środa, 13 stycznia 2016

Bydgoszcz, a może lepiej Bydgostia?

Temat nazwy naszego miasta jest szalenie złożony i pierwszy raz dał mi do myślenia, kiedy to odbił się szerszym echem w kampanii wyborczej 2014, kiedy to Jacek Rostowski z PO pokazał, że nie potrafi nawet poprawnie odmienić nazwy naszego miasta przez przypadki. Wpadka okazała się na tyle poważna, że nawet start z pierwszego miejsca nie zakończył się wyborem tego kandydata i jedynie pogrążył go jeszcze mocniej pokazując beznadzieję politycznych "spadochroniarzy", których bydgoszczanie tak bardzo nie lubią. Nic w tym dziwnego, bo na ogół miasta kończące się twardym "cz" odmienia się w rodzaju męskim, a dla osoby pochodzącej spoza naszego kraju (Rostowski urodził się w Wielkiej Brytanii) słowo "Bydgoszcz", jako szczególny wyjątek gramatyczny w i tak trudnym już języku polskim, musi być prawdziwym koszmarem.

Problem z naszym nieszczęsnym "Bydgoszczem" jest o wiele szerszy, niż tylko w kwestii wyborów i kompromitacji polityków, bo szalenie utrudnia nam promocję miasta w kraju i poza jego granicami. Nie pomaga tutaj skomplikowana dwuczłonowa nazwa województwa i bliskość wpisanego na listę UNESCO Torunia, którego nazwa nie tylko jest prostsza, ale też kojarzona ze słynnym astronomem. Kiedy na zlecenie władz wojewódzkich, wykonano badanie marki województwa, efektem była skrytykowana mocno propozycja stosowania nazwy Copernicus Region zamiast urzędowej nazwy województwa. Za wzór podano Kraków, promujący Małopolskę jako "Kraków Region", ale nie spotkało się to ze zbyt wielką aprobatą. Gdzie w tym wszystkim Bydgoszcz? Nie do końca wiadomo i podejrzewam, że jeszcze bardziej skomplikowałoby to promocję naszego miasta.

Na pomysł jednego z rozwiązań naprowadził mnie udostępniony w serwisie VOD TVP krótki film z serii "Polska z Miodkiem", gdzie znany profesor Jan Miodek opowiada o trudnych częściach naszej ojczystej mowy. Nic dziwnego, że Bydgoszcz doczekała się własnego odcinka i jej niezwykły przypadek stał się sztandarowym przykładem, jak z biegiem lat całkiem ładna i prosta nazwa komplikowała się coraz bardziej i bardziej, wraz ze zmianami zachodzącymi w samym języku. Co warto zapamiętać i podkreślić - miasto wielokrotnie zmieniało swoją nazwę, więc może warto się zastanowić, czy nie nadszedł czas na kolejną taką zmianę?


Fragment pochodzącej z 1570 roku mapy Wacława Gordeckiego. Co ciekawe, na mapie sporządzonej po łacinie równolegle funkcjonują nazwy Bidgostia oraz Bromberg, a miejscowości zaznaczone są jako niezależne ośrodki. Mapę w znacznie większej rozdzielczości znajdziecie TUTAJ.
Najładniej brzmiąca nazwa, jakiej używano historycznie, to łacińska Bidgostia. Spolszczona do współczesnej postaci mogłaby brzmieć "Bydgostia" i nie tylko jest ona bardzo łatwa do skojarzenia z obecnie używaną "Bydgoszczą", ale znalazła też faktyczne zastosowanie w nazwie pociągów firmy PESA, a także jako nazwa (częściowa) lokalnego towarzystwa wioślarskiego LOTTO-Bydgostia, dzięki czemu jest to nazwa żywa i funkcjonująca do pewnego stopnia we współczesnym języku. Na korzyść zmiany przemawia tutaj kompletne pozbycie się bardzo trudnego zlepku spółgłosek "szcz", który na arenie międzynarodowej (szczególnie w krajach anglojęzycznych) powoduje rwanie włosów z głowy i nierzadko pełną kapitulację osoby próbującej znaleźć odpowiednią wymowę. Świetnie pokazuje to film, który jakiś czas temu pojawił się w serwisie YouTube - jak łatwo się domyślić, Bydgoszcz była jednym z najtrudniejszych wyzwań dla Amerykanów. Zastanawia mnie, ilu zagranicznych inwestorów całkowicie zrezygnowało z brania naszego miasta pod uwagę tylko dlatego, że nie potrafili wyobrazić sobie promowania placówki ulokowanej w naszym mieście. Niby światem biznesu rządzi tylko pieniądz, ale kiedy w grę wchodzi sprawny marketing, trzeszcząca nazwa, której żaden klient i kontrahent nie będzie w stanie wymówić, może stać się kulą u nogi dla każdego, kto chce działać na arenie międzynarodowej.

Ostatnim problemem jest... psychologia! Ludzie przywiązują się do nazw, a konieczna wymiana dokumentów powoduje szalenie silny opór ze strony większości społeczeństwa. "A po co? A komu to potrzebne?" to pytania, które zawsze podnoszone są w sytuacjach, gdy zmianie ulega nazwa ulicy. W skali miasta mogę sobie wyobrazić wielką falę świętego oburzenia, ale czy słusznie? Miasta zmieniają nazwy od wieków. Dawny Królewiec jest teraz Kaliningradem, Danzig to teraz Gdańsk,  a od 1 stycznia bieżącego roku Stargard już nie jest "Szczeciński". Właśnie to ostatnie miasto nie chciało być rozpoznawane jako "to pod Szczecinem" i może to właśnie jest najważniejsze? U nas istotą problemu jest wymowa, a nie dodany przymiotnik, jednak efekt często jest ten sam. Bydgoszcz także stać na to, aby z biegiem czasu nie stać się jedynie "miastem obok dobrze znanego Torunia".

- Przemek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz