwarami ciągnącymi się wzdłuż Brdy, aż miło było odwrócić wzrok w kierunku drugiego brzegu rzeki. Teraz, niestety, kolory kompletnie zniknęły z elewacji budynku nagrodzonego mianem "bryły roku", co tylko dodatkowo podkreśliło proces starzenia się i ciemnienia drewna na elewacji. Mam wrażenie, że decyzję podjęto wyłącznie w imię zmniejszenia comiesięcznego rachunku za prąd, kompletnie ignorując wpływ tej decyzji na krajobraz całego miasta. Mam ogromną nadzieję, że naciskając na władze miasta uda się uzyskać wymuszenie na operatorze budynku przywrócenie jednego z najważniejszych elementów ozdobnych przystani.

Wieża ciśnień na południowej skarpie miasta.
Charakterystyczną wieżę widać z ogromnej części
Bydgoszczy. - fot. sebdok, Wikimedia Commons
Dokładnie taki sam los spotkał bardzo charakterystyczny dach wieży ciśnień na Szwederowie, który malowniczo wyrasta zza linii drzew porastających skarpę doliny Brdy. Regularnie zmieniająca kolor iluminacja, tworząca momentami wzór miejskiej flagi została swojej wyjątkowo oryginalnej iluminacji pozbawiona.  Chociaż sam obiekt nadal pozostaje w pełni podświetlony nocą, to jest to już tylko podświetlenie jednokolorowe, które nie przykuwa za wiele uwagi i sprawia, że wieża ciśnień ginie gdzieś w miejskim krajobrazie (a wież wszelkiej maści u nas nie brakuje). Zagadką pozostaje dla mnie, czemu zdecydowano się właśnie na takie rozwiązanie. Teoretycznie nie robi to większej różnicy w kosztach funkcjonowania, ale mimo to uznano, że wieża nie będzie już ozdobiona kolorami. Komu przeszkadzał taki radosny widok w naszym mieście? Niestety, możemy nigdy się nie dowiedzieć. Na szczęście możemy, dokładnie tak samo, jak w przypadku mariny na Wyspie Młyńskiej, naciskać na władze miasta i domagać się powrotu kolorów na charakterystyczny dach obiektu. Przy odrobinie szczęścia uda się ugrać korekty dokładnie tak, jak swoimi interwencjami w sprawie zaniedbania przestrzeni publicznej remonty zdołał wymusić Krystian z BWB.

Oczywiście trzeba sprawiedliwie przyznać, że wiele budynków i obiektów inżynieryjnych nadal pozostaje pięknie podświetlonych nocą i nadal całą serią barw zdobi nasze miasto zabudowa przy ulicy Mostowej, Trasa Uniwersytecka czy trochę już starszy od powyższych most tramwajowy na trasie prowadzącej do dworca Bydgoszcz Główna. Podobnie ma się sprawa kolorowego podświetlenia w fontannach, które do samego końca sezonu zdają się działać w pełnej krasie. Trzymam mocno kciuki, by w kolejnych latach dalej tak było i nie trzeba było w żaden sposób naszych włodarzy poganiać do zajęcia się Bydgoszczą i estetyką przestrzeni publicznej.

Nie tylko inwestycje - o naturę też trzeba dbać!



Hala Łuczniczka, gdzie odbywają się imprezy sportowe i targowe
stanowi jeden z obiektów reprezentacyjnych naszego miasta.
Niestety o bezpośredniej okolicy nie można tego powiedzieć.
- fot. Monika Niewiadomska
Budynki budynkami, bulwary bulwarami, ale przecież nie tylko to, co zostało "nowo wybudowane" za grube pieniądze, należy utrzymywać i sprzątać. Równie wiele uwagi należy poświęcić na utrzymanie stanu terenów niezabudowanych i naturalnej przestrzeni, wokół której rośnie nasze miasto. Jednym z przykładów może być południowa skarpa miasta, na której znajduje się jeden z piękniejszych ciągów spacerowych i park z wieloma punktami widokowymi. Tyle teorii. W praktyce skarpa jest tak zarośnięta kompletnie niekontrolowaną roślinnością, że punkty widokowe stanowią tylko płaskie połacie trawy z widokiem na gęste listowie, a o istnieniu samego parku wielu bydgoszczan nie ma nawet pojęcia. O konieczności, chociaż częściowego, uporządkowania tego terenu pisałem nawet w ramach propozycji do VI-go budżetu obywatelskiego, ale niestety rada osiedla uznała, że nikomu żadne parki i widoki nie są do niczego potrzebne i projekt trafił do kosza. Szkoda, bo kładka dla pieszych nad Trasą Uniwersytecką dała nam przedsmak tego, jak pięknie mogłoby się prezentować miasto z wysoka!

Drugim, jeszcze ważniejszym, elementem krajobrazu Bydgoszczy jest Brda. Przecinająca całe miasto rzeka, w wielu miejscach pięknie uregulowana i ozdobiona co rok przedłużającymi się bulwarami spacerowymi, nadal nie jest utrzymywana na bieżąco przez miejskie służby. W pierwszej połowie września dostałem całą serię zdjęć przedstawiających prawdziwy syf, który unosi się na wodzie w samym centrum miasta, a nie dalej jak wczoraj, spacerując bulwarami przy Operze, zauważyłem unoszące się w Brdzie drzewo! Na pewno wielu z Was przechodząc kładką na Wyspę Młyńską albo poruszając się mostkiem rozpiętym nad Młynówką, miało okazję podziwiać cały gąszcz wodorostów i innej roślinności powoli zarastających koryto rzeki. To wszystko powinno już dawno zostać posprzątane, ale miasto wydaje się nie być specjalnie zainteresowane problemem. Ponownie mam wrażenie, że gdzieś ktoś czeka, aż cały ten brud i syf zacznie "wyłazić" na brzeg i oblepiać buty przechodniów, nim podjęte zostaną jakiekolwiek działania.
Bardzo smutnym potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że wyłowione z Brdy na początku września bieżącego roku zwłoki znajdowały się już w stanie rozkładu wskazującym, że znajdowały się w wodzie od dłuższego czasu. Czemu nikt tego nie zauważył? Czemu nie ma w Bydgoszczy żadnych służb monitorujących stan rzeki? Prawdopodobnie i tutaj wszystko rozbija się o koszty funkcjonowania takiej jednostki.

Drzewo zatopione w wodach Brdy przy bulwarze w okolicach Opery Nova. Takie rzeczy z reprezentacyjnych miast powinny znikać błyskawicznie! - fot. własne
Zdjęcia nadesłane przez Panią Monikę Niewiadomską, wraz z kilkoma moimi fotkami zrobionymi w ostatnich dniach, trafiły już do bydgoskiego Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska. Jestem bardzo ciekawy, co usłyszę w odpowiedzi na swoje zgłoszenie. Nim jednak to się stanie zachęcam Was wszystkich, żeby zgłaszać do odpowiednich służb wszystkie uszkodzenia, braki i zaniedbania. Tylko my sami możemy pilnować odpowiedniego utrzymania naszego miasta i zapewnienia chociaż minimum prac konserwacyjnych do pary z nowymi inwestycjami. Pamiętajcie - mamy rok wyborczy i właśnie teraz wszystkim będzie zależało, by pokazać siebie i swoje ugrupowanie z jak najlepszej strony. Grzechem byłoby nie wykorzystać tego na korzyść mieszkańców!


AKTUALIZACJA - 2 X 2015
Muszę częściowo zwrócić honor zarządzającym miejską przystanią - dzisiaj byłem w restauracji naszej miejskiej przystani i zauważyłem, że kolorowe listwy jednak się świecą. Bardzo słabym, denaturatowo-fioletowym światłem, ale świecą mimo wszystko. Niestety problem w tym, że z daleka jest to niezauważalne, a barwa światła się kompletnie nie zmienia, więc to nadal WIELKI minus w porównaniu do stanu pierwotnego!


- Przemek