środa, 7 października 2015

A może by tak... przyjąć "imigrantów"?

Budynek Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy.
To właśnie w tym pięknym budynku repatrianci
musieliby załatwiać sprawy urzędowe.
- fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Zanim ktokolwiek zacznie się oburzać i nim jeszcze pojawią się głosy sprzeciwu, pozwolę sobie sprostować - nie chodzi mi tutaj wcale o "wojnę na kwoty" przyjętych migrantów, którą prowadzi wewnętrznie UE, ale o zaszczepienie w Bydgoszczy pomysłów zaczerpniętych z Poznania i Wrocławia. Te dwa miasta pokazały, że nawet bez rządowego programu repatriacji, można robić coś dla naszych rodaków i/lub ich potomków, którzy jeszcze od czasów II Wojny Światowej tkwią gdzieś w byłych republikach radzieckich i innych krajach świata. Można przy tym połączyć "dobre z pożytecznym", bo chociaż nie mówi się o tym otwarcie, to właśnie wyżej wymienione miasta borykają się z problemem kompletnego wydrenowania rynku pracy i bezrobociem na poziomie zaledwie kilku procent (w Poznaniu było to nawet mniej, niż 3% na sierpień b.r.!). Nic dziwnego, że miasta te ogłosiły chęć przyjęcia garstki rodzin ze Wschodu, skoro nie tylko mogą zrobić coś dobrego dla naszych rodaków, ale też na dłuższą metę przekonają się, czy można w ten sposób podtrzymać gasnącą podaż pracowników na lokalnym rynku. Pomaga tutaj fakt, że istnieją programy rządowe dotujące takie działania i wspierające tworzenie warunków do przyjęcia repatriantów. Dzięki takiemu wsparciu centralnemu Wrocław zdołał pozyskać 30 milionów złotych, a podobna pula pieniędzy najpewniej trafi też do Poznania. Oczywiście to dwa "największe" przykłady działań, ale nawet podpoznańska gmina Tarnowo Podgórne, gdzie dynamicznie rozwija się suburbanizacja gospodarcza (w praktyce gmina jest jednym wielkim parkiem przemysłowo-gospodarczym) ściągnęła w ostatnich latach Polaków z samego Kazachstanu!

Tak rysuje się sprawa działań repatriacyjnych w kraju. Jak przekłada się to na nasz lokalny grunt? W Bydgoszczy mamy bardzo dużą grupę osób pochodzących z Ukrainy, ale są to głównie studenci WSG, które bardzo aktywnie rekrutuje u naszych wschodnich sąsiadów (na chwilę obecną z Ukrainy pochodzi co dziesiąty student tej uczelni!). Problem w tym, że to nie zawsze pokrywa się z potrzebami naszych rodaków, którzy na wschodzie tkwią często od lat i szukają innego sposobu powrotu do kraju. Tutaj nie ma już szans na wyjazdy na studia, szczególnie osób już wykształconych i z doświadczeniem zawodowym, ale to właśnie to ostatnie może okazać się tym, czego potrzeba. Całkiem niedawno bydgoska firma Mobica ogłosiła, że zatrudni od ręki stu programistów. Niestety jest z tym problem (tak lokalnie, jak i ogólnie w całym kraju) i chociaż planowali już do końca 2014 roku osiągnąć poziom zatrudnienia wysokości 200 osób, nie zdołali go osiągnąć do połowy września bieżącego roku. To oczywiście przykład z branży o wysokiej specjalizacji i wymogu znacznych umiejętności technicznych u pracowników, ale przy dynamicznie rosnącym Bydgoskim Parku Przemysłowo-Technologicznym, gdzie niemal co miesiąc pojawia się trzycyfrowa pula miejsc pracy, pracowników zacznie brakować nawet na tych stanowiskach, które nie wymagają tak wysokich kwalifikacji. Przez pewien czas ten popyt zaspokoi nasz region (np. powiat Toruński nadal boryka się z kilkunastoprocentowym bezrobociem!), ale przy utrzymaniu koniunktury i ta pula pracowników szybko się wyczerpie.

Biurowiec będący siedzibą administracji Bydgoskiego
Parku Przemysłowo-Technologicznego. - fot. Pit1233, Wikimedia Commons
Warto już teraz zastanowić się, czy wzorem innych miejscowości nie warto by było uruchomić zorganizowanej akcji ściągania do Bydgoszczy specjalistów z najbardziej potrzebujących branż. Powołanie silnie współpracującej z BPPT i Urzędem Pracy agencji zajmującej się repatriacją pracowników mogłoby zaowocować utrzymaniem tempa wzrostu, które obecnie pozwala nam marzyć o "gonieniu" największych ośrodków w kraju. Niestety, wymaga to dobrego programu, woli urzędników i przede wszystkim sporej ilości pracy, którą włożyć będzie trzeba w odpowiednie opracowanie wszystkich spraw urzędowych i organizacyjnych. Czy takowe znajdą się w Bydgoszczy? Programy, jak stworzony przez UP "wynoś się stąd i nie wracaj" (nazwę nadałem od siebie, ale chyba całkiem trafnie), budzą we mnie bardzo wiele wątpliwości.

W naszym kraju już teraz pracuje kilkaset tysięcy osób, które do Polski przyjechały ze wschodu w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. To w większości młodzi, którzy przyjechali tutaj na studia i już zostali, albo wzorem naszych rodaków uciekających na Wyspy Brytyjskie wynieśli się z kraju nim związały ich z nim na stałe kredyty i rodzina. W programach repatriacji właśnie o pokonanie tych barier chodzi i pomoc powrotu do ojczyzny nie pojedynczym pracownikom, a całym rodzinom. Właśnie dlatego współpraca miasta, urzędów i przedsiębiorców jest tak potrzebna. Ściągnąć do kraju pracownika jest bardzo łatwo, ale przemieść do "nas" całe rodziny to już prawdziwe wyzwanie, którego nie można zrzucać na barki samych pracodawców, czy nawet tych, którzy przyjechali tu za chlebem. W zeszłym roku na samym tylko Podkarpaciu o pobyt czasowy starało się aż siedemset osób. Gdyby w skali kraju było to nie siedemset osób, a siedemset polskich rodzin ze wschodu (i nie tylko), moglibyśmy mówić o prawdziwej repatriacji. Najważniejsze jednak, to robić to z głową i zacząć od tych, których z dnia na dzień można przyjąć do pracy zasilając tym samym gospodarkę.

- Przemek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz