piątek, 27 maja 2016

Na lody do Foki!

Jakiś czas temu pisałem o świetnej lodziarni ulokowanej w bydgoskim Starym Porcie, a że przed nami długi weekend, warto uzupełnić mój zbiór o jeszcze jedno naprawdę świetne miejsce, w którym spróbować możecie absolutnie fenomenalnych lodów. Mowa o lodziarni Foka ulokowanej przy ulicy Pomorskiej 1 w Bydgoszczy, zaledwie kilkanaście sekund spaceru od skrzyżowania ulic Gdańskiej i Dworcowej (jeśli nie wiecie jak tam trafić, polecam zapoznać się z mapką!). Chociaż jest to tylko kilka kroków od jednego z głównych szlaków spacerowych miasta, bardzo łatwo jest Fokę przeoczyć. Jeśli tylko nie macie w zwyczaju zbaczania z utartych ścieżek i nie zaglądacie co jakiś czas w nowe okolice, bardzo możliwe, że to ode mnie usłyszycie pierwszy raz o tym lokalu.

Lokal przy ulicy Pomorskiej 1 jest bardzo niepozorny, ale nie dajcie się zwieść witrynie. W środku kryją się jedne z najlepszych mrożonych łakoci w całe Bydgoszczy!
Z miejsca muszę się przyznać, że od wizyty minęło już trochę czasu. Pogoda zdążyła się od tego wypadu popsuć i na jakiś czas wstrzymałem się z pisaniem o lodach. Na moje (ale też i Wasze!) szczęście, pogoda znów jest bardzo przyjemna i mogę z przyjemnością opowiedzieć Wam jak wypadła odwiedzona przeze mnie i Darię lodziarnia w najpopularniejszej części śródmieścia. Zapraszam Was na kolejną kulinarną wycieczkę! :)

Kilka słów o miejscu



Sam początek ulicy Pomorskiej to miejsce, gdzie nadal panuje ten "wielkomiejski klimat" z widokiem na wysokie kamienice hotelu Pod Orłem oraz domu handlowego Jedynak, a jednocześnie zaczyna się już ta bardziej kameralna część Bydgoszczy, gdzie przy wielkich, bogato zdobionych kamienicach, stoją malutkie budyneczki wciśnięte w pierzeje zwartej zabudowy. Dla mnie to właśnie ten krajobraz, który stanowi definicję Bydgoszczy - gęsto zabudowane centrum, które zatrzymało się tuż przed momentem całkowitego zapełnienia pierzei pięknie zdobionymi kamienicami. W takim właśnie otoczeniu znalazło się miejsce na bardzo przyjemny i serwujący świetne lody lokal.

Zdjęcia foki po prostu nie mogło tu zabraknąć!
We wnętrzu jest dość miejsca, by spokojnie usiąść mogła spora rodzina, albo dwie mniejsze grupki gości. Nie powinno być też najmniejszego problemu z ulokowaniem wewnątrz wózka dziecięcego, gdyby przyszło Wam tu trafić z naprawdę małymi brzdącami. To nie lada zaskoczenie, bo lokal wcale nie należy do szczególnie wielkich. Wszystko to zasługa dobrego rozplanowania przestrzeni wewnątrz. Nawet mimo niewielkich rozmiarów i dość prostego wystroju, panuje tu bardzo miła atmosfera (co jest w równie wielkim stopniu zasługą pracujących tu osób). Przez witrynę zajmującą całą wschodnią ścianę wpada bardzo dużo światła, a po jej drugiej stronie nie ma ciągłego ruchu i krążących samochodów, jak w pobliskich lokalach, chociażby przy ulicy Gdańskiej. Trafiliśmy tam w dzień, kiedy niebo było zasnute bardzo cienką warstwą chmur, więc nie jestem w stanie ocenić na ile ta zaleta, w dni szczególnie słoneczne, może obrócić się przeciwko siedzącym przy samym oknie. Po przeciwnej stronie ulicy zabudowa jest bardzo niska, więc okazji dla słońca jest tam całkiem sporo. Na szczęście to lodziarnia, więc jeśli w jakimkolwiek miejscu mielibyście walczyć z grzejącym słońcem, to lepszego na takie starcie prawdopodobnie nie znajdziecie! ;)

Czas na lody!


Jak wypadły serwowane tutaj lody? Foka chwali się, ze mają niesamowity sorbet o smaku gorzkiej czekolady. Trudno w takiej sytuacji nie spróbować i nie przekonać się na własne kubki smakowe, w czym tkwi różnica między czekoladowymi lodami, które dostać można dosłownie wszędzie, a tym "foczym" sorbetem. Dobrałem sobie do tego jeszcze jeden smak (trufle), natomiast Daria sięgnęła po kolejne dość rzadkie połączenie lodowych smaków - solony karmel i mascarpone z pomarańczą.

Gorzka czekolada ma naprawdę intensywny
kolor - coś pięknego!
Pierwsze, co zwróciło uwagę, jeszcze przed spróbowaniem nałożonych lodów, to ich wygląd. Wszystkie nałożone dla nas lody miały intensywny kolor, po którym dopiero do zmysłów docierał przyjemny zapach. W smaku także nie odbiegały ani trochę od tego pierwszego wrażenia, a będący powodem do dumy lokalu sorbet, okazał się "godnym przeciwnikiem". BARDZO intensywnie czekoladowy, bardzo gładki (w przeciwieństwie do wielu sorbetów, które przypominać potrafią mokry śnieg) i zdecydowanie bardziej po stronie gorzkiej czekolady, niż jakiekolwiek inne produkty o tym smaku, jakie miałem dotychczas okazję spróbować. Nie mam pojęcia, jak dużo jest czystego kakao w gorzkiej czekoladzie, ale z miejsca muszę wszystkich Was ostrzec - zabierzcie ze sobą serwetkę, chusteczkę albo cokolwiek innego, czym będziecie w stanie pozbyć się bardzo ciemnych plam zostawianych na każdej powierzchni, z jaką zetkną się te lody. Jeśli, jak ja, macie talent do wymazania się jedzonymi właśnie lodami, zrozumiecie doskonale co mam tutaj na myśli.

Pozostałe smaki, w tym lody wybrane przez Darię, także trzymały bardzo wysoki poziom. Smaki były intensywne, aromaty mocne i w każdym przypadku świetna konsystencja. Gdybym bardzo chciał, to nie znalazłbym w zasadzie niczego, czemu mógłbym postawić jakiś zarzut (z wyjątkiem czekoladowego brudzenia) pod względem smaku i ogólnego odbioru serwowanych słodkości. To świetny sygnał, bo oznacza, że prowadzący Fokę znają się na tym, co robią. 

Podsumowanie, ceny i uwagi


W tej okolicy trudno stanąć w szranki z Cafe Primo, które od lat funkcjonuje w przesmyku między parkiem im. Kazimierza Wielkiego oraz ulicą Gdańską i które dla wielu osób jest "jedyną słuszną lodziarnią". Jestem przekonany, że dla wielu z Was lodziarnia Foka będzie świetną alternatywą i bardzo dobrym pretekstem do zmiany przyzwyczajeń, jeśli już mieliście swoje utarte szlaki. Jest tutaj tanio, od 4 zł za pojedynczą porcję w dół, im więcej ich kupicie. Jest tutaj bardzo przyjemnie, gdyż sama lodziarnia znajduje się trochę z boku głównych arterii miasta. Jest tu też bardzo smacznie, o czym pisałem powyżej. Nie spodziewałem się aż tak wielu pozytywów, kiedy ruszaliśmy z Darią na spacer i lody, co mogę Foce policzyć tylko i wyłącznie na plus. Jaka jest moja ocena?
5/5

PS: Nie zapomnijcie też sprawdzić pozostałych moich wypadów i odwiedzonych lokali! Listę oraz interaktywną mapę znajdziecie POD TYM LINKIEM! :)

- Przemek

wtorek, 24 maja 2016

Na szybko: Wszyscy na stadion?

Właśnie dzisiaj, czyli 24 maja, w mediach i na forach internetowych pojawiła się informacja, że Radosław Osuch zrezygnował z dalszego prowadzenia bydgoskiego zespołu Zawiszy. Odsprzedał wszystkie swoje udziały tajemniczemu inwestorowi i odcina się od wszystkiego związanego z klubem. Jest to pod wieloma względami zwycięstwo wszystkich grup kibiców, które od dawna już bojkotują mecze zespołu z Bydgoszczy ze względu na liczne incydenty wywoływane przez dotychczasowego właściciela klubu. Nie mam zamiaru dociekać winy żadnej ze stron, ani też próbować dokonywać osądu "czyja racja jest czyjsza". Dzisiaj chciałbym napisać o czymś zupełnie innym i przekonać się za kilka dni, jaki będzie odzew wszystkich bydgoszczan, nie tylko kibiców.


Apel do kibiców, kiboli i pikników



Mówię Wam "sprawdzam". Jeśli puste trybuny były tylko i wyłącznie spowodowane przewodnictwem Radosława Osucha i decyzjami przez niego podjętymi, to pokażcie swoją liczebność i siłę w tę niedzielę. 33 kolejka to także ostatni mecz "w domu" naszego zespołu i ostatnia okazja, by przed końcem sezonu zmotywować piłkarzy do zachowania chociaż tego honorowego, wysokiego miejsca w tabeli. Po porażce 0 do 5 niewiele może podnieść ducha zespołu, ale jeżeli wielu zawodników w obecnym składzie pierwszy raz zobaczy pełną chociaż jedną trybunę i głośny doping, nie wiadomo co może się stać i jaki będzie wynik. Ci piłkarze potrzebują wiedzieć, że w nowym sezonie czeka ich cokolwiek dobrego, potrzebuje to wiedzieć też nasze miasto, które na zespół Zawiszy wykładało całkiem spore środki z budżetu na promocję i nie wie co dalej stanie się z inwestycją płynącą prosto z podatków bydgoszczan.

Czy tak będzie wyglądać trybuna kibiców oglądających ostatnie pierwszoligowe spotkanie "w domu" bydgoskiego Zawiszy w sezonie 2015-2016?
Sam jestem z tych niesławnych "pikników", którzy pewnie nie rozumieją za dobrze środowiska kiboli (używam tego wyrazu bez wydźwięku negatywnego, za to z tym gwarowym, z wielkopolski) i nie potrafię wczuć się we wszelkie kwestie honorowe tak, by w pełni zrozumieć postawę fanów niebiesko-czarnych. Wiem jedno - kiedy pierwszy raz dałem się namówić do wyjścia na mecz Zawiszy, nasza drużyna wygrała z Legią Warszawa 3 do 1. Trybuny były tego dnia pełne niemal po ostatnie miejsce i chociaż masa była na nich właśnie typowych kiboli, to nie miałem żadnego poczucia zagrożenia z jakiejkolwiek strony! Widziałem z najmniejszej możliwej odległości ludzi świętujących piłkarskie zwycięstwo i bardzo bym chciał, żeby taka właśnie była atmosfera po zmianie władz klubu i powrocie do normalnych stosunków między Zawiszą i bydgoskimi fanami tego zespołu.

Bardzo bym chciał, żeby każdy "piknik", choćby nie znał żadnej przyśpiewki i potrafił tylko krzyknąć "Zawisza" ze swojego miejsca, był przez zagorzałych fanów powitany tak, jak ja wtedy, bo im więcej ludzi przyjdzie na stadion pokazać zakończenie "wojny", tym lepiej. Radosław Osuch dał jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje już Zawiszy, ale zespół porzucony przez swojego dotychczasowego "szefa" potrzebuje kibiców bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.

Mecz zaczyna się 29 maja o godzinie 15. Do zobaczenia! :)

- Przemek


AKTUALIZACJA, 24.05, godzina 21:00
Znalezione na Twitterze informacje pozwalają być ostrożnym optymistą:

AKTUALIZACJA, 26.05
Rada nadzorcza zbiera się dopiero 1 czerwca, więc jeszcze wiele może się zmienić. Chyba jednak nie będzie jeszcze wszystkich kibiców na ostatnim meczu "w domu" tego sezonu. (źródło)

sobota, 14 maja 2016

Bydgoszcz dobrze skomunikowana, część 5 - Zrozumieć rolę ulicy.

Ulice - coś, czego w miastach jest multum i bez czego miasta istnieć nie mogą. Każdy obszar zabudowany je ma i wszędzie, gdzie pojawiają się budynki, pojawiają się także kolejne i kolejne ulice, uliczki, drogi wewnętrzne i dojazdowe. Bydgoszcz nie jest tu żadnym wyjątkiem, chociaż wyróżniają nas jeszcze wszelkie ciągi piesze rozłożone wzdłuż brzegów Brdy i Kanału Bydgoskiego. Oficjalnie ulicami nie są, ale czy na pewno? Czy miejscy planiści, drogowcy i wszyscy urzędnicy podejmujący ważne dla Bydgoszczy decyzje nie popełniają przypadkiem krytycznego błędu przy wykonywaniu swojej pracy? Dzisiaj postaram się odpowiedzieć na szalenie skomplikowane pytanie, czyli "czym tak naprawdę jest ulica?". Odpowiedź tylko powierzchownie wydaje się oczywista, ale patrząc z perspektywy działania, życia i samej kwintesencji tego, czym są współczesne miasta, sprawa zaczyna się komplikować.

Aleja Jana Pawła II w Bydgoszczy - szeroka arteria w ciągu drogi krajowej nr 5, umieszczona w głębokim parowie, rozdzielająca (między innymi) Wyżyny oraz Wzgórze Wolności.
Dlaczego zatem poruszam ten temat właśnie teraz? Przede wszystkim dlatego, że mija niemal miesiąc od zakończenia konsultacji społecznych, których obiektem była rozbudowa trasy W-Z. Rozbudowa, która na papierze pełna była szerokich arterii, efektownych estakad i tuneli, a nawet ogromnego drogowego spaghetti na węźle Bydgoszcz-Wschód. I nie zrozumcie mnie źle, bo ja sam również uważam, że ta rozbudowa jest potrzebna, jednak chciałem zwrócić uwagę na coś zupełnie innego. Ogromnym problemem, z jakim niedługo przyjdzie nam się borykać, jest tylko powierzchowne "liźnięcie" tematu budowy trasy W-Z oraz absolutne IGNOROWANIE przez planistów aspektów niewynikających jedynie z czysto statystycznych danych o potokach pojazdów oraz wielkości skupisk ludzkich w poszczególnych punktach rozsianych po mieście. Trasa W-Z, jeśli zaprojektowana zostanie tylko i wyłącznie w oparciu o bezduszną matematykę, przyniesie nam wszystkim równie wiele nowych problemów, ile sama rozwiąże.


Od początku, czyli czym tak naprawdę jest dla miasta "ulica"?



Najważniejsze, od czego powinniśmy zacząć to rozprawienie się z różnicą między drogą i ulicą. Są na to najróżniejsze definicje, słownikowe frazy odnoszące się do funkcji i lokalizacji. To wszystko tylko techniczny język. A po naszemu? Po naszemu droga to ciąg, którym dotrzemy z punktu A do punktu B. Nic prostszego i wiele osób spierać się może, że dokładnie taka sama jest rola ulic w miastach, ale kiedy spojrzymy na to, co robią mieszkańcy i jak zachowują się przebywający w miastach ludzie, ulice swoją rolę transportową zostawiają gdzieś daleko w tyle. Mieszkamy przy ulicach, pracujemy wzdłuż nich, spacerujemy nimi i siadamy w ustawionych tu czasem "ogródkach", żeby coś zjeść, wypić i porozmawiać ze znajomymi. Oczywiście, bardzo często też po nich jeździmy, ale to tylko jedna czynność wśród wielu, wielu innych, które samych ulic dotyczą. 

Jak mówi Jan Gehl, wywodzący się z Danii architekt i urbanista, profesor Szkoły Architektury Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk, myślenie o ulicach w okresie powojennym, skoncentrowane na samochodach i samej tylko komunikacji, doprowadziło do powstania "środowiska 60-ciu kilometrów na godzinę". Są to przestrzenie pełne estakad, wielkich węzłów drogowych i wielopasmowych połaci pędzących samochodów, które dla mieszkańców miast i lokalnych społeczności stały się barierami. Każda duża i ruchliwa ulica jest niczym ogromny i nieprzebyty mur obronny, który rozcina przestrzeń miejską i stawia granice między lokalnymi społecznościami. W praktyce miasto, zamiast stawać się coraz bardziej zintegrowaną tkanką, zaczyna dzielić się na mniejsze miasta i miasteczka rozbite szerokimi rzekami rozpędzonego metalu, które przekroczyć można tylko w wyznaczonych miejscach. Jest to środowisko wrogie, skupione na posiadaczach samochodów i w zasadzie ignorujące wszystkie te wcześniej wymienione aspekty związane ze spędzaniem własnego czasu w miejskiej przestrzeni. Najlepiej tę sytuację opisuje cytat z książki "Cities for people" Jana Gehla:
Times Square, Nowy Jork.

“It has been almost 50 years since American journalist and author Jane Jacobs published her seminal book The Death and Life of Great American Cities in 1961.1 She pointed out how the dramatic increase in car traffic and the urban planning ideology of modernism that separates the uses of the city and emphasizes free-standing individual buildings would put an end to urban space and city life and result in lifeless cities devoid of people.”
W wolnym tłumaczeniu: "Mija już pięćdziesiąt lat, od kiedy Jane Jacobs opublikowała książkę o życiu i umieraniu amerykańskich aglomeracji. Wytknęła ona, jak dramatyczne skutki miała dla miast ideologia urbanistyczna nastawiona czysto na ruch samochodów. Podzieliła ona miasta na ogromne, stojące samodzielnie budynki ustawione wzdłuż pozbawionych życia i ludzi ulic." - Po tych pięćdziesięciu latach miasta w Stanach Zjednoczonych powoli zaczynają odwracać się od nastawienia na nigdy niekończący się potok aut, o czym pisałem już wcześniej w tekście "Mniej znaczy więcej", który zdecydowanie Wam polecam jako uzupełnienie do tego wpisu. Wzorowym przykładem jest słynny Times Square, który z jednego z najbardziej znanych skrzyżowań w USA stał się placem z przylegającą do niego tylko jedną ulicą. 

Wieczny konflikt interesów



Trudno uniknąć tematu konfliktu interesów, kiedy rozmawiamy o ulicach. Nie można odmówić kierowcom prawa do komfortowej jazdy z pracy do domu (albo w dowolne inne miejsce) i skazywać ich na korki w imię wyższości "innych czynników", a jednocześnie też nie można podważyć elementarnych potrzeb mieszkańców, przez które największe i najważniejsze dla miasta ulice przebiegają. O tym problemie wspomina Ben Plowden swoim artyule Tackling the “Wicked Problem” of Urban Street Planning, który ukazał się na łamach portalu nextcity.org zajmującego się problematyką planowania przestrzeni w miastach i ich funkcjonowania. Cyt.:
"Most people assume that city street planning is a technical issue, involving prosaic concerns like road widths, demand modeling, traffic signal control and highway capacity. In fact, street planning is what social scientists call a “wicked” problem: an issue involving many stakeholders with competing interests; no single right answer; competing versions of value; and zero-sum outcomes. If one user group “wins” — for example, by securing a new pedestrian crossing outside a local school — another group may “lose,” as nearby stores contend with slower delivery times."
W wolnym tłumaczeniu: "Większość osób zakłada, że planowanie ulic to tylko kwestia techniczna, sprowadzająca się do parametrów dróg, jak ich szerokość, przepustowość czy odpowiednio ustawiona sygnalizacja świetlna. W rzeczywistości jednak, planowanie ulic to coś nazywanego przez socjologów "pokręconym problemem" - kwestia gdzie zaangażowanych jest wiele grup interesów, których racje są ze sobą kompletnie sprzeczne. To problem, na który nie ma właściwej odpowiedzi. Jeśli jedna grupa wygra, np. zapewniając sobie dodatkowe przejścia przez jezdnię, inna na tym traci, gdyż (przykładowo) okoliczne sklepy tracą na czasie dostaw."

Ulica Długa w Bydgoszczy. To wspaniałe miejsce na deptak i ogródki gastronomiczne, ale jednocześnie trudno wyobrazić sobie, by do znajdującego się przy niej hotelu nie można było zamówić taksówki, a dostawy do okolicznych sklepów przywozić z odległych ulic na ręcznych czy elektrycznych wózkach o niewielkiej ładowności.
Problem ten powraca w Bydgoszczy w bardzo podobnej formie, a jego najlepszym przykładem jest walka kupców i przedsiębiorców z takich ulic jak Długa, Gdańska czy Śniadeckich o zachowanie jak największego dostępu dla aut. Wszyscy ci ludzie chcieliby mieć jak najszybszy dojazd i jak najwięcej miejsc parkingowych dla swoich klientów, natomiast bardzo wielu mieszkańców liczy i walczy intensywnie o więcej przestrzeni na chodnikach, wydzielone trasy rowerowe czy nawet więcej zieleni i ławek. Nikt tu nie ma racji, a jednocześnie mają ją wszyscy, gdyż ocena problemu zależy tylko i wyłącznie od punktu widzenia. Właśnie tego typu spory są największym problemem i zarazem najtrudniejszym wyzwaniem stojącym przed władzami Bydgoszczy, a także wielu innych miast na całym świecie.

Studium przypadku: bydgoska trasa W-Z


Pewnie wielu z Was nadal zastanawia się, na czym tak naprawdę polega wspomniany przeze mnie na samym początku tego tekstu wielki problem z trasą W-Z, więc czas przejść do rzeczy. Przede wszystkim nasza zagwozdka kryje się właśnie w konflikcie interesów, podobnym do powyższych przykładów, którego wcale nie musiało być i nadal jeszcze można go uniknąć, jeśli uczulimy nasze władze na istotę problemu! Proponowane nam konsultacje prowadzone (i promowane) były przez miasto pod hasłem Rozbudowa Trasy WZ. Czas na wybór najlepszego wariantu. Niby wszystko super, niby pytają nas o zdanie, ale w praktyce całe miasto zostało postawione przed faktem dokonanym. Planiści wymyślili trzy sposoby realizacji trasy przelotowej W-Z, a mieszkańcom łaskawie pozwolono wybrać najlepszy z wariantów bez prawa do powiedzenia "we wszystkich trzech wariantach proponujecie złe rozwiązania". Ulica łącząca ze sobą węzły wschód i zachód jest dobrym planem, ale tylko tak długo, jak długo bierzemy pod uwagę ruch aut i bezduszną kalkulację danych statystycznych. Ludzie przemieszczający się z jednego punktu do drugiego będą mieli lepsze warunki, będzie szybciej i sprawniej, ale nikt nie zapytał nawet co zrobić z ludźmi mieszkającymi wzdłuż trasy!


Przecięcie trasy W-Z z ulicą Gdańską. Ogromna połać terenu przeznaczonego dla samochodów i śladowe ilości infrastruktury dla pieszych oraz rowerzystów. Tak według miasta ma wglądać jeden z wariantów trasy.
Według proponowanej koncepcji, przez całe miasto ma się ciągnąć szeroka na kilkadziesiąt metrów arteria, która podzielona ma być na dwie części - tę przelotową, która bezkolizyjnie i bez żadnego zatrzymania pozwoli jechać niemal z samego Fordonu na Czyżkówko i (po rozbudowie węzła zachodniego) jeszcze dalej, oraz ogromne skrzyżowania na innym poziomie, które rozlewają się na sporej przestrzeni. Jest MASA miejsca dla aut, pasy ruchu dla każdego kierunku i odpowiednio dużo asfaltu, by czekający na zjazd z trasy W-Z nie blokowali tych, którzy w danym miejscu chcieli opuścić planowaną arterię. Co jest zatem nie tak? Gdzie jest źle, skoro jest tak dobrze? Nie trzeba długo opowiadać - wystarczy zwrócić uwagę na jeden mały detal. Czego byśmy nie mówili o trasie W-Z, mówimy o kierowcach, mówimy o ludziach gdzieś jadących i kierujących się z jednego miejsca w drugie. Nikt nic nie wspomniał o osobach już mieszkających przy planowanej trasie ani tym bardziej o powstających, lub mających niebawem ruszyć inwestycjach, które same w sobie stanowią świetną przestrzeń, która powinna być pełna ludzi i tętnić życiem, ale w obecnym kształcie proponowanych inwestycji może być co najwyżej świetną przestrzenią odciętą od reszty miasta, gdzie dostać się nie będzie ani łatwo, ani szybko, ani też przyjemnie.

Kompleks Platanowy Park - wielka inwestycja i ogromna szansa
na ożywienie północnej części miasta. (Materiały inwestora)
Osiedle Leśne oraz Zawisza już teraz są w pewnym sensie "na uboczu", a trasa W-Z nawet w bieżącym kształcie sprawia, że traktowane są trochę po macoszemu, bo niby są, ale nie stanową zwykle szczególnie atrakcyjnego kierunku. Wielką szansą na zmianę tego stanu rzeczy są planowane OGROMNE inwestycje na styku Osiedla Leśnego oraz Bocianowa. Jedną z nich jest nowy kampus Akademii Muzycznej, który zbudowany zostanie wokół zapomnianego zbiornika wodnego na południe od ulicy Kamiennej. Tuż obok powstaje właśnie osiedle City Park, które rozciągać ma się od ulicy Chodkiewicza aż do samej kamiennej i stanowić ma kompleks o dużej powierzchni terenów zielonych. To całkiem sporo nowych budynków, mieszkańców i terenów o ogromnym potencjale wypoczynkowym, gdyż trudno mi sobie wyobrazić, by teren dookoła zbiornika wodnego nie został wykorzystany jako park w samym środku nowego kampusu uczelnianego. Po drugiej stronie ulicy Kamiennej także trwają zaawansowane prace. Nad kolejnymi etapami Platanowego Parku pracują całe rzesze budowlańców, którzy stawiają budynki mające tworzyć część wielofunkcyjnego osiedla, które łączyć ma zabudowę mieszkaniową, duże biurowce, obiekty usługowe, handlowe itd. To ogromna zmiana dla sporej części miasta, a wszystkie te nowe inwestycje razem wzięte mogłyby spokojnie tworzyć swoiste "nowe centrum Bydgoszczy" z ponad tysiącem mieszkań, wyższą uczelnią i kilkoma niemałymi biurowcami.

Niestety, przez sam środek tego rozległego kompleksu przebiegać będzie dwujezdniowa arteria o kilku pasach ruchu w każdym kierunku, której nie da się ani łatwo, ani bezpiecznie przeciąć w miejscu, gdzie obie "strony" się stykają. Włącznie z rampami dojazdowymi do skrzyżowań, północną i południową część "nowego centrum" rozdzielać będzie w najszerszym miejscu aż DZIEWIĘĆ pasów ruchu! Przy tak ogromnej połaci asfaltu trudno będzie tę okolicę nazwać przyjemną dla osoby poruszającej się pieszo lub na rowerze...

Rozwiązanie z zagranicy


Jednym ze sposobów radzenia sobie z takimi właśnie problemami są tak zwane "land bridge", czy też swoiste "mosty ziemne", jeśli przyjmiemy dość luźne tłumaczenie anglojęzycznego terminu. Jest to rozwiązanie jednocześnie szalenie proste i wspaniale wpływające na oswojenie terenów przylegających bezpośrednio do dużych arterii. Budowa takich połączeń nie różni się za bardzo od budowy obiektów przeznaczonych dla zwierząt w miejscach, gdzie autostrady i drogi szybkiego ruchu przecinają większe kompleksy leśne. W miastach różnica polega jedynie na innym zagospodarowaniu powstałej w ten sposób przestrzeni. "Na" zasłoniętych drogach i miejskich autostradach powstają parki, skwery miejskie, a czasem nawet parki rozrywki i pola golfowe, jeśli wielkość takiego "mostu" jest wystarczająca.

Klyde Warren Park w Dallas, powstał na "moście ziemnym" przykrywającym wielopasmową autostradę przebiegającą przez samo centrum miasta. Powstały teren stał się parkiem.
Bydgoszcz stoi obecnie przed szansą na zbudowanie właśnie takiego łącznika, który spinać będzie całe osiedle pełne nowoczesnych apartamentowców i biur z wyjątkowo atrakcyjną przestrzenią na terenie kampusu Akademii Muzycznej oraz na powstającym zielonym osiedlu. W linii prostej z tego dużego osiedla, które zamieszkiwać będą tysiące osób, przejechać można by było rowerem w kilka minut aż do głównej części kampusu UKW, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie trzeba będzie objechać dookoła gigantycznej asfaltowej pustyni. Czy ktokolwiek w naszym mieście o tym pomyślał? Czy w którymkolwiek wariancie dopuszczono poprowadzenie trasy W-Z wykopem, na odcinku pomiędzy ulicami Gdańską i Sułkowskiego? Odpowiedź jest krótka i bardzo smutna dla przyszłości naszego miasta: NIE!

Najsmutniejszy jest przy tym fakt, że jeśli szukano oszczędności i unikano zbędnych wydatków przy projektowaniu, to sama idea takiego "mostu ziemnego" w niczym by nie przeszkadzała. Na ścianach wykopu można przecież zbudować przyczółki dla takiej "estakady dla ludzi" i wybudować ją w późniejszym terminie, a nawet dopiero po kilku latach bez potrzeby ingerowania w już istniejącą infrastrukturę. Jedyne, czego naprawdę zabrakło, to wyobraźnia i zwykła ludzka wola do nauki z doświadczeń innych. Na nasze szczęście, wszystko jeszcze jest do odkręcenia tak długo, jak długo nie ruszą pierwsze prace budowlane, a nawet po zakończeniu inwestycji jest szansa na prawdziwie pro-miejskie rozwiązanie, które pozwala w mieście żyć, a nie tylko po nim jeździć. Warto właśnie o to życie się zawsze i do samego końca wykłócać!

PS: Polecam też poprzednie części mojego cyklu tekstów o dobrych praktykach w projektowaniu infrastruktury komunikacyjnej w miastach (klik): Cz.1 - Cz.2 - Cz.3 - Cz.4

- Przemek

piątek, 6 maja 2016

Beergoszcz - moje propozycje zestawów piw do spróbowania.


Festiwal piwa Beergoszcz właśnie się rozpoczął, więc mam dla Was z tej okazji małą niespodziankę! Korzystając z przygotowanej przez polskikraft.pl aplikacji na smartfony, stworzyłem kilka list tematycznych na nadchodzący festiwal. Ponieważ nie da się spróbować wszystkiego w jeden dzień, podzieliłem je na paczki po kilka piw, dzięki czemu możecie wybrać sobie "listę-wyzwanie" i podjąć próbę zebrania wszystkich smaków z listy w swoim kuflu! Żeby nie przeciągać, przejdźmy do rzeczy:

Zestaw 1 - MISTRZ GRY

Lubicie mocno zróżnicowane drużyny skrajnie odmiennych bohaterów? Oto coś specjalnie dla fanów gier RPG odgrywanych w gronie znajomych z kartą postaci i oczywiście z dobrym piwem w ręku. Co przygotował dla Was "mistrz gry" na najbliższą sesję?


Od lewej w skład drużyny wchodzą:
BERSERKER (browar Kingpin), 

BARD (browar Profesja), 
WIEDŹMY (browar Dukla), 
BURGUNDOWY ŁOWCA (browar Podgórz),
THE ALCHEMIST (browar Brokreacja).

Zestaw 2 - ŻYWE TRUPY

Idąc dalej w nawiązania do popkultury, czas na zestaw dla miłośników filmów i książek o zombie, ludzi z zamiłowaniem oglądających horrory i czekających jedynie aż jakiś szalenie niebezpieczny wirus wymknie się spod kontroli. W tym zestawie mamy:


Od lewej podniebienia zaatakują:
GRAVEDIGGER (browar Brokreacja),
SERYJNY SAMOBÓJCA (browar Bazyliszek),
BIOHAZARD (browar Hopkins),
KOSIARZ UMYSŁÓW (browar Piwne Podziemie),
VERY BLOODY BERLINER (ponownie browar Piwne Podziemie).


Zestaw 3 - FEMME FATALE

No i coś z zupełnie innej "beczki". Reprezentacja pań na piwnym festiwalu, co by przełamać stereotypy o piwie będącym stricte męskim trunkiem i zajęciem. Niech wszyscy wiedzą, że w piwnym świecie, a już w szczególności w świecie piwnego kraftu, panie mają się lepiej niż dobrze! :)

Cóż to za panie zatem trzeba w tym zestawie "wyrwać" ze stoisk?
THE NURSE (browar Brokreacja)
SWEET SIXTEEN (browar Maryensztadt)
BLONDYNA (Browar Regionalny Osowa Góra),
MORELYN MONROE (browar Hopium),
CÓRKA MŁYNARZA (browar PiwoWarownia).

No i to by było na tyle zestawów. Mamy trzy dni festiwalu i trzy zestawy do wypróbowania, a jeden dzień już przecież trwa! Piwa są bardzo zróżnicowane - od Russian Imperial Stoutów po dominujące w ostatnim zestawie piwa pszeniczne. Jeśli przed spróbowaniem chcecie sprawdzić sobie wymienione trunki w znacznie bardziej szczegółowy sposób, to ściągnijcie podlinkowaną na początku wpisu aplikację. Na pewno się przyda! SMACZNEGO!

- Przemek