niedziela, 31 stycznia 2016

Waleczne serce

Dzisiaj nie będzie tekstu o Bydgoszczy, chociaż dotyczyć może wielu bydgoszczan, zupełnie przypadkiem. Będzie dużo przykrych wydarzeń i ludzkiej bezmyślności, głupoty i absolutnej znieczulicy, która doprowadziła do tragedii. Sprawa nie wszystkim z Was wyda się ważna, ale dla mnie to szczególny splot wydarzeń, który koniecznie chciałbym opowiedzieć wszystkim, którzy mogą coś zmienić. Wszelkie nazwy i personalia daruję sobie zupełnie, ponieważ bardzo bym chciał, żeby wszyscy "uwikłani" w tę historię mogli dalej cieszyć się świętym spokojem i nawet przypadkiem nie stali się celem w taki, czy inny sposób. Wybór tytułu zrozumiecie już po pierwszych kilku akapitach. Proszę tylko o jedno - zanim skomentujecie ten tekst, doczytajcie go do końca.


Koty i wszelkiego typu "pudełka". To zestawienie działa
nawet na koty, które nie siedzą bez przerwy w domu. Na zdjęciu
bohater mojego tekstu.
Wśród bliskich mi osób nie potrafiłbym wskazać nikogo, kto nie miałby ogromnych pokładów cierpliwości, życzliwości i empatii dla drugiego życia. Z domu nauczony jestem podobnych wartości i gdy tylko mogę, przyłączam się do najróżniejszych akcji wsparcia, pomocy i ratowania w miarę własnych możliwości. W takich akcjach największą nagrodą jest zwykłe "dziękuję", czy to wypowiedziane, czy wyrażone w inny sposób, ale nawet i bez tego elementu podziękowania warto. Właśnie dlatego oddaję krew, dlatego nie mam oporów przyłączyć się do akcji WOŚP, czy bezpośrednio wspierać naszego miejskiego schroniska. Wszystkie te rzeczy pozwalają mi dać z siebie coś tylko i wyłącznie dla poczucia, że zrobiłem coś dobrego. Do czasu, aż nie wydarzy się jakieś nieszczęście.


W niewielkim miasteczku na Kujawach wcale nie tak odległym od Bydgoszczy, gdzie mieszka jedna z tych szczególnie troskliwych osób, od dawna sporo jest "w pół dzikich" kotów. Przychodzą one regularnie do serdecznego dla nich domu na "stołówkę" i gdyby nie to, że nie są wpuszczane za próg, w zasadzie można by je nazwać kotami w pełni domowymi. Sam często jestem tam gościem i całą tę futrzaną gromadkę bardzo z biegiem lat polubiłem. Wszystkie tamtejsze zwierzaki za pomoc i bezinteresowną opiekę odwdzięczają się w niesamowity sposób. Bez wyjątku, witają każdego domownika i gościa. Siadają na parapecie albo ustawiają się spokojnie na progu i grzecznie czekają na zaproszenie czy to do miski, czy zabawy i pieszczot. Nie wiem nawet, czy nie są to lepiej ułożone zwierzaki od tych, które demolują domy właścicieli i zmieniają wszystkie meble w kłęby fruwających strzępków i połacie rys.

Z całej tej gromady wyróżniał się jeden kot w szczególności. Umaszczony tak pospolicie, jak tylko można to sobie wyobrazić, ale mimo to szczególny na swój koci sposób. Stworzenie to było bardziej towarzyskie i miało w sobie więcej szczerej życzliwości, niż spora część ludzi, których miałem w swoim życiu wątpliwą przyjemność spotkać. Można by powiedzieć, że "to przecież tylko zwierzę", a jednak był szalenie "ludzki" w swoim zachowaniu, opiekując się też innymi kotami, które pojawiały się w tym miejscu na swój codzienny posiłek. Prawdopodobnie to go zgubiło, kiedy na początku tego roku zjawił się z dziwnym, jak wtedy się wydawało, kaszlem. Pewnie zwykłego przechodnia nie zdziwił taki widok, bo żyjące w miastach koty bardzo rzadko są w świetnym zdrowiu, a koci katar też nie jest jakąś szczególną przypadłością. Problem w tym, że to nie był kot pozbawiony opieki.

Kiedy zwierzak trafił do miejscowego weterynarza, dostał leki i trafił pod stałą opiekę, ale szybko okazało się, że to nie przynosi żadnych rezultatów, więc zwierzak z jednej lecznicy przeniesiony został to kliniki weterynaryjnej w większym mieście, gdzie dla pewności zrobiono prześwietlenie, by sprawdzić co dzieje się w płucach...


Tak, to jest śrut z wiatrówki...
Okazało się, że zwierzak nosił w sobie łącznie pięć śrucin. Nie były to przypadkowe odłamki, a amunicja do typowej wiatrówki, która musiała w ciele kota utknąć już pewien czas temu, ale dopiero teraz zaczęła sprawiać poważne problemy (weterynarze nie byli w stanie zlokalizować ran wlotowych). Tajemniczy kaszel także okazał się spowodowany postrzałem, co potwierdziła jedna ze śrucin wypluta ostatecznie przez kota. Kolejne kilka utknęło w najróżniejszych punktach jego małego ciała, a większość pozwalała mieć nadzieję na ich usunięcie bez większych przeszkód i szkody dla organizmu. Prócz jednej.


Piąta śrucina znajdowała się w worku osierdziowym serca, a bardzo możliwe, że nawet częściowo wbiła się w sam organ. Weterynarze nie byli nawet w stanie powiedzieć jednoznacznie, jakim cudem ten kot jeszcze żyje, a jednak żył i funkcjonował przez wiele dni, może nawet tygodni, codziennie obdarzając ludzi takim samym zaufaniem i taką samą dozą kociej miłości. Gdyby nie pogarszający się stan, prawdopodobnie nikt by się nawet nie dowiedział, że nosił w sobie tak makabryczne dowody ludzkiej bezmyślności. Ostatnie dni swojego życia nie jadł, nie pił, a w klatce piersiowej zaczął zbierać się jakiś płyn, który uniemożliwiał stworzeniu oddychanie bez odpowiedniego usunięcia gromadzącej się cieczy. Zniszczenia w organizmie okazały się zbyt rozległe i po kilku kolejnych dniach najbardziej życzliwy i serdeczny kot, jakiego w życiu widziałem, po prostu dokonał swojego żywota w klinice weterynaryjnej.

Piszę ten tekst, ponieważ chciałbym przestrzec Was wszystkich przed ignorowaniem pewnych podstawowych rzeczy. Nie oczekuję żadnej krucjaty i wielkiej nagonki (tym zajmie się policja, kiedy wszystkie materiały spłyną od weterynarzy). Chciałbym jednak, żebyście mieli na uwadze takie sytuacje, kiedy będziecie kupować swojemu dziecku wiatrówkę, kiedy będziecie wypuszczać swojego domowego zwierzaka na dwór albo kiedy zobaczycie sąsiada czy innego przypadkowego człowieka strzelającego z takiej broni "sportowej" do zwierząt. Większość ludzi wmawia sobie, że to "nie ich sprawa" i po prostu machną ręką, ale to jest ich sprawa. Pomijając już sam fakt, że za strzelanie do zwierząt grozi kara dwóch lat więzienia, chodzi o zadawanie cierpienia.

Tym razem to ja znalazłem się po tej stronie, która została dotknięta czyjąś bezmyślnością, a wraz ze mną także wiele bliskich mi osób. Innym razem to będzie ktoś z Waszych znajomych, a może nawet ktoś z rodziny. Ktoś, kto przywiąże się do stworzenia, które kto inny dla swojej chorej rozrywki potraktuje jako ruchomy cel strzelniczy. Odwracając wzrok unikacie myślenia, ale zapominacie, że jest to ciche przyzwolenie. Dlatego właśnie mam jedną prośbę - zgłaszajcie takie rzeczy policji, róbcie zdjęcia, a wszelkie wiatrówki sportowe czy łuki, które kupicie swoim dzieciom w dobrej wierze, trzymajcie pod ścisłym nadzorem, jeśli nie pod kluczem. Sam nigdy nie chciałbym być jednym ze współodpowiedzialnych i Wam również tego nie życzę.

Z samej tylko statystyki wiem, że w wielu miejscach w Polsce, właśnie teraz, w tej chwili, gdzieś do domu próbuje doczołgać się zwierze zamęczone przez idiotów. Nie odwracajcie wzroku.


- Przemek

1 komentarz: