czwartek, 18 lutego 2016

Wypad na księżyc! O naleśnikach z ulicy Jatki.

W lokalu nie ma za wiele elementów ozdobnych, ale nie są też potrzebne. Wszędzie pełno jest
małych detali, które dodają miejscu uroku, a nawet same materiały i jakość wykończenia
wystarczają, by całość robiła bardzo dobre wrażenie. - fot. własne.
Po długiej przerwie czas wrócić do wypadów. Tym razem nie będą to burgery (ale obiecuję, że jeszcze do pysznych buł z mięsem wrócę!), a naleśniki z bydgoskiej naleśnikarni The Moon, przy ulicy Jatki. Nie potrafiłem się przekonać do lokalizacji w galeriach handlowych i jeśli tylko mogę, wybieram lokale dostępne bezpośrednio z ulicy. Otwarcie naleśnikarni w nowiutkim kompleksie Sowy przy Starym Rynku sprawiło, że moja niechęć do siedzenia w hałaśliwym tłumie przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Jak zawsze, w czasie mojego wypadu towarzyszyła mi moja kochana Daria, więc ocenę na końcu tekstu opieram o obie nasze opinie. Jak wyszło? Przekonajcie się sami!

Po pierwsze - lokalizacja!


Trudno mi wytknąć jakikolwiek problem, mankament czy minus lokalizacji tego lokalu. Ulica Jatki powstała właśnie z myślą o gastronomii, a jej wygląd i otoczenie to jeden z najładniejszych punktów na bydgoskiej starówce. Sama uliczka zakryta jest szklanym dachem, dzięki czemu w sezonie można spędzić tu miło czas niezależnie od tego, jaka jest w danej chwili pogoda. Nasza wizyta wypadła w trochę innym terminie, więc na zewnątrz nie było wystawionych stolików, a godziny popołudniowe w samym środku tygodnia sprawiły, że nie było też specjalnie wielkiego ruchu. Mimo to nawet w porze "powrotów z pracy" w lokalu zajętych było kilka stolików. Wewnątrz panował przyjemny spokój i chociaż w pewnym momencie muzyka osiągnęła niebezpieczny poziom "prawie zrobiło się za głośno", to absolutnie nie przekroczyła go i atmosferę z czystym sumieniem mogę nazwać bardzo przyjemną! Może powinienem się cieszyć, że nie wybraliśmy na swoją wizytę weekendu?

Na miejsce bardzo wygodnie dotrzeć można za pomocą roweru miejskiego, którego stacja jest zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, w ciepłe dni to absolutnie najlepszy środek transportu dla wszystkich kierujących się na Jatki i zachęcam do korzystania z niego, przede wszystkim dla wygody. Jeśli jednak nie potraficie żyć bez samochodu, to znajdziecie dla siebie miejsce przy ulicy Pod Blankami, gdzie zlokalizowany jest parking poziomowy. Z parkingu do lokalu jest mniej, niż 5 minut spaceru i nie ma najmniejszego sensu szukać miejsc parkingowych bliżej, bo więcej czasu zmarnujecie, klucząc staromiejskimi uliczkami i szukając miejsc, niż idąc spokojnie przez jeden z najładniejszych zakątków miasta.

Do naleśników możecie dobrać też wino z
bardzo ładnie zaaranżowanej półki.
- fot. własne.
Warto tu dodać kilka słów o wystroju, który jest jednocześnie bardzo prosty i bardzo nowoczesny, ale zarazem całkiem elegancki jak na typowy lokal "casualowy". Nie udaje lokalu o nie wiadomo jak wysokim standardzie, nie stara się na siłę być designerski czy artystyczny, a jednak wszystkie małe szczegóły sprawiają, że wnętrze podoba mi się o wiele bardziej, niż pobliskie Memo, aspirujące do miana lokalu klasy premium. Może to kwestia gustu, może mojego nastroju w danym dniu, ale po prostu chciało się tam siedzieć i rozmawiać. Jedyny szczegół, który zwrócił moją uwagę to jakiś dziwny problem z zasilaniem oświetlenia, które w pewnym momencie zostało "przygaszone". Wszystko byłoby super i zdecydowanie na plus, gdyby żarówki nie zaczęły nieznacznie migotać nad stolikami. Pewnie wiele osób nie zwróci na to szczególnej uwagi, ale dla osoby spędzającej o wiele za dużo czasu przed monitorami komputerów, był to bardzo drażniący szczegół. Podejrzewam, że bardzo wiele osób, które pracują w biurach i wychodzą z nich z mocno zmęczonym wzrokiem, jak ja, może mieć problem z tym "mruganiem". Dla odmiany, Daria kompletnie zwróciła na to uwagi.

Na sam koniec jeszcze ważna informacja dla rodziców. Jeśli chcecie wybrać się tu ze swoją pociechą, będziecie mieć do dyspozycji mały kącik zabaw dla dzieci, który wprawne oko wypatrzy na pierwszym zdjęciu dodanym do tekstu. W naleśnikarni znajdziecie też dziecięcy stolik do karmienia najmniejszych maluchów, więc nie musicie martwić się, czy będziecie musieli walczyć z trzymanym na kolanach dzieckiem o zachowanie równowagi i czystości otoczenia. Niby mały detal, a jednak wielka różnica i chociaż nie mam jeszcze dzieci, to i tak potrafię docenić myślenie o rodzicach. Za to należą się z całą pewnością brawa dla prowadzących The Moon.

Księżycowe jedzenie - czy warto?


Na samym początku muszę szczerze przyznać, że nie zamówiliśmy pełnego przekroju przez kartę dań, a jedynie po jednym naleśniku. Na szczęście moje wrażenia były na tyle dobre, że dam tu kredyt zaufania, że i reszta karty trzyma poziom. Kredyt zaufania o tyle duży, że widząc na jednym ze stolików w tle desery, poważnie chciałem zaryzykować skrajne przejedzenie. Zanim jednak zacznę to opowiadać od końca, wróćmy do konkretów.


Tak właśnie prezentują się naleśniki w The Moon". Bardzo prosto podane, bez dodatkowego przybrania i zbędnych ozdobników. Zwycięstwo treści nad formą, ale w zaskakujący sposób pasujące do prostego i nowoczesnego wyglądu lokalu. - fot. własne.
Nasze zamówienie zaczynało się na herbacie, a kończyło na naleśnikach ze szpinakiem, kurczakiem i suszonymi pomidorami. Tylko tyle, ale okazało się, że jednocześnie aż tyle. Do naleśników z wszystkich dostępnych dodatków wybraliśmy porcję sosu czosnkowego, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Sosu było w sam raz, więc nasze zamówienia nie "pływały" w sosie i bardzo dobrze, bo farsz był naprawdę świetnie zrobiony i aż szkoda by go było zagłuszyć nadmiarem sosu. Suszone pomidory przyjemnie przełamywały smak szpinaku, a sam szpinak był dobrze doprawiony i nie został za mocno rozgotowany, dzięki czemu nie "lał się" w naleśniku. Wszystko to zawinięte w ciasto, które nie było ani za twarde, ani za delikatne, dzięki czemu bardzo wygodnie było je kroić i jeść. To wbrew pozorom bardzo ważne, żeby naleśniki nie rwały się przy byle dotknięciu sztućców, bo zbieranie odłamków ciasta wymieszanych z farszem to żadna frajda. Tutaj udało się tego uniknąć.

Czego nie udało się uniknąć? Może część z Was już zauważyła na zdjęciu, a część zaraz zwróci na to uwagę. Na samym środku naleśnika jedynym farszem w mojej porcji był absolutny brak farszu. Niby detal, niby wyszedłem całkiem najedzony, a jednak nie mogę przemilczeć zawodu, który przeżyłem mniej więcej w połowie jedzenia. Naleśnik nadal był pyszny, nadal był dobrze przyrządzony, ale od tego momentu to już nie było to samo. Daria miała trochę więcej szczęścia i jej porcja była od początku do końca idealna jak tylko to możliwe. Czy ostatecznie mogę powiedzieć, że było warto? Tak! Nawet pomimo pewnych problemów, jedzenie było smaczne i sycące, a do tego podane bardzo szybko po zamówieniu przez bardzo miłą obsługę. Mimo wszystko jest tutaj miażdżąca przewaga plusów nad minusami. 


Podsumowanie 


Czy poleciłbym Wam wypad do naleśnikarni The Moon na ulicy Jatki? Tak. Nasz szybki obiad dla dwojga zmieścił się w zakresie "jednego niebieskiego banknotu", a gdybyśmy wybrali inny rodzaj naleśników, pewnie nawet i z deserem nie przekroczylibyśmy tej kwoty za bardzo. Nie mam też najmniejszych zastrzeżeń do obsługi, nastroju i ogólnego wyglądu lokalu. Tam po prostu wszystko (prawie) grało, dzięki czemu niektóre małe mankamenty jestem w stanie wybaczyć. W końcu wyjścia "na miasto" tylko w połowie polegają na jedzeniu, a druga połowa przyjemności to spotkanie spędzone w odpowiednim towarzystwie i odpowiedniej atmosferze. Szkoda tylko, że oświetlenie męczyło i tak już zmęczony wzrok. Ostateczny werdykt?


4/5

PS: Pamiętajcie też, żeby sprawdzić inne lokale w Bydgoszczy, które miałem dotychczas okazję odwiedzić. Jeśli nie macie ochoty na naleśnika, to może skusicie się na coś bardziej mięsnego? ;)

- Przemek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz