wtorek, 19 stycznia 2016

Camerimage - czy wielka "zrzutka" ma sens?

O festiwalu Camerimage ostatnio bardzo niewiele się mówi i chyba można śmiało powiedzieć, że "kurz" i emocje opadły do bezpiecznego poziomu, by bez zbędnego zamieszania porozmawiać o tym, co festiwal dedykowany technicznej części świata filmowego daje naszemu miastu. Warto też poruszyć ten temat, kiedy w artykule "Zrzutka na centrum dla festiwalu Camerimage" czytamy, że miasto zapowiedziało właśnie kolejne podejście do budowy centrum kongresowego nad Brdą. Już teraz wyczuwam nadchodzącą na dniach nową sprzeczkę, gdzie do wojny o Camerimage stanie jednocześnie kilka stron, każda z argumentami podobnego kalibru i każda z odrobiną racji w tym wszystkim. Nim jednak rozpęta się ta "burza", skorzystam z ostatnich godzin spokoju i dorzucę swój komentarz, kiedy jeszcze można mówić rozumem, a nie sercem.


Opera Nova w Bydgoszczy, gdzie obecnie odbywa się festiwal Camerimage
- fot. Pit1233 / Wikimedia Commons
Pojawienie się powyższego artykułu niemal idealnie wpasowało się w to, czym ostatnio się zajmowałem. Przyznam szczerze, że nigdy bym się nie spodziewał, że tak wiele przydatnych elementów zbiegnie się w czasie, ale skoro już są, czas zaprząc to wszystko do pracy. Zaledwie kilka dni temu miałem przyjemność być widzem na spektaklu "My Fair lady" w Bydgoskiej operze, a wczoraj odwiedziłem bydgoskie Blackfish Studio, gdzie miałem okazję usłyszeń o Camerimage kilka słów także od ludzi zawodowo zajmujących się sztuką filmową. Zacznijmy od spektaklu i czemu ma to takie znaczenie.


Opera Nova faktycznie może organizatorom Camerimage wydawać się za mała, ale akurat nie mi oceniać, bo na festiwal dopiero będę musiał się wybrać (oby już na następny). Po ostatniej wizycie moją uwagę o wiele bardziej przykuł stan obiektu. Obicia siedzeń niedługo trafić będą musiały w ręce tapicera, albo całe siedzenia czekać będzie wymiana, zaś wielokrotnie wymieniane punkty świetlne, zapewniające odpowiednie oświetlenie widowni, nie świecą już nawet taką samą barwą światła. O ogólne wrażenie jest takie, że nasza Opera zaczyna pokazywać, iż "nabiera lat". Nie jest jeszcze ani trochę źle, ale już niebawem mogą zacząć się pojawiać poważniejsze mankamenty i w żaden sposób międzynarodowy festiwal, którego laureaci nominowani są "z urzędu" do Oscara, na takie coś pozwolić sobie nie może. Warto też zaznaczyć, że obecna forma festiwalu już wypełnia istniejący obiekt w całości i trudno tutaj mówić o przestrzeni do dalszego rozwoju i rozbudowy oferty festiwalu. Najłatwiej problem ten byłoby rozwiązać właśnie poprzez postawienie nowego obiektu w znacznej mierze "skrojonego na miarę", ale nie pod festiwal jako taki, a pod najbardziej zaawansowane i wyszukane techniki filmowe. Cytując za artykułem gazety:
"(...)Żydowicz podkreśla jednak, że inwestycja powinna być magnesem dla turystów i organizatorów komercyjnych przedsięwzięć. - Warto pomyśleć o sali kinowej typu Imax z nagłośnieniem Atmos, na które składa się 350 głośników - mówi. - Na kulturze można zarobić, ale nie dodając tylko lekki makijaż do tego, co zostawił nam PRL."
Jest to o tyle ważne, że kompletnie mija się z głównym argumentem przeciwników budowy centrum kongresowego, czyli oskarżeniem o budowę obiektu pod jedną imprezę, który stać będzie pusty i generować koszty. Wszyscy, włącznie z samym Markiem Żydowiczem, są doskonale świadomi, że trzeba będzie dla tego obiektu znaleźć odpowiednie zagospodarowanie przez cały rok, a nie tylko w okresie trwania festiwalu. Osobiście widziałbym tutaj szansę w organizacji dużych konferencji medycznych, z naciskiem na środowiska naukowców zajmujących się onkologią, czy nawet wydarzeń NATO-wskich wysokiego szczebla. To oczywiście tylko luźne pomysły, ale jestem absolutnie pewien, że gdyby tylko takie miejsce powstało, jego zarządzaniem zająłby się zespół specjalistów, którzy w szybkim czasie zapełniliby kalendarz wydarzeń tu organizowanych. 

Plac Teatralny, obecnie zamieniony w parking. Za plecami park, który powstał w miejscu zniszczonego w wyniku działań wojennych Teatru Miejskiego. Jeśli inwestycja w centrum festiwalowe doszłaby do skutku, tak właśnie mógłby wyglądać widok sprzed wejścia głównego. - fot. Pit1233 / Wikimedia Commons
Drugą ważną kwestią, którą chciałem w swoim wpisie poruszyć, jest wpływ festiwalu na Bydgoszcz, jej rozpoznawalność i mówiąc wprost - reklamę miasta przez powiązanie ze świętem operatorów filmowych. Wiele osób dość słusznie podnosi argument rozpoznawalności miasta, które nie jest uwzględnione w nazwie, przez co nigdy nie usłyszymy na gali Oscarów, że dany film został nominowany do nagrody akademii dzięki zwycięstwu w Bydgoszczy. Nie oszukujmy się - mają rację! Jest to ogromny błąd ze strony włodarzy Bydgoszczy, ale zamiast teraz bić o to pianę i kruszyć kopie, zadbałbym po prostu o odpowiedni zapis umieszczony w przyszłej umowie o organizacji festiwalu. O wiele ważniejszym pytaniem jest, czy Bydgoszcz coś na walce o Camerimage zyskuje?

Podczas wczorajszych odwiedzin w Blackfish Studio spędziłem wiele czasu, wypytując ekipę o ich pracę, kuluary prowadzenia zdjęć i tym podobne aspekty z życia filmowca. W pewnym momencie rozmowa zeszła na krótko w kierunku omawianego tu właśnie festiwalu. Jak się okazało, filmowcy zza granicy właśnie na Camerimage starali się poznać i nawiązać współpracę z miejscowymi ekipami. W Bydgoszczy tego nie widać, szczególnie z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca, bo zdjęcia bardzo często prowadzone są w studiach, we wnętrzach budynków, albo na wyjazdach plenerowych. Są to jednak wciąż ujęcia kręcone przez bydgoskie firmy, w których pracują bydgoszczanie. Jest to powoli budująca się w naszym mieście branża, która prócz agencji stricte reklamowych w zasadzie nie istniała. Takie rzeczy nie dzieją się wcale spontanicznie w przypadkowych miastach i przyczyny rozwoju tego środowiska należy przynajmniej po części upatrywać właśnie w stymulującym wpływie Camerimage (nie umniejszając ani trochę znaczenia umiejętności i doświadczenia naszych lokalnych filmowców!). Kto wie, jak dalej rozwinie się ta gałąź gospodarki.

Niepozornie wyglądający budynek przy ulicy Focha w Bydgoszczy
to Hotel Mercure-Bydgoszcz "Sepia" usytuowany tuż przy
Operze Nova, gdzie odbywa się Camerimage.
- fot. Pit1233 / Wikimedia Commons
Na koniec trzeba dodać jeszcze jeden ważny aspekt, o którym wiele osób zdaje się zapominać. Chodzi tu głównie o ruch turystyczny, zapełnienie hoteli i stymulację dla naszego lotniska (tak, pozwólcie mi wytłumaczyć). Sam festiwal operatorów to tylko garść dni, podczas których goście zza granicy zostają w Bydgoszczy. To bardzo niewiele i w skali miasta wydawać się może zupełnie nieistotne. Należy sobie zadać pytanie, czy jest jakikolwiek sens rozpatrywać to tylko w tak wąskich kategoriach? Skoro samo utrzymanie festiwalu w Bydgoszczy wiąże się bezwzględnie z budową centrum kongresowego w sercu miasta, a jego budowa będzie ekonomicznie uzasadniona tylko dlatego, że planowane jest organizowanie u nas znacznie większej liczby imprez, to wszystkie liczby przypisywane ruchowi hotelowemu, odwiedzinom w restauracjach i zapotrzebowaniu na połączenia lotnicze mnożyć należy o kilka rzędów wielkości, jeśli nie dziesięciokrotnie.

Jestem absolutnie przekonany, że prezydent Bruski doskonale zdaje sobie z tego sprawę i jego opinia "księgowego Bydgoszczy" jest mocno uzasadniona. Jego walkę o zatrzymanie Camerimage w naszym mieście powinniśmy popierać wszyscy, bez wyjątków i takiego stanowiska będę bronił z pełnym przekonaniem. To nie jest ślepy wydatek, a inwestycja, trzeba jedynie zrozumieć, że tu wcale nie chodzi o samą imprezę pana marka Żydowicza, a o całą serię imprez i cały pakiet połączonych i wynikających z siebie wzajemnie korzyści.

- Przemek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz